niedziela, 28 marca 2010

Gdyby..



Gdyby tak wyłączyć czas...
Gdyby święta nadeszły za dwa miesiące... (tydzień??? jak to tydzień???)
Gdybym miała pomysł na choćby jedno świąteczne ciasto...
Gdyby za oknem deszcz nie padał...
Gdyby wiosna zechciała w końcu być wiosną...
Gdyby mój R. umiał gotować...
Gdybym swoje dzieci widywała więcej niż tylko wieczorem...
Gdybym miała czas by w końcu kupić torebkę, która będzie pasowała do nowych pantofelków...
Gdyby moje ulubione studio fryzjerskie pracowało do 24...
Gdybym rano otwierała oczy z poczuciem wypoczęcia...
Gdybym mogła złapać aparat i po prostu pójść przed siebie...
Gdyby...
Gdybym nie musiała myśleć o tym co by było gdyby...

Ogłoszenie:
kupię maszynę do produkcji wolnego czasu.




Kołacze z wołowiną w ciemnym piwie
inspirowane przepisem Michela Rouxa z książki „Ciasta pikantne i słodkie”

płat ciasta francuskiego
200g cebuli (dałam czerwoną) – pokrojonej w 2cm kostkę
200g marchwi pokrojonej w kostkę lub plasterki
ok. 750g wołowiny bez kości, pokrojonej w 2-3cm kostkę
ok. 1 szkl. mąki, doprawionej solą – do obtoczenia mięsa
5-6 łyżek oleju (u mnie z pestek winogron)
ok. 250 ml ciemnego piwa (w oryginale cimne piwo angielskie)
ok. 400 ml bulionu (wołowego, choć ja użyłam warzywnego)
bouquet garni
250g małych pieczarek pokrojonych w ćwiartki
sól i świeżo zmielony pieprz

żółtko + 1 łyżka mleka do posmarowania ciasta

Pokrojone w kostkę mięso wrzucić do mąki wymieszanej z solą. Obtoczyć dokładnie.
W garnku o grubszym dnie rozgrzać 2 łyżki oleju. Wrzucić pokrojoną cebulę i dusić, aż do zeszklenia. Zdjąć z ognia i przełożyć zawartość do miseczki.
Wlać do garnka pozostały olej i rozgrzać. Włożyć kawałki mięsa i smażyć na dużym ogniu przez 3 – 4 minuty na złoto. Dorzucić do mięsa cebulę, oraz kawałki marchewki. Zalać piwem. Zagotować na średnim ogniu, zdjąć pianę, a następnie wlać bulion. Znów zagotować, zdjąć pianę i włożyć do garnka bouquet garni. Dusić na małym ogniu ok. 1 ½ – 1 ¾ godziny. Dołożyć pieczarki i dusić jeszcze ok. 15 min. Do tej pory przynajmniej połowa płynu powinna już odparować. Wyjąć bouquet garni, doprawić do smaku solą i pieprzem.
Rozłożyć nadzienie do 4 żarodopornych naczynek. Odstawić do ostygnięcia, a następnie włożyć do lodówki na min. 1 godz. (albo na całą noc, jeśli mięso przygotowujemy z wyprzedzeniem).
Nagrzać piekarnik do 180 st.C.
Z ciasta francuskiego wyciąć kawałki przybliżone kształtem do naczynek, tylko o nieco większym rozmiarze. Delikatnie nałożyć ciasto na naczynka, nadmiar odwinąć na jego boki, dociskając (ja zrobiłam odwrotnie, schowałam nadmiar do środka naczynek). Wyciąć niewielki otwór pośrodku każdej porcji, albo zrobić nożem po kilka nacięć. Posmarować ciasto rozkłóconym żółtkiem z mlekiem.
Ponownie wstawić do lodówki na 20 min.
Prosto z lodówki wstawić do nagrzanego piekarnika. Piec przez ok. 30-35 min. i od razu podawać.

czwartek, 18 marca 2010

Sałata z polotem


Lubię sałaty i sałatki. Zasadniczo wszystkie (no może poza tradycyjną śledziowo – jarzynową, której nie jadam odkąd pamiętam). Lubię takie zupełnie proste i te z trochę większym polotem. Szczyt spożywania sałat oczywiście przypada u nas w domu na okres letni, ale i poza nim – nie pogardzę zielonymi liśćmi w towarzystwie tego i owego. :) Najczęściej do miski wpadają pomidory świeże lub suszone, feta lub mozzarella, kapary lub oliwki, kawałek kurczęcia, sezonowe warzywa, świeże zioła, etc... I obowiązkowo dressing. Najchętniej na bazie oliwy (u mnie obowiązkowo extra vergine z pierwszego tłoczenia na zimno), cytryny, octu winnego lub kilku kropel balsamico. I nic do szczęścia więcej nie potrzeba. Szczęście znajduje się w zielonej zawartości talerza. :)


Dzisiaj propozycja sałaty (sałatki?) od Gordona Ramsaya. Muszę przyznać, że zanim zdecydowałam się na wypróbowanie tej propozycji – po wielokroć zaglądałam do książki i choć hipnotyzowało mnie apetyczne zdjęcie przy przepisie - nie mogłam się zdecydować. Trochę przerażało mnie zestawienie mięsa i świeżych owoców... Wiem, wiem, takie zestawienia to żadna nowość, ale ja owoce jadam raczej bez dodatków (z małymi wyjątkami dotyczącymi deserów).
Używając sportowej nomenklatury - ostatecznie zostałam pokonana, a sałatka z kurczaka, mango i awokado powaliła mnie na matę. :D To było świetne! Naprawdę pyszne!
Oczywiście klucz leży w smaku i konsystencji owoców. Awokado i mango muszą być dojrzałe, ale jeszcze w fazie, gdy nie są nadmiernie miękkie i włókniste. Inaczej klapa. Przejrzałe owoce stracą cały swój wizualny urok, a niedojrzałe będą miały niedostatki smakowe.
W stosunku do przepisu oryginalnego wprowadziłam dwie zmiany: po pierwsze wędzonego kurczaka zamieniłam na ugotowaną na parze pierś; po drugie pominęłam orzeszki piniowe (tak naprawdę po prostu o nich zapomniałam), ale jestem przekonana, że z nimi sałatka tylko by zyskała na smaku. Nic to, następnym razem nie zapomnę. :)
Zapraszam i polecam. :)



Sałatka z kurczaka, mango i awokado
wg Gordona Ramsaya ze „Zdrowej kuchni” - z moimi zmianami
na 2 porcje

1 twarde, ale dojrzałe owoce mango
1 dojrzałe owoce awokado
sok z cytryny
duża (pojedyncza) pierś z kurczaka
2-3 garści mieszanki sałat (u mnie rukola)
1 łyżka uprażonych orzeszków piniowych (u mnie brak)

Dressing:
1 łyżka soku z pomarańczy
1 łyżka soku z cytryny
1 łyżka oliwy z oliwek extra vergine (z pierwszego tłoczenia na zimno)
2 łyżeczki musztardy francuskiej (z całymi ziarenkami gorczycy)
sól morska (u mnie fleur de sel) – do smaku
świeżo mielony czarny pieprz – do smaku

Osoloną pierś z kurczaka ugotować na parze (lub w garnku osolonej wody – gotować dość krótko, inaczej mięso będzie wiórowate).
Mango obrać, odkroić miąższ od pestki, pokroić na cienkie plastry.
Awokado przekroić na pół, usunąć pestkę. Usunąć skórkę, miąższ pokroić w paski i skropić sokiem z cytryny, aby nie sczerniał.
Wymieszać wszystkie składniki dressingu.
Na talerzach ułożyć mango, awokado i sałatę. Polać dressingiem i ewentualnie orzeszkami piniowymi. Podawać od razu!
Smacznego!

niedziela, 14 marca 2010

100% żytni razowiec ( z zaparką). Weekendowa Piekarnia po godzinach.


Dziś moje pierwsze razy... Primo: pierwszy udział w Weekendowej Piekarnii po godzinach. Secundo: mój pierwszy całkowicie żytni chleb. Tertio: pierwszy wypiek z zaparką. Sporo tego. :)
Trochę miałam stracha, bo zaparka nie wyglądała szczególnie zachęcająco. :D Ani konsystencja, ani jej kolor – nie były zapowiedzią czegoś szczególnego. :D Jednak chęć upieczenia żytniego chleba była tak wielka, że postanowiłam zaryzykować ewenualną porażkę. Co prawda, nie miałam wątpliwości, że źródło przepisu jest tak dobre, że wspomniane wyżej ryzyko – maleje niemal do zera. Niemniej, licho nie śpi, a mnie od czasu do czasu obie ręce stają się lewe. :D
Na szczęście czarne scenariusze się nie spełniły. Popełniłam jednak błąd. Do wyrastania bochenka użyłam zbyt dużej foremki. Ciasto rosło i rosło, i rosło..., i ciągle nie było w stanie osiągnąć brzegów formy. Po blisko 6 godzinach dałam za wygraną i wrzuciłam do piekarnika ciągle zbyt niski bochenek.
Mój chleb wygląda dość niepozornie. Kromki są niskie i dłuuuugie. Ale smak rekompensuje niedostatki wizualne. Wspaniały, ciężki, wilgotny, lekko kwaskowy chleb! Prawdziwy żytni razowiec! Na zakwasie! Bardzo dobry! :)




100% chleb żytni z zaparką
przepis cytuję za Weekendową Piekarnią po godzinach

Zaparka:
240g gorącej wody
60g żytniej maki razowej

Zaczyn zakwasowy:
30g aktywnego zakwasu żytniego (100% hydracji)
85g wody
85g mąki żytniej razowej

Ciasto właściwe:
200g zaczynu zakwasowego żytniego razowego (100% hydracji)
100g wody temp.20C
300g zaparki
300g białej mąki żytniej (720) lub sitkowej
8g soli

1. Zaparka
Przygotować zaparkę zalewając żytnią mąkę razową gorąca woda (temp.90C), dokładnie wymieszać, pozbywając się większych grudek. Zostawić pod przykryciem na 14 godzin

2. Zaczyn
Wymieszać składniki zaczynu, przykryć i zostawić w temp 21C na 14 godzin.

3. Mieszanie
Wszystkie składniki ciasta połączyć ze sobą, wyrabiając na mokrym lub lekko naoliwionym blacie przez 5 minut.

4. Fermentacja główna
Ciasto ostawić w misce na 1 godzinę w 28C.

5. Formowanie
Bardzo lepkie i dość luźne ciasto przełożyć do naoliwionej chlebowej rynienki (2 funtowej).

6. Ostatnia fermentacja
Zostawić ciasto do wyrośnięcia na kilka godzin w temp pokojowej (ma urosnąć do brzegów foremki).

7. Pieczenie
Piec w piecu rozgrzanym do 260C przez 15 minut, następnie zmniejszyć temperaturę do 200C i piec jeszcze 40 minut. Przed wsunięciem chleba do pieca można wierzch posmarować odrobiną pozostawionej zaparki.
Po wyjęciu z pieca chleb całkowicie wystudzić, następnie zawinąć w lekko naoliwiony papier do pieczenia. Kroić chleb dopiero dnia następnego.

piątek, 5 marca 2010

Czosnek w roli głównej.


Bywa i tak, że na stole ląduje obiad, który powstaje praktycznie z niczego... Na szczęście bynajmniej, nie z powodu pustej lodówki, ale tak zwyczajnie – z braku czasu na dłuższe pobyty w kuchni. Prawdę mówiąc, w ostatnich dniach nawet krótkie pobyty zdarzają się tylko od przypadku do przypadku.
Gdy kolejny prosty makaron nie wchodzi w grę, bo w końcu ileż można... - wtedy po wielokroć wybawieniem stają się zupy kremowe. Uniwersalne, bo możliwe praktycznie z wszystkich warzyw. A jak sezonowych warzyw też brakuje – to mam pewniaka – zupę z czosnku. :) Pół godziny i talerz gorącej zupy z grzankami – ląduje na stole.
Tych, którzy się obawiają specyficznego, ostrego czosnkowego zapachu – uspakajam – nie jest tak źle. :) Gotowany (lub pieczony) czosnek staje się łagodny niemal jak baranek. :)


Kilka lat temu miałam okazję uczestniczyć w pewnym spotkaniu, na którym podjęto nas cateringiem z krakowskiej restauracji Paese, serwującej dania kuchni francuskiej. Wśród innych dobroci – była właśnie zupa czosnkowa. To właśnie wtedy próbowałam jej po raz pierwszy i od pierwszej łyżki – bardzo mi posmakowała. Jakiś czas później na CC znalazłam przepis na TĘ zupę z TEJ restauracji. :) Co jakiś czas – już teraz sama, w domu – przygotowuję ten krem. I wciąż z wielką przyjemnością zjadam zawartość mieszczki, której najważniejszym składnikiem jest zwyczajny czosnek... Zapraszam na czosnek w roli głównej. :) Oczywiście w biegu, bo nie mam czasu się zatrzymać. :D


Zupa czosnkowa
serwowana w restauracji Paese
cytuję za Jotką (z moimi minimalnymi zmianami)

1 główka czosnku (daję duuużą główkę)
4 ziemniaki
2 łyżki oliwy
listek laurowy
10 dag żółtego sera
sól, biały pieprz
pół bagietki na grzanki
1 l gorącej wody (używam domowego bulionu warzywnego)

Obrać ziemniaki, pokroić w kawałki. Obrać czosnek – pokroić w cieniutkie plasterki.
W garnku podgrzać oliwę, podsmażyć kawałki ziemniaków i ząbki czosnku. Zalać 1 l gorącej wody (lub bulionu), dodać listek laurowy, sól, biały pieprz.
Gotować do miękkości, ok. 20 minut.
Wyjąć listek, zupę zmiksować, dodać utarty ser.
Bagietkę pokroić na kromeczki, natrzeć czosnkiem, podsmażyć na patelni z obu stron.
Gorącą zupę rozlać do miseczek, wrzucić do każdej grzankę.
Smacznego!

wtorek, 2 marca 2010

Soba. Kurczak.Warzywa.


Co jakiś czas mam kulinarne nawroty. Mówiąc młodzieżowym slangiem – mam fazę. :D Jak się czegoś przyczepię – to nie poprzestaję na jednym wykonaniu, ale po wielokroć powracam. Fazy mam różne: na tamto i na siamto... Przychodzą i odchodzą, po jakimś czasie znów wracają.


Moja obecna przyszła kilka tygodni temu. A zaczęło się od wyjścia z R. do kina. Oprócz kina był też tajski obiad na mieście. Nic co bym już wcześniej nie jadła, ale to wystarczyło, by znów „zaskoczyć na azjatyckie smaki”. :D Zresztą właśnie TE smaki powracają do mnie dość regularnie.
Obecnie nastąpił wielki powrót soby... Smaczna nazwa, prawda? :)
Niewiele jej trzeba. Dobry sos sojowy to podstawa. Reszta według uznania. My lubimy tak...


Soba z kurczakiem i warzywami

1 pierś z kurczaka
3-4 łyżki sosu sojowego jasnego
1 ząbek czosnku
1 marchewka
1 mały por
garść pędów bambusa (z zalewy)
1-2 łyżki oleju arachidowego (zamiennie używam oleju z pestek winogron)
2 porcje makaronu gryczanego soba

Pierś kurczaka pokroić w kostkę. Czosnek drobniutko posiekać lub drobno utrzeć – wrzucić do sosu sojowego i wymieszać. Kurczaka zalać sosem - pozostawić na min. 30 min. lub dłużej (często przygotowuję dzień wcześniej i zostawiam na noc w lodówce).
Marchewkę obrać i pokroić w cienkie słupki. Pora umyć, osuszyć i pokroić po skosie w piórka. Pędy bambusa z zalewy odsączyć, w razie potrzeby pokroić w cienkie paseczki.

W garnku nastawić wodę do ugotowania soby.
W międzyczasie w woku, lub głębszej patelni rozgrzać olej. Wrzucić kawałki kurczaka i szybko przesmażyć - mieszając, tak by mięso ścięło się z wszystkich stron. Dodać marchewkę, pora i pędy bambusa. Podlać całość sosem sojowym pozostałym z kurczaka i znów często mieszając smażyć całość ok. 1-2 minut (warzywa powinny być lekko twardawe).
Odcedzić ugotowaną sobę, wrzucić do woka (patelni) i wymieszać z resztą składników. Podawać od razu.
Smacznego!

niedziela, 28 lutego 2010

Chleb Kalamata. Weekendowa Piekarnia #64.



Z własnej ciekawości zajrzałam do swoich historycznych już wpisów w zakładce „Pieczywo”. Prawda jest naga. Przez całe trzy miesiące w moim domu nie roznosił się zapach gorącego chleba...
Czy mi żal? Tak. Czy mi brakuje? Tak. Czy się poprawi? Nie wiem...

A tymczasem, zajrzałam do Weekendowej Piekarni, a tam zmiany, zmiany, zmiany... Jedne przykre (Alu, jestem pełna podziwu, że przez tak długi okres dawałaś radę sama jedna prowadzić to całe przedsięwzięcie :**). Inne radosne, bo WP znalazła nowe Opiekunki (Tili, Gospodarna Narzeczono – niech w Gospodarnym Szczęściu nie zabraknie nigdy chleba! )...
Nowe Gospodynie zaproponowały na ten tydzień chleb Kalamata, którym WP debiutowała blisko 1,5 roku temu. Wtedy nie dane mi było go piec, ale tym razem się udało.
I tak oto znów zapachniało w mojej kuchni. :)
Co mogę powiedzieć o samym chlebie? Prosty, nie sprawiający kłopotów wychowawczych :), bardzo smaczny i puszysty. W mojej wersji bez rozmarynu. Mój krzaczek rozmarynu nie przetrzymał trudów zimy, a nowego nie udało mi się kupić.
Ten chleb, nic poza masłem nie potrzebuje. Zawarty wewnątrz ser i oliwki dają wystarczająco dużo smaku. Dooobre. Bardzo dobre. :)




Chleb Kalamata
(2 bochenki)

Składniki:
71 g zakwasu pszennego 100% hydracji
510 g zakwasu pszennego 166 % hydracji
113-114 g mleka skondensowanego niesłodzonego
113-114 g wody
14 g oleju
600 g maki chlebowej pszennej
15 g soli
oraz :
ser żółty, oliwki i świeży rozmaryn

Przygotowanie:
Wszystkie składniki bez soli wymieszać ręcznie czy za pomocą robota kuchennego przez ok. 2-3 minuty. Zostawić do autolizy od 20 do 60 minut. Po tym czasie dodać sól – jeśli jest miałka wsypać bezpośrednio do ciasta, jeśli gruba warto ją rozpuścić w odrobinie wody (wodę ująć z puli przeznaczonej na chleb). Zagnieść ponownie wg przepisu ok. 3 minut (ale Tatter doradzała, żeby ten czas przedłużyć o kilka minut). Zagniecione ciasto przełożyć do miski, a miskę schować do foliowej torebki. Ciasto zostawić do rośnięcia na 6 godzin, co godzinę ciasto złożyć, czyli w sumie 5 razy.

Wyrośnięte ciasto podzielić na 2 części *, zostawić na 10 minut. Rozpłaszczyć pierwszą część na prostokąt, drugą będzie się rozpłaszczać 30 minut później, chodzi o to, żeby później w tym samym czasie nie trzeba było piec wszystkich chlebów na raz. Rozpłaszczone ciasto posypać pokrojonym serem w kostkę, pokrojonymi oliwkami i igiełkami świeżego rozmarynu. Zwinąć tak jak roladę, bardzo ścisło. Końce zawinąć pod spód. Zostawić do wyrośnięcia na 2 godziny między ściereczkami.

Piec rozgrzać z kamieniem do pieczenia do 250 stopni Celsjusza. Wyrośnięty chleb przełożyć na łopatę, lekko rozciągnąć w szerz, a wierzch podociskać palcami. Przełożyć chleb na kamień, zmniejszyć temperaturę do 200-210 stopni C i piec z parą ok. 30 minut .Tak samo postąpić z drugim chlebkiem. Wystudzić na kratce.


* nie dzieliłam na 2 części. Upiekłam jako jeden duży bochenek.

środa, 24 lutego 2010

Makaroniki kawowe z czekoladą. Lutowa Weekendowa Cukiernia.


Prawdę mówiąc, nie wierzyłam własnym oczom. Nie wierzyłam, że się udały! E tam! Pewnie, że nie idealnie (prawdę mówiąc były dość krzywe :D), ale że w ogóle „coś” wyszło! :D I dało się zlepić, i smakowało fajnie, i było chrupiące na zewnątrz, a lekko ciągnące w środku.
A muszę Wam powiedzieć, że moje pierwsze makaronikowe doświadczenie było zgoła odmienne. Miało miejsce rok temu (a może już i dłużej) i zakończyło się wielką porażką. Mega porażką! To co wówczas wyjęłam z piekarnika trudno było nazwać „czymkolwiek”. To nie tylko nie były makaroniki, to w ogóle było NIC. :D Dodam, że surowe nic. :D Sprawa się wyjaśniła po kilku dniach, przy kolejnym włączeniu piekarnika. Był zimny jak tafla lodu... W tym momencie spłynęło na mnie olśnienie... Mój piekarnik raczył był paść trupem, właśnie wtedy, gdy makaroniki weń siedziały. Co za pech! Złośliwość rzeczy martwych, prawda? Ale mnie ta nieudana próba skutecznie wyleczyła z makaroników. :D Jestem pewna, że niechęć trwałaby do dzisiaj (a pewnie i jeszcze dłużej), gdyby nie makaronikowe szaleństwo, które ostatnio wybuchło pełną siłą. :)
Macarons here, macarons there, macarons everywhere... :)
Kuszą, nęcą, namawiają... :) A do tego jeszcze i Lutowa Weekendowa Cukiernia, w której gospodyni Olcik też makaroniki proponuje, wybierając przepis Felluni... :)
No to niech już będą. :) Zostałam pokonana przez małe kawowe ciasteczka, wypełnione czekoladą (w mojej wersji gorzką). Pyszne były. A najwięcej zjadła ich Majeczka. :D




Kawowe makaroniki z czekoladą
przepis wg Felluni z bloga Bezglutenowa babeczka

Składniki:
makaroniki:
100g białek (mniej więcej 3)
40g drobnego cukru
200g cukru pudru
120g mielonych migdałów
1 łyżka kawy mielonej lub rozpuszczalnej

krem czekoladowy:
100g czekolady
kilka łyżek śmietanki lub oleju, jeśli musimy unikać nabiału
ewentualnie cukier do smaku (bez przesady, makaroniki są dość słodkie, pasuje więc do nich krem nieco bardziej wytrawny)
ewentualnie trochę rumu lub pasującego likieru

Przygotowanie:
Makaroniki: białka trzeba rozdzielić przynajmniej dzień wcześniej. Trzymamy je przykryte w lodówce i wyjmujemy nieco wcześniej przed przygotowaniem makaroników, tak aby były mniej więcej w temperaturze pokojowej. Podobno to nie żadna magia tylko wtedy nieco wysychają i efekt końcowy jest lepszy. Niektóre przepisy przewidują nawet dodanie nieco białek sproszkowanych ale nie próbowałam bo nie mam tego specyfiku.

Migdały trzeba zmielić razem z kawą i cukrem pudrem w malakserze na drobny proszek.

Białka ubić na dość sztywną pianę, dodać drobny cukier i jeszcze chwilę ubijać. Piana ma być sztywna ale nie ma się rwać (to właściwie ogólna zasada odnośnie ubijania piany z białek).
Teraz będzie najważniejszy krok dla makaroników. Do piany wsypujemy migdały zmielone z kawą i cukrem pudrem i mieszamy wszystko razem łyżką. Mieszana substancja będzie robiła się coraz rzadsza, trzeba uchwycić właściwy moment. Musi być na tyle rzadka, żeby makaroniki się nieco rozpłynęły, ale nie aż tak by były płaskie jak opłatki. Można sprawdzać wykładając trochę masy na talerzyk. Jeśli po wstrząśnięciu talerzykiem masa rozpłynie się na równiutkie, ale wypukłe kółko to jest ok, a jak trzyma krzywy kształt to mieszamy jeszcze 2-3 razy. Jeśli się rozpływa za szybko to jest za późno i zaczynamy od nowa. Moje, jak widać na zdjęciu, są nieco krzywe, zbyt grube a te małe wzgórza od końcówki do szprycowania nie znikły całkiem. To wszystko oznacza, że powinnam jeszcze zakręcić łyżką 2 razy :).

Można nakładać makaroniki łyżeczką ale łatwiej to zrobić z rękawa cukierniczego. Jeśli nie mamy to bierzemy torebkę ze sztywnej folii i ucinamy jeden róg, też będzie dobrze. Można również zwinąć nieco pergaminu w tytkę. Końcówka do szprycowania musi być okrągła i dość szeroka (mniej więcej 1cm średnicy), jeśli takiej nie mamy to nie bierzemy żadnej tylko szprycujemy wprost z rękawa.
Na blachę wyłożoną pergaminem nakładamy okrągłe ciasteczka o średnicy około 3 cm w odstępach około 2-3cm. Jak skończymy to trzeba uderzyć blachą płasko w stół, tak aby makaroniki się nieco rozpłynęły. Z tej proporcji wyjdą 2 blachy ciasteczek.

Odstawiamy przygotowane blachy na około godzinę do obeschnięcia. Nagrzewamy piekarnik do 160°C, wstawiamy ciasteczka i pieczemy przez jakieś 15 minut. Potem wyjmujemy i odstawiamy do wystygnięcia. Dopiero potem odklejamy je od papieru (ciepłe mogą się rozwarstwić).

Krem czekoladowy: czekoladę roztapiamy w kąpieli wodnej razem ze śmietanką lub olejem. Można dodać rum lub likier, wymieszać aż krem będzie gładki i odstawić do przestygnięcia.

Nakładać odrobinę czekolady na ciasteczka i sklejać je parami. W międzyczasie można zaparzyć kawy lub herbaty, tak aby nie tracić czasu jak już będą gotowe.

Uwagi: zamiast kawy można użyć kakao, zielonej herbaty lub innych sproszkowanych substancji smakowych. Często dodaje się też barwniki spożywcze dla uzyskania pojechanych kolorów makaroników, przy czym one również powinny być w proszku a nie w płynie, żeby nie rozcieńczać masy makaronikowej. Nadziewamy ulubionym kremem, zazwyczaj pasującym kolorystycznie i smakowo do ciasteczek.

niedziela, 21 lutego 2010

Sernikobrownies. Czekoladowy Weekend.



Na Czekoladowy Weekend w tym roku czekałam tyleż niecierpliwie, co ze strachem. Niecierpliwie, bo to druga - po dyniowym – moja ulubiona kulinarna, blogowa zabawa, w której uczestniczę co roku, od pierwszego jej wydania. :) Ze strachem, bo czekoladzie kompletnie nie potrafię się oprzeć. A jakiś czas temu powzięłam stanowczą decyzję – ograniczamy! :D Każdy czekoladowy łasuch wie jak ciężkie to zadanie. :D Bo powiedzieć sobie „ograniczamy” to jedno, a nie podjadać (niemal automatycznie, jak robot) – to drugie. ;-) Zwłaszcza w pracy odczuwam dotkliwą pokusę, z tej prostej przyczyny, że tam zawsze są dostępne czekoladowe słodkości – wprost na wyciągnięcie ręki...
Wybór przepisu na tegoroczny Czekoladowy Weekend okazał się dość prosty. Zaniechałam wertowania książek, w których zapewne znów znalazłabym tyle propozycji, że stanęłabym przed odwiecznym problemem: być czy mieć... :D Zaufałam pierwszej myśli, jaka zaświtała w głowie. Przepis czekał już od jakiegoś czasu i zapewne większość z Was, czytających, pamięta go doskonale, bowiem pojawił się u Eli na blogu My best food.
Na swym koncie mam już niejedno upieczone sernikobrownies. To było kolejne, na które miałam ogromną ochotę. Jest przepis, jest okazja... :)

A dla Bey ślę podziękowania za bardzo smaczną wspólną zabawę. :) I choć skromnie, tylko jednym przepisem – z radością do Czekoladowego Weekendu dołączam. :)




Cheescakebrownie
cytuję za Elą z bloga My best food , z moim dodatkiem polewy toffi

masa czekoladowa:
- 5 jajek
- 100g cukru trzcinowego (najlepiej pudru)
- 200g masła
- 250g czekolady
- 120g mąki

Czekoladę i masło rozpuścić w kąpieli wodnej i przestudzić. Jajka ubić z cukrem, dodać rozpuszczone czekoladę i masło i zmiksować. Na koniec dodać
przesianą mąkę, wymieszać i przelać do foremki wyłożonej papierem do pieczenia.

masa serowa:
- 500g sera twarogowego zmielonego (albo 300g philadelphii i 200g ricotty)
- 2 żółtka
- łyżka ekstraktu z wanilii
- 4 łyżki cukru pudru
- 2 łyżki maizeny (lub skrobi ziemniaczanej)

Wszystkie składniki krótko zmiksować. Masę serową wyłożyć na masę czekoladową. Najlepiej w postaci kleksów *. Wtedy trzonkiem drewnianej łyżki , połaczyć delikatnie obie masy. Piec przez ok. 25-30 minut w temperaturze 180 stopni **. Schłodzić przez noc w lodowce.

polewa butterscotsch:
- 40 g masła
- 50 g śmietanki kremowej (36 lub 30%)
- 50g cukru trzcinowego (dałam pół na pół jasnego i ciemnego)
- szczypta soli

Wszystkie składniki umieszczamy w niewielkim rondelku. Stawiamy na niezbyt dużym ogniu. Od momentu, gdy cukier się rozpuści – gotujemy na małym ogniu, bardzo często mieszając, aż sos zgęstnieje (powinien uzyskać konsystencję gęstej śmietany). Zdejmujemy z ognia i trochę studzimy. Polewamy ciasto.


Moje uwagi do przepisu:

* masa serowa była bardzo płynna i było jej dużo (chyba nawet za dużo); nakładanie kleksów stało się zwyczajnie niemożliwe. Masa serowa rozlewała się i nie było żadnych szans na jej ujarzmienie. Ale to oczywiście tylko „kosmetyczna” sprawa.


* piekłam 30 minut i oczywiście po fakcie doszłam do wniosku, że 25 min. zdecydowanie by wystarczyło. W każdym razie to byłby czas optymalny dla mojego niesfornego piekarnika.

* do oryginalnego przepisu dodałam "coś" własnego, a mianowicie bardzo pyszną polewę buttersotch o lekkim smaku toffi.

środa, 17 lutego 2010

Fasolka. Czarne oczko.


Gdybym tak miała dostęp do fasolek wszystkich smaków... :) TYCH fasolek! Gdybym je miała, to zdecydowanie nie chciałabym natrafić na te, które na tak długie lata zapadły w pamięci profesora Albusa Dumbledora *. :D Mnie marzy się fasolka o smaku... zupy buraczkowej mojej Babci... :) Taaak..., nie inaczej... Pozostaje to jednak w sferze marzeń tyleż dziwnych, co nierealnych.
Co do fasol wszelakich, które nie pozostają li tylko fikcją literacką, ale są na wskroś prawdziwe – to darzę je szczególnym uwielbieniem. :)
Po pierwsze: choć to zabrzmi pewnie dziwacznie, wizualnie mi się podobają. :D Do tego lubię „przesiewać” je przez palce. Najchętniej z wysoka, tak by spadając rozbiegały się na wszystkie strony. Jak koraliki nieopacznie zerwane ze sznurka...
Po drugie: fasolki kupuję, nie wiedząc co i kiedy z nich ugotuję. Moja Babcia zwykła mawiać, że spiżarnia bez fasoli to jak żołnierz bez karabinu. Podobnie rzecz miała się z ryżem, mąką i cukrem. Pionierski zestaw, który pozwoli przetrwać w razie kryzysu. Nie dziwi to jeśli wziąć pod uwagę, że Babcia przeżyła czas wojny.
Przechowuję w kuchennej szafce kilka woreczków różnych fasolowych odmian. Wspomnę choćby o: adzuki, czarnej, czerwonej (Red Kidney), fasoli „Jaś”, czarnym oczku.
Zwykle działam po prostu pod wpływem impulsu. Wyjmuję fasolkę, namaczam, pozostawiam na noc, a następnego dnia otwieram lodówkę i zastanawiam się co dorzucić do fasolowego kociołka. Takim sposobem za każdym razem pachnie i smakuje inaczej. Tym razem było zimowo. Tym razem było tak...


* Podejrzewam, że wszyscy znają najsłynniejszego w świecie profesora. Jeśli go nie znasz, to oznaczać może tylko jedno..., niechybnie jesteś Mugolem. :D





Gulasz z fasoli „czarne oczko” z mięsnymi kuleczkami

200g suchej fasoli „czarne oczko” - namoczyć w wodzie na całą noc
2 łyżki oliwy
1 średni por
1 mała cebula
1-2 ząbki czosnku
1 łyżeczka cząbru suszonego
1 łyżeczka słodkiej papryki w proszku
szczypta papryczki z Espelette (opcjonalnie)
ok. 700 ml dobrej jakości przecieru pomodorowego (albo pulpy pomidorowej)
sól, pieprz do smaku
garść posztakowanej natki pietruszki

Fasolkę gotować w wodzie z namaczania, aż będzie prawie miękka.
Por i cebulę drobno pokroić. Wrzucić do garnka z grubszym dnem z rozgrzaną oliwą. Smażyć na niewielkim ogniu, aż się ładnie zeszklą. Dodać przetarty czosnek, cząber, słodką paprykę, papryczkę z Espelette i jeszcze bardzo króciutko przesmażyć, mieszając. Dodać ugotowaną i odcedzoną fasolkę, i pomidorowy przecier. Zagotować. Doprawić do smaku solą i pieprzem. Gotować na małym ogniu pod przykryciem, aż fasolka zupełnie zmięknie (ale się nie rozgotuje!).


Mięsne kuleczki

250g mielonego mięsa drobiowego (u mnie z indyka)
½ świeżej lub lekko czerstwej bułeczki pszennej mocno rozdrobnionej (np. malakserem)
duża garść poszatkowanej natki pietruszki

Wszystkie składniki dobrze wymieszać. Uformować kuleczki wielkości małego orzecha włoskiego. Wrzucić do garnka z wrzącą, osoloną wodą. Od momentu ponownego zawrzenia wody – gotować ok. 5 min. Wyjąć gotowe kuleczki z wody i przełożyć do fasolowego gulaszu.
Dodać sporą garść natki pietruszki. Wymieszać.
Podawać gorące.
Smacznego!

czwartek, 11 lutego 2010

Zamiast pączków... ;-)


Być może poprawnie politycznie by było, by w Tłusty Czwartek na blogu pojawiły się pączki lub chrusty (vel faworki), ale o poprawności będzie przy innej okazji. Bo jeśli chodzi o Tłusty Czwartek – to ja, moi drodzy, nie smażę ani jednych, ani drugich. Wyobrażam sobie całą wielką miskę zapełnioną po brzegi pączkami, które zjadamy jeden po drugim, aż dosięgamy dna... Milion kalorii i ból brzucha. :D To tylko wizja, ale dość realna. :D Prawda jest taka, że pączki wprost uwielbiam i właśnie z tego powodu zdecydowanie wybieram pączka z cukierni (może mniej smaczny, niż domowy), bo kupuję jednego! :D Ok... w tym roku były dwa, jeden w pracy i drugi w domu... ;-)
A Wy? Ciekawa jestem ile „tłustości” dzisiaj zaliczyliście? :-D Było rozsądnie, czy rozpustnie? :)


Tak więc nie będzie dzisiaj przepisów na moje ulubione faworki, ani na ulubione pączki, bo po prostu takich nie posiadam (obawiam się jednak, że ciągle wszystko przede mną ;-). Zamiast tego, chciałam polecić pyszne ciasto, o dość mocnej imbirowej nucie smakowej. Przepis na wilgotną imbirową babkę znalazłam na blogu Liski. I powiadam Wam: szczypało w język i znikało z talerzy w oka mgnieniu. :)


Wilgotna babka imbirowa z bakaliami
cytuję za Liską z bloga White Plate

125 g masła
100 g drobnego cukru (najlepiej brązowego)
2 jajka
1/4 szkl płynnego miodu, melasy lub syropu klonowego
230 g mąki
1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki sody
3 łyżeczki imbiru w proszku
1 łyżeczka cynamonu
3/4 szklanki mleka
30 g imbiru kandyzowanego (opcjonalnie, ale warto!) - do kupienia w delikatesach i sklepach z herbatą

300 g bakalii (skórka cytrynowa, skórka pomarańczowa, suszone żurawiny, rodzynki, śliwki, etc)
1 łyżka alkoholu


Przygotowanie:

Bakalie wsypujemy do miski i zalewamy gorącą wodą z alkoholem. Odstawiamy na czas przygotowania ciasta.

W misce ucieramy masło z cukrem. Dodajemy po 1 jajku, następnie miód/syrop klonowy.

W drugiej misce mieszamy mąkę, proszek do pieczenia, sodę, cynamon, imbir.

Do utartego masła dodajemy na przemian suche składniki i mleko. Miksujemy.

Bakalie odsączamy na sicie. Pozwalamy im lekko przeschnąć.

Formę do babki o średnicy 25 cm smarujemy dokładnie masłem i wysypujemy mąką.

Do masy dodajemy bakalie (opcjonalnie można je przesypać 1 łyżką mąki) i imbir kandyzowany. Dokładnie mieszamy łyżką. Wlewamy do formy.
Piekarnik nagrzewamy do 180 st C. Wstawiamy babkę i pieczemy 50 minut.
Po upieczeniu należy zostawic babkę w formie na ok. 10-15 minut i dopiero wtedy wyjąż na talerz.
Posypujemy cukrem pudrem lub lukrujemy.

piątek, 5 lutego 2010

Curry z batatów i kurczaka


To był tydzień... aaa psik!
Tydzień pod znakiem kataru, chusteczek, czerwonego nosa i załzawionych oczu.
Gorąca herbata, miód i cytryna powróciły do łask.
I gruby sweter wyszedł z szafy, mimo że w domu przyjemnie cieplutko.
Zapewne powinnam wejść do łóżka i zająć się „nic nierobieniem”, ale należę do tej grupy ludzi, którzy leżeniem się męczą. :D Więc robiłam wszystko, by się nie zmęczyć. Niestety tym razem, niewiele to miało wspólnego z kuchnią. Oczywiście do czasu... :D Zbyt długa niebytność w kuchni - jak wiadomo - jest niezdrowa. :D


A więc rozgrzewamy się!
Bataty i groszek.
Kurczak i soczewica.
Pasta curry i mleczko kokosowe.
Na słodko, na pikantnie..., pożywnie i pysznie.
Prawdę mówiąc żałuję, że nie było dokładki.
Ale nie żałuję, że od poniedziałku w końcu wracam do codziennych obowiązków. :)



Curry z batatów i kurczaka.
Inspirowane przepisem z BBC Good Food

2 łyżki oleju (używam z pestek z winogron)
2 piersi z kurczaka, pokrojone w kostkę (lub paseczki)
2 średniej wielkości bataty, pokrojone w dużą kostkę
ok. 1 łyżeczka czerwonej pasty curry (ilość dozować do własnego smaku)
4 łyżki czerwonej soczewicy
250 - 300 ml bulionu z kurczaka lub warzywnego
400 ml mleczka kokosowego
ok. 150g mrożonego zielonego groszku
garść natki kolendry

Do garnka z rozgrzanym olejem – wrzucić pokrojone mięso kurczaka. Smażyć 2-3 min., aż mięso lekko zetnie się z wszystkich stron. Dodać bataty i czerwoną pastę curry – mieszając smażyć 1-2 min. Wsypać czerwoną soczewicę i znów smażyć ok. 1 min. Zalać całość bulionem - zagotować, a następnie dodać mleczko kokosowe i gotować jeszcze przez kilka minut, aż soczewica i bataty zmiękną, a sos trochę się zredukuje. W razie potrzeby doprawić do smaku jeszcze pastą curry, albo solą.
Wsypać mrożony groszek, znów zagotować i pozostawić na ogniu jeszcze ok. 3 min. Zdjąć z ognia, posypać poszatkowaną natką kolendry.
Smacznego!

piątek, 29 stycznia 2010

Suszone pomidory. I feta.


Przyjechały do mnie swego czasu z Włoch. Z serca Toskanii. Słoneczny i pachnący susz. W papierowej torebce. Cały kilogram.


Lądowały to tu – to tam. Do pomidorowego sosu. Do drobiowych roladek. Do sałaty i sałatek. Pływały też w oliwie. Bo one z tych co pływać lubią.
A skoro tak... to może pożenić je z ziołową grecką fetą, zawinąć w roladkę i utopić? :)


To nie jest mój pomysł. Właśnie takie roladki nader często kupuję w ulubionym sklepie, słono za nie płacąc. I jeszcze do kolekcji dokładam faszerowane ostre mini papryczki ( niedawno można było podziwiać podobne u Roberta). Więc ja poszłam w ślady Gutka i moje ulubione przekąski pomidorowe przygotowałam sama. Nie mam dzisiaj weny do długiego pisania i zachęcania. Niech wystarczą tym razem zdjęcia.

A przygotowanie najprostsze z najprostszych...



Roladki z suszonych pomidorów i fety

kawałek greckiej fety
garść suszonych pomidorów
łyżka albo dwie suszonego oregano
kilka wykałaczek (najlepiej przełamanych na pół)
oliwy z oliwek extra vergine z pierwszego tłoczenia na zimno

dodatkowo acz niekoniecznie:
ząbek lub dwa czosnku
1-2 suszone papryczki piri – piri
lub kilka ziarenek pieprzu
lub co kto lubi :)

Fetę pokroić w pałeczki wielkości ok. 3-4cm / 1 cm. Rozsypać na desce (lub talerzyku) suszone oregano i każdy kawałek fety dokładnie otoczyć w ziołach.
Każdą pałeczkę położyć na suszonym pomidorze i zwinąć w roladkę. Spiąć wykałaczką „na wylot”.
Poukładać roladki w czystym, suchym słoiczku. Włożyć wybrane dodatki (czosnek, papryczki, pieprz, etc.) i zalać oliwą tak by zakryć dokładnie każdą roladkę. Zamknąć słoiczek i odstawić w suche i chłodne miejsce na kilka / kilkanaście dni (im dłużej, tym pomidory będą lepsze).
A potem jeść, jeść, jeść... :) U mnie lądują w sałacie wszelakiej. :)