środa, 8 lipiec 2009

Jagodzianki waniliowe


Nie może być lata i sezonu jagodowego bez jagodzianek. To prawie tak jak Wielkanoc bez baby, czy Boże Narodzenie bez pierożków i barszczu (przynajmniej w moim przypadku).
Lato pachnie lasem i smakuje granatowo. :) Ma pofarbowane palce, które ciężko domyć i umorusaną buzię. :D
Kilka dni temu, byłam “w trasie” i całymi długimi kilometrami przejeżdżałam drogami przecinającymi mazurskie lasy. Ileż tam przydrożnych sprzedawców leśnych jagód stało ze swoimi zapełnionymi koszami! To dobitnie świadczy, że sezon na jagody już nadszedł. :)

Ja swój sezon rozpoczęłam już kilka dni temu pysznymi razowymi babeczkami wg przepisu Gordona Ramsaya. Teraz nadszedł czas na obowiązkowe jagodzianki. W naszych piekarniach i cukierniach też już się pojawiły, ale nie przepadam za tymi kupnymi. Irytuje mnie, że ciasto nie jest puszyste, jakiego oczekuję, a po kilku godzinach leżenia zwyczajnie wysychają. Jagodzianki muszą być domowe. Z przepisu idealnego.
Od czasu do czasu testuję różne receptury, ale wciąż moim absolutnym faworytem, do którego niezmiennie wracam z ogromną przyjemnością – jest przepis Liski na jagodzianki waniliowe. Z tego przepisu jagodzianki wychodzą dokładnie takie, jakie powinny. Drożdżowe ciasto jest delikatne, pysznie maślane, mięciutkie i nawet w trzeciej dobie wciąż tak samo świetnie smakuje (trzymałam pod folią, nic nie straciły na wilgotności). W normalanych warunkach nie byłoby szansy na to, by te jagodowe bułeczki uchowały się w moim domu tyle czasu. Tym razem stało się tak tylko dlatego, ponieważ synek jest na wakacjach, a my mamy dość ograniczone możliwości spożywania jednorazowego... :)
Proszę częstujcie się, a najlepiej sami spróbujcie upiec te pyszne, proste i zupełnie bezproblemowe w wykonaniu bułeczki. Warto! :)


Waniliowe jagodzianki
cytuję za Liską

* w tym przepisie używana była szklanka o pojemności 200 ml

zaczyn:
20 g drożdży
1/2 szklanki* mleka
1/2 szkl mąki
1/4 łyżeczki cukru

ciasto:
120 g masła o temp pokojowej
3/4 szkl cukru
3 żółtka
1/2 szkl mleka
cukier waniliowy z prawdziwą wanilią lub olejek waniliowy
1/4 łyżeczki soli
skórka z cytryny (2 łyżki)
3,5 szkl mąki

nadzienie:
jagody (ok. 30 dag)
cukier do smaku (ok. 3/4 szkl. - trzeba pamiętać, że jagody po upieczeniu są kwaśne, więc lepiej dać więcej cukru niż mniej)
cukier waniliowy

Drożdże rozpuścić w letnim mleku. Po 3 min. dodać mąkę i cukier i dokładnie wymieszać. Owinąć plastikową folią i zostawić na 30 minut.

W dużej misce ubić masło, dodać stopniowo cukier, następnie zaczyn.
Zmniejszyć obroty miksera i dodawać: żółtka, mleko, wanilię, skórkę, sól i mąkę.
Kiedy ciasto będzie gładkie, wyjąć, uformować kulę i owinąć w plastikową folię wysmarowaną masłem. Zostawić, żeby wyrosło, ok. 40-60 minut.

Następnie podzielić ciasto na 15 części, z każdej z nich zrobić placuszek, wypełnić jagodami wymieszanymi z cukrem i cukrem waniliowym. Uformować bułeczkę, posmarować jajkiem i posypać z wierzchu cukrem.

Piekarnik nagrzać do temp. 180 st. C. Wstawić jagodzianki i piec ok. 30 minut, lub do czasu zarumienienia.

niedziela, 5 lipiec 2009

Pieczone ziemniaki i orzechy ze śliwką, czyli Weekendowa Piekarnia #38


Z pewnym niepokojem myślałam o tym, że w upale jaki (w końcu) nawiedził moje strony – przyjdzie mi rozgrzewać na pełną niemal parę piekarnik, by przygotować mój nieoceniony kamień... Serio, serio, po ostatniej edycji WP byłam niemal przekonana, że na czas żaru z nieba, piekarnię przyjdzie mi z dużą przykrością zamknąć i rozpocząć konsumpcję zamrożonego pieczywa, które szczęśliwie poczyniłam w ostatnim czasie. I być może tak by się właśnie stało, gdybym jednak wiedziona ciekawością przemożną – nie zajrzała na blog Ani do Mojej małej kuchni, która to na ten tydzień przygotowała przepisy na dwa chleby autorstwa samego Jeffreya Hamelmana (z jego książki "Bread"). Wystarczył jeden rzut oka i całe moje “gorące obawy” w łeb wzięły. :D Myśl o pieczonych ziemniakach (które wielbię całym sercem!) w jednej chwili spowodowała, że zapachniało mi tak intensywnie... Zaś wspomnienie o chlebku ze śliwką i orzechami laskowymi – przyniosło nie mniej aromatyczne doznania. :) Nie było rady! Piekarnia musiała i tym razem ruszyć! I jak dobrze, że ruszyła! :) Zresztą korzyści były dwie, bo oprócz absolutnie przepysznego pieczywa – miałam też jeden z bardziej wyczekiwanych w moim domu obiadów – pieczone młode ziemniaczki z pysznym sosem tza - tziki. Zadowolenie pełną gębą, którego nawet piekielne temperatury nie zniweczyły. :D
Ponieważ jednak obiad był jedynie efektem ubocznym (acz niewątpliwie pysznym, że paluszki lizać), więc zostawiam jego temat na boku.


Będzie o głównych bohaterach dzisiejszego wpisu, czyli o chlebie. I bułkach. A tak, tak, o bułkach, bo skorzystałam skwapliwie z podpowiedzi Gospodyni Ani i zrealizowałam pomysł, by chleb z orzechami i śliwką - zamienić na śliczne, krągłe bułeczki. Dość powiedzieć, że wyszły re-we-la-cyj-ne! :) Mięciutkie wewnątrz i z lekko chrupiącą skórką na zewnątrz. Uprażone orzechy laskowe i śliwka kalifornijska – samo pyszne zdrowie zamknięte w delikatnym miąższu. Za takie pieczywo w porządnej piekarni (a mam jedną godną nazwy “PIEKARNI” w swoim mieście) trzeba było płacić niemałe kwoty. Moje własne bułeczki były z pewnością tańsze, a smakowały tak, że niech drżą wszystkie piekarnie, bo na mnie chyba nie prędko zarobią. :D

Czas na słowo o drugim wypieku. Mój chleb z pieczonymi ziemniakami zyskał dodatkowe aromaty, bowiem dorzuciłam do ciasta zarówno słodki w smaku pieczony czosnek, jak i listki świeżego rozmarynu. Ciasto dość luźne mi wyszło, w związku z tym miałam problem z utrzymaniem kształtu bochenka. Zaraz po tym jak wyłożyłam go z koszyczka, w którym wyrastał - rozłożył się prawie jak naleśnik. :D Co prawda rozgrzany kamień nieco wypchnął go do góry, ale jednak ostateczny efekt wizualny nie był szczególnie zadawalający. Jednak jeśli chodzi o smak – tutaj nic nie mogę zarzucić. Pycha! Pycha! Pycha! :) Jedna kromka na raz – to za mało! :)
Podsumowując, z obu wypieków jestem wielce zadowolona, oba baaaardzo nam smakowały, z minimalnym wskazaniem na plus dla chleba z ziemniakami. :)

Aniu, dziękuję za tak pyszne przepisy! To była ogromna przyjemność wziąć udział we wspólnym piekarzeniu. :)
Alu, dziękuję za Weekendową Piekarnię! :)



Chleb z orzechami laskowymi i suszonymi śliwkami (na zakwasie)
cytuję za Anią z bloga Moja mała kuchnia - przepis Jeffreya Hamelmana z książki "Bread"

zaczyn:
100 gr mąki pszennej chlebowej
60 gr wody
20 gr zakwasu (pszennego w przepisie oryginalnym)

ciasto właściwe:
275 gr mąki pszennej chlebowej
125 gr mąki pszennej razowej
270 gr wody
25 gr miękkiego masła
10 gr soli
7-8 gr świeżych drożdży
zaczyn
60-65 gr orzechów laskowych
60-65 gr suszonych śliwek (np. kalifornijskich), grubo pokrojonych

Mieszamy składniki zaczynu aż się dobrze wymieszają - powstanie bardzo gęsta masa. Przykrywamy i zostawiamy na 12-16 godzin.
Zanim weźmiemy się do wyrabiania ciasta należy wyprażyć orzechy - w tym celu nagrzewamy piekarnik do temperatury 180-200 C i wysypujemy orzechy (całe) na blachę. Wkładamy do piekarnika (środkowa półka) na 8-12 minut. Później po wystudzeniu skórka powinna bardzo łatwo schodzić, wystarczy potrzeć kilka orzechów między dwoma dłońmi. Same orzechy powinny być lekko brązowe z wierzchu. Tak wyprażone orzechy dadzą bardzo piękny aromat naszemu chlebowi.
Gdy mamy gotowy zaczyn mieszamy składniki ciasta - zostawiamy na razie osobno orzechy i śliwki dodamy je później - tuż przed końcem wyrabiania. Ciasto wyrabiamy aż do uzyskania średnio rozwiniętego glutenu. Będzie ono trochę luźniejsze, czym nie należy się przejmować, gdyż orzechy i śliwki przyjmą część wilgoci. Pod koniec wyrabiania dodajemy orzechy ze śliwkami i wyrabiamy jeszcze krótko do ich równomiernego wymieszania się.
Zostawiamy ciasto przykryte do wyrośnięcia na 1 - 1 1/2 godziny.
Jeśli ciasto wyrasta godzinę to nie musimy go składać, jeśli ma wyrastać 1 1/2 godziny to składamy je raz po 45 minutach.
Kształtujemy bochenek i dajemy do wyrośnięcia do koszyka lub przekładamy ciasto do przygotowanej wcześniej foremki (wysmarowanej tłuszczem i wysypanej otrębami). Tutaj Hamelman pisze, że można z powodzeniem upiec z tego przepisu bułki - wtedy dzielimy ciasto na przykład na 8 części, kształtujemy bułki i zostawiamy pod przykryciem do wyrośnięcia.
Tak przygotowany chleb / bułki powinny wyrastać około 1 godziny.
Nagrzewamy w międzyczasie piekarnik do 235 C i gdy chleb jest gotowy wkładamy go do piekarnika i pieczemy z parą. Po 15 minutach skręcamy temperaturę do 215 C i pieczemy dalsze 25-30 minut.
Gotowy chleb studzimy na kratce.


Chleb z pieczonymi ziemniakami (na drożdżach)
cytuję za Anią z bloga Moja mała kuchnia - przepis Jeffreya Hamelmana z książki "Bread"

pate fermentee:
150 gr mąki pszennej chlebowej
98 gr wody
3 gr soli
0,3 gr świeżych drożdży (dosłownie odrobinka - tyle co ziarnko słonecznika)

ciasto właściwe:
275 gr mąki pszennej chlebowej
75 gr mąki pszennej razowej
217 gr wody
9 gr soli
6 gr świeżych drożdży
125 gr pieczonych ziemniaków
pate fermentee
opcjonalnie - zioła lub pieczony czosnek (więcej informacji na końcu przepisu)

Przygotowujemy najpierw pate fermetee - czyli najpierw rozpuszczamy drożdże w wodzie, potem dosypujemy mąkę i sól i mieszamy do uzyskania gładkiej konsystencji. Przykrywamy i odstawiamy na 12-16 godzin.
Zanim przystąpimy do przygotowywania ciasta musimy upiec ziemniaki (najlepiej w piekarniku). J.Hamelman razi by tylko porządnie umyć ziemniaki i zostawić je ze skórką (później da ona ładny efekt optyczny w chlebie). Upieczone ziemniaki po ostygnięciu siekamy.
Gdy mamy już wszystko gotowe mieszamy składniki ciasta bez pate fermentee. Wyrabiamy kilka minut by wszystko dobrze się wymieszało. Dodajemy wtedy pate fermentee (najlepiej podzielić na małe kawałki co ułatwi mieszanie) i wyrabiamy ponownie. Ciasto będzie miało dosyć gęstą konsystencję, lecz ziemniaki zawierają w sobie dużo wilgoci i należy być bardzo ostrożnym z dodawaniem zbytniej ilości wody podczas wyrabiania ciasta. Ciasto po wyrobieniu powinno być elastyczne i mieć średnio rozwinięty gluten. Przed końcem wyrabiania ciasta możemy dodać inne dodatki, o których mowa na końcu przepisu.
Przykrywamy i zostawiamy do wyrośnięcia na 1 i 1/2 godziny. Po 45 minutach wyrastania składamy ciasto.
Po tym czasie kształtujemy początkowo bochenek i zostawiamy na chwilę na omączonej lekko stolnicy gładką powierzchnią do dołu przykryty ściereczką. Po 10-20 minutach ostatecznie kształtujemy nasz bochenek (okrągły czy podłużny) i wkładamy do wyrastania do koszyka (lub odpowiednio przygotowanej foremki). Przykrywamy i zostawiamy na 1 godzinę 15 minut do ponownego wyrośnięcia.
Nagrzewamy w tym czasie piekarnik do 230 C. Chleb po wyrośnięciu nacinamy i wkładamy do piekarnika i pieczemy z parą. Gdy na chlebie pojawi się kolor uchylamy na chwilę drzwiczki piekarnika by pozbyć się pary i dopiekamy w suchym piekarniku. Chleb piecze się około 40 minut. Nabierze on od ziemniaków pięknego koloru i gdyby ciemniał zbyt szybko, należy obniżyć temperaturę do 220 C. Chleb musi się wypiekać stosunkowo długo co spowodowane jest wilgocią w ziemniakach.
Gotowy chleb studzimy na kratce.

Opcjonalnie można do tego chleba dodać różnych ziół by urozmaicić jego smak. Zioła dodajemy pod koniec wyrabiania ciasta.
Na przykład można dodać świeżego rozmarynu - posiekane listki. Proporcje to 1% wagi rozmarynu w stosunku do wagi mąki - czyli w naszym przypadku 500 gr mąki - 5 gr rozmarynu.
Innym dodatkiem jest szczypiorek (również posiekany) - w stosunku 1,5 - 2 % (czyli 7-10 gr).
Możemy też dodać pieczony czosnek w proporcji 3% (15 gr). bierzemy świeżą główkę czosnku i ucinamy jej górną część. Czosnek skrapiamy oliwą i pieczemy w piekarniku w 180 C - aż zmięknie. Jak przestygnie - wyciskamy upieczone ząbki czosnku i dodajemy do wyrabianego ciasta na początku razem z ziemniakami.
W końcu można zrobić kombinacje pieczonego czosnku i ziół - jak kto lubi!

piątek, 3 lipiec 2009

Letnia zupa ziemniaczana z porem, bobem i majerankiem



To był intensywny tydzień. Wyjazdy, rozjazdy, pakowania, rozpakowania, całusy na do widzenia... Potem kolejne podróże i całe dłuuugie godziny spędzone w aucie. Potem zmęczone powroty, z powieką ciężką i upragniony sen...
Lubię moment wyjazdu, bo czeka nowe, ciekawe, inne. Ale potem bardzo szybko wszystko zostaje przetasowane i właśnie powrót staje się najważniejszy. Do domu. Bo to jak w powiedzeniu, że wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej... Oswojone rzeczy, ulubione kąty, własna kuchnia, książki, poduszka, ciasto wcześniej przygotowane, domowe sprawy. I stęsknione dzieci.
Warto wyjeżdżać, by móc powrócić... :)

A dzisiaj zupa ziemniaczana w nowej odsłonie. Ot, taka zwykła niby zupa. :) Ale w letniej odsłonie, bo z młodych ziemniaków i dodatkiem młodego bobu. I młodego pora. I świeżych listków majeranku z własnej okiennej uprawy. :) Pyszna na powroty, oraz na każdy dzień. Spróbujcie, na pewno i Wam posmakuje. :)
Dla mięsożerców polecam z boczkiem, ale próbowałam też w wersji wegetariańskiej – smakuje równie świetnie. :)



Zupa ziemniaczana z porem, bobem i majerankiem
zainspirowana przepisem Roberta Sowy z książki “W poszukiwaniu smaku doskonałego” (z moimi zmianami)

ok. 500 g młodego bobu
4-5 średniej wielkości młodych ziemniaków
2 łyżki masła lub oliwy
2 młode pory (tylko jasne części)
2 ząbki czosnku
1 litr bulionu (np. takiego)
sól, pieprz, gałka muszkatołowa - do smaku
garść listków świeżego majeranku (lub 1-2 łyżeczki suszonego)
kilka plasterków boczku wędzonego (w wersji wegetariańskie po prostu pominąć)
100 g serka topionego (smak naturalny)

Bób krótko podgotować w osolonej wodzie (od zawrzenia wody wystarczy 5 min.). Gdy lekko ostygnie – obrać ze skórki, podzielić na dwie równe części.
Ziemniaki obrać, umyć, pokroić w kostkę. Pory umyć i pokroić w plasterki.
W garnku rozpuścić masło (oliwę) i zeszklić na niej pory. Dorzucić wyciśnięte ząbki czosnku, pokrojone ziemniaki, świeżo startą gałkę muszkatołową i chwilę przesmażyć. Zalać bulionem, dorzucić połowę bobu, listki świeżego majeranku (lub suszonego), doprawić do smaku solą i gotować do miękkości warzyw (ok. 20 min.).
Zmiksować zupę na krem. Dołożyć topiony serek, a następnie jeszcze chwilę gotować, aż do rozpuszczenia serka. Doprawić do smaku pieprzem (a w razie potrzeby także i solą).

Pozostałą część bobu podsmażyć na patelni wraz z boczkiem.
Podawać zupę z dodatkiem bobu i boczku na wierzchu.
Smacznego!

poniedziałek, 29 czerwiec 2009

Jej chałka na zakwasie. Weekendowa Piekarnia #37

Lato przyszło (przynajmniej to kalendarzowe), dni wydawałyby się długie, a mnie nagle doba zrobiła się zbyt krótka. Nie wiem czy to ja tak źle gospodaruję swoim czasem, czy zbyt wiele rzeczy na raz próbuję zrobić. Dość powiedzieć, że godziny uciekają mi między palcami, a ja mam wrażenie, że to i owo robię na pół gwizdka.
Upieczenie Jej chałki, którą zaproponowała (na blogu Na kruchym spodzie) w ramach 37 edycji Weekendowej Piekarnii – zajęło mi całe dwa dni, nie licząc jeszcze dodatkowej nocy! Tak się dzieje, gdy do piekarzenia zabiera się osoba myśląca o niebieskich migdałach. :) Tak, tak, o mnie mowa. Niebieskie migdały, bujanie w chmurach i roztrzepanie – to najtrafniejsze określenia opisujące właścicielkę tego bloga. :)
Zaczęło się od tego, że w piątek przeczytałam (najwyraźniej bez zrozumienia) przepis, po czym wyjęłam zakwas z lodówki, ciesząc się, że 35 g zakwasu to mam na zawołanie i następnego dnia będzie pieczenie. :) Oczywiście nie przyszło mi do głowy, by raz jeszcze zajrzeć do przepisu! Nie, gdzie tam! Moja głowa zaprzątnięta była milionem innych myśli. ;-) Następnego dnia okazało się, że zakwas i owszem mam pracujący, ale hydrację ma do niczego, a ja oczywiście nie przygotowałam dzień wcześniej kwaśnego ciasta! Sobota została stracona na kwaszenie. W niedzielę znów nie doczytałam kolejnej porcji informacji i w związku z tym – nie dotarło do mnie, że całkowity czas rośnięcia ciasta to 2 + 5 (!) godzin, w związku z czym dość późno za wyrabianie ciasta właściwego się wzięłam. Tym sposobem chałka, która w początkowych zamiarach miała powstać w sobotę – wyjęta z piekarnika została w niedzielny wieczór. Sami widzicie... planowanie u mnie kiepsko wychodzi. ;-)

A podsumowując: chałka wyszła bardzo smaczna, jak na wypiek drożdżowy na wodzie, nie mleku – dość puszysta, z milionem równomiernych dziurek. :) Trochę ciasto niesforne było w trakcie zagniatania, bo z przepisowych proporcji bardzo mi się kleiło, więc ok. 1 szkl. mąki musiałam dosypać, by w ogóle mieć szansę na zwijanie warkocza. Samo zwijanie też nie było proste, ale to zrzucam tylko na brak doświadczenia, bo to moja pierwsza chałka. Niemniej w trakcie pieczenia splot nawet całkiem ładnie się zachował, ciesząc oczy. :) Jedna chałka została już pochłonięta, drugą zamroziłam na czas kryzysu w domowej piekarni. :D
I to by było na tyle w kwestii spóźnionego wpisu piekarniczego, dziękując jednocześnie za wspólną zabawę. :)


Jej chałka na zakwasie
cytuję na Nią z bloga Na kruchym spodzie

Z podanych proporcji wyjdzie jedna około kilogramowa chała lub dwie półkilogramowe.

Poprzedniego dnia wieczorem przygotowuje kwaśne ciasto:

-35g aktywnego pszennego zakwasu
(można wziąć 10 g żytniego i odświeżyć go rano 20g wody i 30g mąki pszennej chlebowej, jeszcze bardziej aktywny zakwas uzyskamy odświeżając go kilkukrotnie co 12 godzin, resztę zachowujemy do kolejnego wypieku, przechowujemy w lodówce i odświeżamy co tydzień oraz zawsze na 12 godzin przed kolejnym wypiekiem).

-80g ciepłej wody
-135g mąki pszennej chlebowej

W misce mieszamy wodę z zakwasem, a następnie wsypujemy mąkę. Dokładnie wyrabiamy na jednolite ciasto. Przykrywamy folią i dostawiamy na 8 do 12 godzin.

Następnego dnia przygotowujemy ciasto właściwe:

-60g ciepłej wody
-3 jajka i jedno do wysmarowania chałek
-8g soli
-55g oleju roślinnego (ja optuję za roztopionym masłem)
-65g delikatnego miodu (akacjowego, lipowego, kwiatowego, ja dodam z rozmarynu) lub 60g cukru
-400g mąki pszennej chlebowej
-200g kwaśnego ciasta

W dużej misce ubijamy wodę, jajka, tłuszcz, miód i sól, a następnie wsypujemy stopniowo mąkę, całość mieszając drewnianą łyżką. Powstanie nam postrzępione ciasto. Dodajemy kwaśne ciasto i wszytko razem mieszamy. Wykładamy na stolnicę, w tym czasie ciasto się lepi do rąk, ale nie warto się tym przejmować. Na stolnicy oprószonej mąką wyrabiamy ciasto wilgotnymi dłońmi przez około 8-9 minut ( nie dłużej niż 10 minut). Ciasto powinno być zwarte o konsystencji ciastoliny. Miskę po cieście myjemy w gorącej wodzie, wycieramy do sucha i do takiej nagrzanej miski wkładamy ciasto, przykrywamy folią i odstawiamy do fermentacji na 2 godziny. W tym czasie ciasto może wcale nie urosnąć!

Po tym czasie wykładamy na omączoną stolnicę. Dzielimy na tyle części, ile planujemy zrobić chałek. Dalsze instrukcje dotyczą jednej chałki.
Ciasto wałkujemy. Dzielimy nożem na pół. I każdą część rolujemy. Następnie rolkę wałkujemy dłońmi tak by uzyskać długi, cieńszy na końcach wałeczek. Każdy wałeczek składamy na pół i podwieszamy na patyczku, a następnie zaplatamy jedno ramię na drugie, aż do końca. Patyczkiem wykonujemy jeszcze kilka skrętów w przeciwnym kierunków. Kto kiedykolwiek kręcił się na sznurkowej huśtawce, wie o co chodzi. Z drugim wałeczkiem postępujemy tak samo. Oba wałki układamy na blasze lub w okrągłej formie wyłożonej pergaminem.
Zostawiamy do wyrastania na 5 godzin.
Piekarnik rozgrzewamy pod koniec wyrastania do 180 st. C. Przed pieczeniem chałki smarujemy jajkiem rozkłóconym ze szczyptą soli. Pieczemy 500g chałki 25-35 minut, większą 45 minut.

sobota, 27 czerwiec 2009

Babeczki razowe z jagodami wg Gordona Ramsay'a


Na te babeczki czekałam blisko pół roku. Czyli mniej więcej tyle, ile czasu minęło od zakupu książki “Zdrowa kuchnia” Gordona Ramsaya. Zaczarowało mnie zdjęcie przy przepisie. Cudna skorupka z muscovado na wierzchu każdej muffinki... Ilekroć zaglądam do książki (a robię to dość często, zwykle po prostu dla samej przyjemności oglądania) – to w pierwszej kolejności odszukuję właśnie ten przepis i to zdjęcie. I za każdym razem obiecuję sobie, że właśnie tym wypiekiem otworzę sezon jagodowy. :) No więc właśnie to uczyniłam. :) I wiecie, teraz jakoś pusto się zrobiło, no bo skoro już obietnica zrealizowana, to czy będzie powód, by ponowne właśnie od tego miejsca przeglądać książkę? ;-)
Te babeczki / muffinki posmakują tym, którzy tak jak ja automatycznie (prawie jak roboty ;-)) zmniejszają w słodkościach ilość cukru. Często tnę nawet o połowę. W tym przepisie jest to zupełnie zbędne – wszak Gordon proponuje “Zdrową kuchnię”. :) Babeczki wychodzą mało słodkie (choć dla nas absolutnie wystarczająco), zawierają jagody (w oryginale borówki amerykańskie) i to co odróżnia je od tradycyjnych muffinek – nie zawierają białej mąki, a razową. Mnie ciasta “razowe” nieodmiennie kojarzą się z dość ciężkimi wypiekami (vide chleby razowe), tymczasem babeczki z tego przepisu są naprawdę lekkie i puszyste, co mam nadzieję widać choć trochę na powyższym zdjęciu.
Zapraszam zatem do kuchni Ramsay'a. :)



Babeczki razowe z jagodami
wg przepisu Gordona Ramsay'a ze “Zdrowej kuchni”

2 duże, bardzo dojrzałe banany
300 g mąki razowej
1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
1 łyżeczka sody oczyszczonej
100 g muscovado lub cukru trzcinowego
szczypta soli morskiej
285 ml maślanki
1 duże jajko, lekko rozkłócone
75 g masła rozpuszczonego I ostudzonego
200 g jagód (w oryginale borówek amerykańskich)

dodatkowo:
1 łyżka cukru brązowego

Rozgrzać piekarnik do temp. 180 st.C. Przygotować foremkę do muffinek. Wyłożyć papierkami lub wysmarować masłem. (Mnie z powyższych proporcji wyszło 16 babeczek).

Banany obrać i rozgnieść je widelcem.
W dużej misce wymieszać wszystkie składniki suche: mąkę, proszek do pieczenia, sodę, sól oraz cukier trzcinowy.
W drugiej misce rozkłócić jajko, dodać maślankę i rozpuszczone masło. Wmieszać banany.
Mokre składniki wlać do suchych i łyżką połączyć (nie mieszać zbyt długo). Wsypać jagody i lekko zamieszać łyżką.

Ciasto przekładać do foremek (powinny być całkowicie wypełnione). Posypać z wierzchu dodatkowym cukrem brązowym.
Piec przez 20-25 min., aż ciasto wyrośnie i zrumieni się na wierzchu. Sprawdzić patyczkiem czy ciasto jest dobrze upieczone.
Przez kilka minut studzić babeczki w foremce, po czym wyjąć i dostudzić na kratce.
Smacznego!

środa, 24 czerwiec 2009

Marokański dżem z bakłażanów i tortilla z grillowanymi warzywami.


Dzisiaj chciałam przypomnieć przepis, który zapewne znany jest bywalcom kulinarnego CinCin. Mowa oczywiście o tytułowym marokańskim dżemie z bakłażanów, przepisem na który podzieliła się na CC Malgosimi. Nazwa dżem wydawać by się mogła nieco myląca i kojarzyć się może ze słodkim przetworem. Tymczasem marokański dżem z bakłażanów – to rodzaj bardzo gęstego sosu, czy relishu.
Robiłam go w ciągu ostatnich lat po wielokroć i wciąż wracam do przepisu tak często jak to tylko możliwe (czyli głównie wtedy, gdy czas bakłażanów powoduje ich wysyp na naszych straganach). Bakłażany są pyszne same w sobie (ja je uwielbiam), a ponieważ istnieją połączenia idealne, więc dla mnie takim połączeniem jest bakłażan + kumin, lub bakłażan + pomidory. Dżem z bakłażanów – to połączenie wszystkich trzech wymienionych składników.
Zastosowanie tego przetworu jest bardzo szerokie i właściwie zależy od inwencji własnej. Można go użyć na zimno jako smarowidło na kanapkę, jako sos do pizzy, sos do makaronów wszelakich, zapiekanek, składnik nadzienia pity czy nawet naleśników, etc.
Ja uwielbiam go wprost z makaronem, najlepiej ze spaghetti!
A dzisiaj proponuję rozsmarować grubszą warstwę na tortilli i zawinąć wraz z grillowanymi warzywami (u mnie cukinia i bakłażan), świeżym pomidorem, oraz piersią z kurczaka (z której notabene można z powodzeniem zrezygnować jeśli wersja ma być wegetariańska).
Spróbujcie przygotować ten dżem, nie pożałujecie! Na pewno i Wy znajdziecie dla niego smaczne zastosowania. W wersji niewekowanej można przez tydzień przechowywać w lodówce.


Marokański dżem z bakłażana
inspirowane przepisem Malgosimi (w oryginale przepis Pauli Wolfert)

2 bakłażany
3 ząbki czosnku
1 puszka pomidorów bardzo dobrej jakości
duża szczypta utartego kuminu (daję 1 łyżeczkę)
1 łyżeczka słodkiej papryki (zamieniam na paprykę wędzoną)
szczypta suszonej chili
sól do smaku
3 łyżki soku z cytryny

oliwa

Bakłażana pokroić w 1-cm plastry. Oprószyć solą, lub zamoczyć w 1 l wody połączonej z 2 łyżkami soli. Pozostawić na na ok. 30 min.
Bakłażana osuszyć papierowym ręcznikiem. Usmażyć go partiami na małej ilości oliwy (uwaga! bakłażan silnie chłonie tłuszcz) lub zgrillować go (preferuję tę metodę, a grilluję na patelni grillowej). Lekko przestudzić i pokroić w kostkę (wielkość nie ma istotnego znaczenia).
Na głębszej patelni rozgrzać 2-3 łyżki oliwy. Wrzucić pokrojonego bakłażana, bardzo krótko przesmażyć, a po chwili dołożyć kumin, sproszkowaną paprykę i chili. Smażyć ok 1 min. by przyprawy wydobyły aromat. Dołożyć przeciśnięte ząbki czosnku, oraz pomidory. Doprawić do smaku solą. Poddusić. Zdjąć z ognia. Zmiksować na gładko. Dosmaczyć sokiem z cytryny.
Odstawić na jeden dzień do lodówki. Podawać na zimno lub ciepło.
Tydzień można przechowywać w lodówce.

Smacznego!

poniedziałek, 22 czerwiec 2009

Pikantny chlebek z bekonem, orzechami i ziołami. Weekendowa Piekarnia #36.


Naszła mnie taka refleksja... Dopadła znienacka, wczepiła się pazurami i siedzi. Wierci się w głowie, krzyczy i narzeka. No bo ileż ja straciłam! Tyle Weekendowych Piekarni niezrealizowanych... Szkoda i żal, że wymówek miałam sporo. Teraz dopiero to widzę. Jaka to radość znów czuć zapach gorącego pieczywa, jak oczy się śmieją, gdy zaglądałam przez szybkę piekarnika, a tam tam bochenek w oczach rośnie! :) A potem ten pierwszy kęs, koniecznie jeszcze gorącej piętki. O tę piętkę każdorazowo toczę z mężem bitwę i wyścig, kto pierwszy... W sumie piętki są dwie, można więc sprawiedliwie podzielić, no ale jak to tak...kroić chleb z dwóch stron...? ;-)
Robię małe kroczki. Mniej więcej od miesiąca ani razu nie przestąpiłam progu pobliskiej piekarni. Wiem, wiem, to niewiele, ale z tych małych odcinków mam nadzieję posklejać całą dłuuugą taśmę czasu. Czy się uda? :)


A wczoraj zakasałam rękawy i przygotowałam szybki niezwykle pikantny chlebek. Mich, gospodarz 36 edycji Weekendowej Piekarni, już się dobrze postarał, by nie zatrzymać nas długo w kuchni. :) To prawdziwie ekspresowy wypiek. Co prawda wolałabym nazwać to co wyjęłam z piekarnika wytrawnym ciastem, albo nawet muffinem, bo jakoś miano chleba nie bardzo mi tutaj pasuje. :) Nie będę się jednak wychylać przed szereg i zachowam nazewnictwo przez gospodarza przyjęte. :)
Wprowadziłam do przepisu właściwie tylko jedną istotną zmianę, a mianowicie zmniejszyłam ilość proszku do pieczenia. Jakoś tak dużo mi się w oryginalnym przepisie wydało. Chyba zupełnie nie potrzeba tak dużo , bo i na odchudzonej wersji chlebek pięknie piął się do góry.
Jeśli chodzi o dodatki, to z konieczności zrezygnowałam z suszonych gruszek (których nie udało mi się kupić); zamiast orzechów włoskich dałam pekany, zamiast szczypiorku – duuuużo posiekanej natki pietruszki; ser cheddar – zamieniłam na swojski ser wędzony. I oczywiście nie pożałowałam bekonu. :)
Zjedliśmy ten wypasiony chlebek w wersji wakacyjnej, czyli lekko zgrillowany. Bardzo ładnie się prezentował z brązowymi paseczkami. :)
Było dobre, smakowało, zjedzone zostało do ostatniego okruszka, ale na zakończenie muszę się przyznać, że i tak moim faworytem były bułki z figami, które jak zapowiedziałam – przygotowałam ponownie. :) Przy drugim podejściu użyłam zamiast zwykłej mąki żytniej – żytniej razowej. Bułeczki wyszły ciemniejsze, ale i chyba jeszcze pyszniejsze. :)



Pikantny chlebek z bekonem, orzechami i ziołami
cytuję za Michem z bloga “Aromatyczny”
(w oryginale: Pikantny chleb ze szczypiorkiem i cheddarem (a może z gruszką?!))


szklanka grubo startego żółtego sera cheddar plus pół szklanki tego sera pokrojonego w małe kostki
1 3/4 szklanki mąki
1 łyżka proszku do pieczenia (dałam ok. ½ łyżki)
1/2 łyżeczki soli
1/4 łyżeczki czarnego pieprzu
3 duże jajka
1/3 szklanki tłustego mleka
1/3 szklanki oliwy extra-virgin

dodatki:
5 plasterków bekonu, kroimy, smażymy na małej ilości tłuszczu, studzimy
szklanka dobrze pokrojonych suszonych gruszek (uważać żeby nie były ususzone "na wiór")
1/3 szklanki orzechów włoskich, chwilę podrumienić w piekarniku
1/2 szklanki posiekanego drobnego szczypiorku
drobno posiekana świeża szałwia

Rada autorki: chleb jest do przygotowania w malej keksówce, jeśli nie macie małej wybierzcie większą. Chleb będzie po prostu niższy, pamiętać należy wtedy o trochę krótszym czasie pieczenia.

Rozgrzewamy piekarnik do 180 stopni C.

Mieszamy dobrze mąkę, proszek do pieczenia, sól i pieprz w dużej misie. W drugim naczyniu mieszamy ok minutę jajka do czasu kiedy dobrze się połączą i lekko ubiją. Dodajemy do jaj mleko i oliwę. Teraz czas na zmieszanie składników mokrych z suchymi - łopatką lub drewnianą łyżką mieszamy całość delikatnie do powstania ciasta. Nie trzeba wykonywać energicznych ruchów jak pisze autorka. Teraz dosypujemy ser, starty na tarce jak i w kosteczkach i dodatki: zioła (szczypiorek, szałwia) i podrumienione przez chwilę w piekarniku orzechy włoskie a także ostudzony bekon i pokrojone gruszki. Przekładamy ciasto do wysmarowanej masłem foremki do pieczenia.

Dodatki wykorzystujemy w miarę upodobań. Do mnie najbardziej przemawia wersja gruszki+szałwia+orzechy (+dużo wina, czerwonych winogron i sera pleśniowego, poza konkursem).

Pieczemy chlebek 35 do 45 minut lub do momentu kiedy będzie miał złotą skórkę a patyczek do sprawdzania ciasta wbity w środek pieczywa będzie suchy. Studzimy na kratce.

sobota, 20 czerwiec 2009

Bułki z figami. Weekendowa Piekarnia #36.



Jeśli jest jeszcze ktoś, kto się waha nad udziałem w tej edycji Weekendowej Piekarni – to ja gorąco namawiam: biegnijcie do kuchni, wyjmijcie z szafek tych kilka prostych ingrediencji i połączcie składniki! Gdy weźmiecie do ust pierwszy kęs ciepłej jeszcze bułeczki – rozpłyniecie się ze szczęścia! :)
Zwariowałam? Nie, nie! A właściwie tak! :) Oszalałam na punkcie bułek z figami, z przepisu, które w tym tygodniu wyszperał dla nas Mich z Aromatycznego bloga. :)
Nie skłamię jeśli powiem, że to jedne z ciekawszych bułek, jakie nie tylko piekłam osobiście – ale i jadłam w ogóle. :) Mają bardzo, bardzo nietuzinkowy smak! Niby wytrawne, ale jednak trochę słodkie. Do tego pesteczki fig tak fajnie trzeszczą między zębami. :)
Ach, spróbujcie! Bo warto! Warto! warto!
Bułeczki są tak pyszne, że trudno się od nich oderwać. ;-) Pochłonęliśmy ich znacznie więcej, niż zwyczajowo jadamy na raz. ;-) Małżonek zachwycony, ja w niebowzięta. Ach, ach! raj na ziemi! :)
Jedliśmy te cudne wypieki z kozim serem (pyszną odmianą z dodatkiem wina). A żeby podkreślić słodycz bułeczek – na ser nakładaliśmy dodatkowo konfiturę z fig. Niebo w gębie! :)
I tylko szkoda, że bułeczek tak niewiele było. Na jutrzejsze śniadanie udało mi się schować zaledwie 3 niewielkie sztuki. Co dowodzi niezbicie, że muszę zakasać rękawy i wziąć się za wypiek kolejnej porcji. :)

Michu, dzięki za rewelacyjny przepis! :)



Bułki z figami
cytuję za Michem z bloga “Aromatyczny”

składniki na 12 sztuk

10 dag suszonych fig
1 2/5 szklanki wody
3 dag drożdży
2 szklanki mąki żytniej
1 szklanka mąki pszennej
łyżeczka soli
jajko do posmarowania
ewentualnie mak lub sezam do posypania





Posiekać drobno figi, zagotować z wodą. Odstawić do ostudzenia (37 stopni C).
Odlać 2/5 szklanki ostudzonej wody z fig, wlać do miski. Rozetrzeć w niej drożdże, zostawić na 10 minut. Wymieszać w misce oba rodzaje mąki z solą, wlać rozmieszane z wodą drożdże i wodę z figami. Dobrze wyrobić i zostawić na 15 minut. Wyłożyć ciasto na posypana mąką stolnicę, wyrobić trochę, uformować wałek i podzielić na 12 części. Formować okrągłe bułeczki. Układać na posmarowanej blasze. Zostawić na 45 minut do wyrośnięcia. Nagrzać piecyk do temperatury 200 stopni C. Posmarować bułki jajkiem, posypać makiem i piec około 22-25 minut.

środa, 17 czerwiec 2009

Panna Cotta z białą czekoladą, wanilią i sosem truskawkowym


Mój chłop zwariował! Kompletnie oszalał! I żeby było mało, to synek razem z nim! No bo jak?! No bo kto to widział?! I jakim prawem?! A ja się nie zgadzam! Nie pozwalam! I stanowczo mówię: nie! To nie prawda, że panna cotta jest smaczniejsza niż tiramisu! O co to! to nie! A oni, że tak, że wolą, że fajniejsza, że konsystencja miła i smak przyjemniejszy...
Ach, ja im dam! Już kupiłam mascarpone! I zrobię całą dużą foremkę tiramisu! I zjem sama, nie dam łobuzom ani łyżeczki! O taka jestem zołza! :)

A tymczasem po tej przerażającej ilości wykrzykników – zamierzam się uspokoić przy malutkiej porcji panna cotty. :) Bo choć z moim ukochanym tiramisu konkurować nie może (i nie powinien, wszak to dwa różne desery) – to przecież wiadomo, że jest pyszna. :) Ach, jak cudnie rozpływa się w ustach. :)
Was również zapraszam. :)


Panna Cotta z białą czekoladą, wanilią i sosem truskawkowym

500ml śmietanki (użyłam 36%)
1 laska wanilii
100 g białej czekolady – połamanej na kawałki
2 listki żelatyny

Listki żelatyny namoczyć w zimnej wodzie.
Do garnuszka wlać śmietankę. Laskę wanilii przekroić wzdłuż na pół i końcówką noża ściągnąć ziarenka; wrzucić je do śmietanki. Postawić garnuszek na średnim ogniu, gdy śmietanka będzie już gorąca – wrzucić połamaną czekoladę i cały czas mieszając doprowadzić do zagotowania (czekolada w tym czasie powinna się zupełnie rozpuścić). Od razu zdjąć z ognia. Żelatynę dobrze odcisnąć, włożyć do gorącej śmietanki i energicznie mieszać, by żelatyna się rozpuściła. Rozlać do małych naczynek. ( Ja naczynka wyłożyłam folią spożywczą, następnie odczekałam kilka minut, aż śmietanka nieco przestygła i dopiero wtedy rozlałam na porcje).
Wstawić do lodówki na min. 4-6 godz.

dodatkowo:
ok. 300 ml zmiksowanych truskawek (jeśli potrzeba – dosłodzić)

Panna cottę podawać na talerzu polaną sosem truskawkowym.
Smacznego!

sobota, 13 czerwiec 2009

Polski chleb pszenno - żytni. Weekendowa Piekarnia #35.



Na Wybrzeżu pada deszcz. Kap, kap, kap... Padał wczoraj, pada dzisiaj i wszystkie znaki na ziemi oraz niebie wskazują, że jutro nic w tej kwestii się nie zmieni. Jednym słowem weekend do bani! A tak liczyłam, że znów wsiądę na rower i ruszę przed siebie (ostatnio aż całe dwa dłuuugie dni temu miałam ten wiatr we włosach). Obowiązkowo zabieram plecak z fotograficznym ekwipunkiem. To nic, że kilka kilogramów ciąży na plecach. To nic, że pod górkę trudniej wjechać. Bo radość wielką przynosi każdy uwieczniony listek, każdy ciekawy budynek, detal, czy scenka rodzajowa...
A tymczasem taka posucha! Fotograficzna, bo w sensie pogody, to mokro bardzo... ;-)
Kilka dni temu poczyniłam pewne zobowiązanie i Gospodyni tej edycji Weekendowej Piekarni – Oczku – obiecałam, że jeśli pogoda nie dopisze – to zaproponowany przepis na chleb pszenno – żytni zabiorę na warsztat. W przeciwnym wypadku - ruszam w świat! To była mała ściema i prowokacja, bo zdecydowana na piekarzenie byłam od razu. :)
No i całe szczęście! Bo chleb bardzo dobry wyszedł. A co ważne! nawet mnie, na nowo początkującej piekarence – wyszedł pięknie wyrośnięty, choć grama drożdży nie zawierał. Wykonanie chleba okazało się bajecznie proste, ciasto bardzo przyjaźnie nastawione do człowieka, aż rwało się do góry. :) A smak... No ba! Pycha! Zwłaszcza na ciepło z masełkiem można by zjeść cały bochen. Zero oporów. :) Zresztą, zaświeci słońce – to spalę na rowerze. ;-))



Polski chleb pszenno-żytni
cytuję za Oczko z bloga Historie kuchenne

Zaczyn:
50g zakwasu żytniego
75g letniej wody
75g mąki żytniej typ 720

Ciasto właściwe:
200g zaczynu jw.
250g wody
350g mąki pszennej typ 1100
150g mąki żytniej typ 720
10g soli (1,5 łyżeczki)
2 łyżeczki kminku

Wykonanie:
Zaczyn wymieszać na gładką dość gęstą masę. Pozostawić na 8-12 godz w temp. pokojowej do przefermentowania. Następnego dnia dodać do zaczynu mąkę, wodę oraz sól. Wyrabiać ręcznie 10-12 min. Włożyć do miski do wyrośnięcia pod przykryciem w temp. pokojowej na 2-2,5 godz. Zagniatać ciasto 3-krotnie podczas wyrastania. Po wyrośnięciu uformować bochenek i włożyć do formy wysypanej dobrze mąką. Pozostawić do wyrośnięcia w temp. pokojowej na 1,5-2 godz. Nagrzać piekarnik 1 godz. przed włożeniem chleba do temp. 230 stop. Bochenek delikatnie spryskać wodą, posypać kminkiem, naciąć i wkładać do naparowanego piekarnika, pic 40-50 min do zbrązowienia skórki. Wystudzić na kratce.

  © Blogger template 'Morning Drink' by Ourblogtemplates.com 2008

Back to TOP