niedziela, 15 listopada 2009

Weekendowa Piekarnia #51



Zgodnie z obietnicą nastała moja kolej na prezentację wszystkich wypieków, które zaproponowałam Wam do wspólnej zabawy w ramach 51 odcinka Weekendowej Piekarni. :)
Muszę się Wam przyznać, że miałam stracha. ;-) Bo mimo, że wszystkie wypieki dokładnie przetestowałam wcześniej i wiedziałam czego można się po nich spodziewać – to i tak bałam się, że propozycje się nie spodobają, albo że w kuchniach jakieś żywiołowe klęski się wydarzą. ;-) Póki co o klęskach nikt nie doniósł, a ilość osób biorących udział w tym wydaniu WP i tak znacznie przerosła moje oczekiwania. W mrocznych zakamarkach swojej wyobraźni widziałam tylko siebie, Margot i Beę na piekarniczej straży. :D Tym bardziej więc dziękuję serdecznie wszystkim za wspólne pieczenie, za Wasze piękne wypieki, które bardzo cieszą oczy i przede wszystkim za to, że mnie tu samej nie zostawiłyście (a może nie zostawiliście? czy jakiś mężczyzna przyłączył się do WP? :)). :**
Aluś, a Tobie dziękuję, że mnie namówiłaś na to gospodarzenie. Przecież tak naprawdę bardziej wierzyłaś we mnie, niż ja sama. :*

Jeszcze raz proszę wszystkich biorących udział w WP o to, by pozostawić u Ali linka do zaprezentowanych własnych wypieków. A Ala jak zwykle zrobi nam piękne podsumowanie. Nie chcemy, by kogoś w nim zabrakło! :)



Teraz nie pozostaje mi już nic innego, jak przedstawić własne wypieki. :)
Gdybym miała dokonać podsumowania i określić, która z propozycji najbardziej podbiła moje serce – to niewątpliwie na podium z numerem 1 – stanąłby chleb na zakwasie z orzechami i ziemniakami (w oryginale autorstwa Zorry). Niech świadczy o tym chociażby fakt, że od momentu, gdy po raz pierwszy go upiekłam (tylko by sprawdzić, czy nadaje się jako propozycja do WP) – wciąż i wciąż do niego powracam. Dla mnie to chleb ideał. Świetny w smaku. Dzięki dodatkowi orzechów – wprost „elegancko wypasiony”. Ma świetną strukturę, wspaniały miąższ, a skórkę chrupiącą. Za każdym razem, gdy wyjmuję go z piekarnika – mój małżonek krąży po kuchni i tylko czeka momentu, gdy bochenek przestanie parzyć. :D „Mistrzostwo świata” - tak go nazywamy. :D


Pozostałym wypiekom miejsc rozdzielać nie będę. :) Obie receptury fajne, obie inne, trudno je porównywać.
Mleczne bułeczki z żurawiną (ponownie z przepisu Zorry) – to typ bardzo delikatnego pieczywa. Mięciutkie, maślane i puszyste. Z miłą, słodką niespodzianką w postaci suszonej żurawiny. Te bułeczki można jeść nawet „saute”, ot tak żeby przegryźć coś na szybko. :)


Bułki z ziarnami na miodzie, które już zostały ochrzczone nazwą „Gordonki” - również bardzo nam smakują. Razowa mąka - powoduje, że bułeczki są dość ciężkie, choć absolutnie nie gliniaste. A ziarenka przyjemnie chrupią podczas konsumpcji. :) Moim zdaniem niewątpliwym ich atutem jest lekko słodki smak, który zawdzięczają dodatkowi miodu. I choć mogłoby się wydawać, że skoro słodkie – to najlepiej będą smakowały z dżemem lub miodem – to nic bardziej mylnego. Jadłam je i z serem, i z wędliną – świetnie pasowało!


Życzę wszystkim przyjemnej niedzieli! Niech zapach chleba i bułeczek umili Wam ten dzisiejszy ponury za oknem dzień. :)

piątek, 13 listopada 2009

Orzechowa tarta. A poza tym zmiany, zmiany...


Nie wiem od czego zacząć. Może od tego, że zmęcznie zamyka mi oczy. I może od tego, że bardzo chciałam już dzisiaj zaprezentować Wam wszystkie wypieki z Weekendowej Piekarni... W końcu jako gospodyni trwającego obecnie odcinka – mam niejakie zobowiązanie szybko się uwinąć w kuchni i pokazać wypieki. :D Niestety „chciałam” to czas właściwy. Kilka dni temu zupełnie nieplanowanie wróciłam do pracy. Propozycja była tyleż ciekawa, co nieoczekiwana. Żegnajcie poranne kawusie, leniuchowanie do 9-tej w łóżku i wymyślanie co dobrego upiec lub ugotować... Zamiast tego jest powrót o 17-tej do domu, przytulanki z wytęsknioną (i czasem zapłakaną) Majeczką, przeglądanie książek z synkiem i szybki obiad na kolację. Przewiduję w związku z tym, że Pieprz czy Wanilia w najbliższym okresie zostanie przeze mnie mocno zaniedbane. :( I domowa piekarnia pewnie też. :( Tyle moich narzekań.
Mam nadzieję, że wybaczycie mi, że zaproponowane przeze mnie wypieki w ramach WP pokażę Wam dopiero w niedzielę. Jutro biorę się za pieczenie. Dziś niestety nie mam już na to siły.

Ale mam do pokazania wypiek, który z myślą o Orzechowym Tygodniu udało mi się popełnić w przedwczorajszy świąteczny dzień. Ten wypiek to jednocześnie kulinarna inauguracja nowo zakupionej książki. Po „Jajkach” Michel'a Roux'a niecierpliwie oczekiwałam na nową zapowiedź. I z przyjemnością stwierdzam, że warto było czekać na „Ciasta pikantne i słodkie” tegoż samego autora. Wybór spory, a przepisy ciekawe.
Ciasto orzechowe z pekanami (to nazwa, jaką zaproponował Roux) to rodzaj tarty na bardzo kruchym i mocno maślanym cieście, wypełnione przepysznym orzechowym nadzieniem. Trzeba przyznać, ciasto jest tłuste i kaloryczne, ale smak... ojej...cudowności. Raj dla orzechowych łasuchów. :) Ja przygotowałam w formie moich ulubionych mini – tart i pochłonęłam dwie porcje. To był milion pysznych kalorii. :D

Poleczko, Elu – miałam szczere chęci, jak co roku wziąć czynny udział w corocznym Orzechowym Tygodniu, ale nie da rady, nie ma kiedy. :( Udział biorę więc tylko symbolicznie tym jednym orzechowym wpisem.



Tarta orzechowa
Wg przepisu na ciasto z orzechami pekan Michel'a Roux'a

Kruche ciasto:
125g mąki pszennej (tortowej)
100g masła pokrojonego w kostkę, lekko rozmiękczonego
50g cukru pudru
szczypta soli
1 żółtko

Masło posiekać z mąką . Dodać resztę składników i zagnieść gładkie ciasto (będzie dość miękkie). Uformować kulę, spłaszczyć ją, zawinąć w folię spożywczą i włożyć do lodówki na ok. 30 min.
Przygotować foremkę o średnicy 20 cm (Roux proponuje taką o ruchomym dnie i głębokości 2,5cm). Z ciasta rozwałkować koło grubości ok. 3mm. Wylepić nim dno i bok foremki. Wstawić ponownie do lodówki na min. 20 min.
Nagrzać piekarnik do temp. 180st. C. Ponakłuwać ciasto widelcem. Piec „na biało” (pod obciążeniem np. z suchej fasoli, czy grochu) przez 20 min. A następnie jeszcze przez 5 min. bez obciążenia. Wyjąć z piekarnika i odstawić na metalową kratkę.
Temperaturę w piekarniku zredukować do 170 st.C.

Nadzienie:
230g rozmiękczonego masła
80g syropu klonowego
150 g drobnego cukru
3 jajka
330g łuskanych orzechów pekan
50g mąki

Masło, cukier i syrop klonowy ubić na gładką masę. Dodawać po jednym jajku, ubijając dobrze przed dodaniem następnego.
Odłożyć na bok ok. 100g połówek najładniejszych orzechów (do ozdoby), resztę grubo posiekać. Wraz z mąką wmieszać je do masy jajecznej.
Wlać nadzienie do formy z ciasta. Połówki orzechów rozłożyć na wierzchu. Wstawić tartę do nagrzanego piekarnika (170st.C) na ok. 20-25 min., aż nadzienie się zapiecze i przybierze złocistą barwę.
Ciasto kroić i podawać jeszcze ciepłe (z dodatkiem kremu waniliowego, albo lodów).
Smacznego!

(Roux twierdzi, że ciasto na zimno jest mniej smaczne. Nam smakowało i na ciepło i na zimno).

poniedziałek, 9 listopada 2009

Weekendowa Piekarnia #51. Zaproszenie.


Moi drodzy, choć nie przypuszczałam, że kiedykolwiek to nastąpi – to dzisiaj właśnie mnie przypadła wielka przyjemność prowadzenia kolejnego odcinka Weekendowej Piekarni. :) Gdy niespełna miesiąc temu nasza niestrudzona Gospodyni Ala, podczas luźnej rozmowy na GG, napisała: "Małgosia będę musiała Ciebie namówić na gospodarowanie WP” - tylko jęknęłam. :D Prawdę mówiąc, pomyślałam, że Ala postradała zmysły i tą propozycją wiedzie swoje piekarnicze dzieło na niechybną zgubę. A w każdym razie, jeśli nie całe dzieło – to przynajmniej ten jeden odcinek. :D Dzisiaj mam jednak nadzieję, że aż tak źle nie będzie, że ciasto będzie rosło w wielu kuchniach, a wypieki wszystkim pięknie się udadzą. :)
Wybór przepisów (czego najbardziej się obawiałam) - szczęśliwie okazał się nie tak trudny i mam nadzieję, że każdy z Was znajdzie przynajmniej jeden dla siebie interesujący. A może ktoś z Was skusi się na wszystkie? :D
Przygotowałam dla Was 3 przepisy:
1/ chleb na zakwasie, z dodatkiem ziemniaków i orzechów (możemy się wpasować w Orzechowy Tydzień! :D)
2/ mleczne bułeczki z żurawiną
3/ bułeczki z ziarnami na miodzie
Dwa pierwsze przepisy wyszperałam na blogu Zorry. Przepis ostatni pochodzi z książki „Zdrowa kuchnia” Gordona Ramsay'a i w wersji oryginalnej był przepisem na chleb. Ponieważ jednak wypróbowałam ten przepis w obu wariantach i osobiście wersja bułeczkowa zdecydowanie bardziej mi odpowiada (chleb miał małą tendencję do kruszenia się) – więc i Wam polecam bułeczki. Ale kto woli chleb – nie widzę przeszkód. :)
Przepisy Zorry przetestowałam również i oba wypieki bardzo polecam. Bułeczki wychodzą mięciutkie, maślane, w sam raz do zjedzenia z masełkiem lub powidłami.
Natomiast chleb – poezja! Piekłam go w ostatnim miesiącu już 5 razy i ciągle nam go mało. Z podanych proporcji wychodzi niemały bochen, więc kto woli – może piec z połowy porcji, albo przygotować dwa mniejsze bochenki.
Zapraszam serdecznie! Czekam z niecierpliwością na Wasze piekarnicze dzieła! :)

Jednocześnie proszę, by tradycyjnie już, informacje o wypieku (z linkiem) wysyłać do Alicji na adres mailowy margot11@gazeta.pl lub zamieszczać w komentarzach pod zaproszeniem na blogu Ali.


Chleb na zakwasie z ziemniakami i orzechami
wg przepisu Zorry
proporcje na 1 spory bochenek

270g aktywnego zakwasu (używałam pszennego)
7g świeżych drożdży (dawałam 1 łyżeczkę instant)
1 ugotowany ziemniak (+/- 200g) – dobrze rozgnieciony
450g białej mąki pszennej
150g mąki pszennej razowej
ok. 330g wody
14g soli
75g orzechów włoskich, grubo pokrojonych
75g orzechów laskowych, grubo pokrojonych

Rozpuścić drożdże w 50g wody. Rozrobić zakwas w pozostałej wodzie (280g). Wszystkie składniki, oprócz soli, włożyć do misy miksera. Wyrabiać ciasto ok. 4 min. na niskich obrotach. Dodać sól i wyrabiać kolejne 4 min.
Przykryć misę folią spożywczą i zostawić do wyrośnięta na 60-75 min. Co 30 min. odgazowywać i składać ciasto.
Uformować ciasto w podłużny bochenek, włożyć do koszyczka, przykryć i pozostawić do ponownego rośnięcia na 60min.
Rozgrzać piekarnik do 240 st.C. Bezpośrednio przed wyłożeniem bochenka do piekarnika – zrobić kilka nacięć.
Piec przez 10 min. w temp. 240st.C. Następnie otworzyć na krótką chwilę drzwiczki piekarnika by wypuścić parę. Obniżyć temperaturę do 220 st.C. i piec kolejne 10 min. Znów na moment otworzyć drzwiczki i zredukować temperaturę do 200 st.C. i w niej piec kolejych 20 min.
Studzić chleb na kratce.


Mleczne bułeczki z żurawiną
wg przepisu Zorry
proporcje na 7 bułeczek

Uwaga: przepis nie przewiduje soli. Dla mnie jednak wersja oryginalna była nieco mdła, dlatego proponuję chętnym we własnym zakresie dodać łyżeczkę soli.

ciasto:
250g białej mąki pszennej
ok. 75g letniego mleka
1 łyżeczka drożdży instant
1 łyżka cukru
1 jajko
50g rozpuszczonego masła
30g suszonej żurawiny

glazura:
1 żółtko
szczypta soli

Połączyć wszystkie składniki ciasta (oprócz żurawiny) i wyrobić dobrze (manualnie lub robotem), tak by ciasto łatwo odchodziło od dłoni lub miski. Ciasto powinno być miękkie, ale nie lepkie. Dodać żurawinę i raz jeszcze zagnieść ciasto. Przykryć miskę folią spożywczą i zostawić do wyrośnięcia w ciepłym miejscu na ok. 2 ½ godz. (ciasto powinno podwoić objętość).
Podzielić ciasto na 7 równych części, uformować owalne buleczki i ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia – złączniem do góry. Przykryć czystą ściereczką i pozostawić do ponownego rośnięcia na ok. 1 ½ godz.
Bułeczki naciąć i posmarować z wierzchu rozkłóconym z solą żółtkiem. Piec w 210 st. C przez ok. 15 min.


Bułki z ziarnami na miodzie
inspirowane przepisem Gordona Ramsay'a

7g (1 op.) drożdży instant (lub 15g świeżych)
275 ml letniej wody
225g mąki pszennej razowej
225g mąki pszennej (białej)
1 ½ łyżeczki soli morskiej
50g dowolnej mieszanki ziaren (np. sezamu, dyni, słonecznika, siemienia, maku)
3 łyżki oliwy z oliwek
2 łyżki płynnego miodu
2 łyżki mleka do posmarowania

Jeśli używasz drożdży świeżych: do 4 łyżek letniej wody wkruszyć drożdże, zamieszać i odstawić na kilka minut.

Mąkę przesiać do dużej miski. Wsypać suszone drożdże (lub wlać przygotowany rozczyn). Wlać oliwę, miód i wodę. Zamieszać drewnianą łyżką, a następnie wyrabiać, dodając mąki, gdyby ciasto było zbyt wilgotne. Wsypać mieszankę ziaren i dalej wyrabiać. Ciasto powinno być miękkie, ale nie klejące.
Wyjąć ciasto na posypany mąką blat, uformować kulę i ugniatać przez 5-10 min., aż ciasto będzie gładkie.
Włożyć do nasmarowanej oliwą miski, przykryć folią spożywczą i odstawić w ciepłe miejsce na ok. 1 godzinę by podwoiło objętość.
Wyrośnięte ciasto znów wyjąć na blat, odgazować. Podzielić na 9 równych części i z każdej uformować kulkę. Ułożyć je na wyłożonej pergaminem blasze. Przykryć czystą ściereczką i odstawić na ponowne zwiększenie objętości. Posmarować z wierzchu mlekiem.
Piec w piekarniku rozgrzanym do 200 st.C. ok. 20min. Wystudzić na kratce.

niedziela, 8 listopada 2009

Chleb żytni z rodzynkami. Weekendowa Piekarnia #50


Oj, jak się cieszę, że w tym tygodniu udało mi się przyłączyć do WP. :) Tym bardziej, że zeszłotygodniowy odcinek przepadł mi przez świąteczno – rodzinne sprawy.
Ale nastał odcinek nowy i to jaki okrąglutki w numeracji, a jego Gospodynią została Paulina z bloga chlebek.tv. :) Spośród dwóch propozycji Pauliny – wybrałam przepis na chleb żytni z rodzynkami.
Tak się złożyło, że to mój pierwszy wypiek w 100% żytni, a nie jak dotąd z mąk mieszanych. Byłam baaardzo ciekawa czy podołam. :) Zwłaszcza, że miałam dość jednoznaczne wyobrażenie o całkowicie żytnich wypiekach jako trudne, kapryśne i ciężkie we współpracy... I chyba się nie pomyliłam, bo moje ciasto chlebowe rzeczywiście było mocno „zadziorne” i żyło własnym życiem. :) Przez dwie pierwsze godziny rośnięcia ani drgnęło, a ja już widziałam w wyobraźni totalną klapę. W końcu jednak doszliśmy do porozumienia i moje ciasto po 4 godzinach w końcu uzyskało podwojoną objętość. Acha! Ja wymieszałam dwie mąki w równych proporcjach: zwykłą żytnią i żytnią razową, ale nie sądzę, by to była główna przyczyna słabego rośnięcia.
Co prawda sam chleb nie wyszedł mi zbyt urodziwy (widzicie tą marsjańską powierzchnię na skórce? :D), noooo ale smak... Trochę słodki, miąższ ciężki, wilgotny i chrupiąca skórka. Cudowny! Oczywiście nie byłam w stanie odczekać tych zalecanych godzin stygnięcia i chleb poszedł pod nóż niemal jeszcze ciepły. ;-) To naprawdę świetny wypiek i żałuję, że z podwójnej porcji nie piekłam. Zapewne będzie jeszcze okazja, by to nadrobić. :)
Dziękuję za wspólną zabawę! :)


Chleb żytni z rodzynkami
cytuję za Pauliną z bloga Chlebek.tv

zaczyn:
• 50 g zakwasu żytniego
• 60 g mąki żytniej (typ 2000)
• 120 g wody

ciasto właściwe:
• zaczyn jw
• 190 g mąki żytniej chlebowej
• 80 g wody
• 15 g melasy
• 1 łyżka cukru muscavado
• 1 łyżeczka soli
• 1/2 szklanka rodzynek

Są to proporcje na niewielką keksówkę ok 20 x 10, na keksówke dużą wszystkie składniki należy przemnożyć przez dwa ;)
Zaczyn odstawić pod przykryciem na 12 godzin. Rodzynki zalać ciepłą wodą i zostawić do napęcznienia.
Rodzynki wysuszyć na ściereczce by nie miały za dużo wody wokół siebie. Wszystkie składniki ciasta wymieszać w misce dokładnie (również odsączone rodzynki). Ciasto będzie dosyć gęste, ale można je bez problemu mieszać łyżką (łatwo robi się to zewnętrzną stroną łyżki).
Przełożyć do keksówki i przykryć folią i/lub ściereczką a następnie odstawić na 2-5 h aby wyrosło. Ciasto powinno wyrosnąć do brzegów keksówki, przynajmniej 3/4 wysokości (po wypełnieniu będzie sięgać niewiele ponad połowę).
(PS: dla zaganianych druga metoda to wstawić na ok 18 h do lodówki i po wyjęciu trzymać w temp. pokojowej 1 h. Efekt bardzo podobny)
Po tym czasie wstawić keksówke do nagrzanego piekarnika do 230 C na 10 minut, następnie zmniejszyć temperaturę do 200 i piec jeszcze 50 minut. Jeśli wierzch rumieni się zbyt mocno to przykrywam folia aluminiową.
Kroić po ok 20 h.

wtorek, 3 listopada 2009

Całkiem prywatna dyniowa farma...


Jak wszystko co miłe i fajne – szybko się kończy, tak i tegoroczny Festiwal Dyniowy dobiegł końca. Uwieńczeniem dzieła jest nie lada podsumowanie (300 pozycji!) wykonane przez Beatkę. Osobiście znalazłam szereg bardzo ciekawych propozycji, które zamierzam sukcesywnie wypróbowywać. :) A muszę Wam powiedzieć, że będzie to o tyle łatwe, że mam w domu jeszcze całkiem pokaźną gromadkę uśmiechniętych dyń (część widzicie na zdjęciu powyżej). :-) I to nie byle jakich! Bo w tym roku opływam w same cudowne odmiany: moją ukochaną hokkaido, makaronową, a także dopiero w tym roku poznane : butternut (c u d o w n a ! druga ulubiona), oraz nie mniej smaczne banana: i tetsukabuto. Wszystkie te odmiany można było obejrzeć i przeczytać parę słów o każdej z nich u naszej festiwalowej Gospodyni.
Nie skłamałam ani odrobinę pisząc, że „opływam w dynie”, bowiem po raz pierwszy miałam ich tyle, że w domu miejsca zbrakło, by wszystkie przechowywać. A wszystko zaczęło się wiosną tego roku, gdy nasza dyniowa Królowa Bea – przysłała mi pestki (nasiona) w/w odmian. Sprawa była poważna, bo przecież ja nie mam ogrodu! :D Na szczęście mam wokół siebie wiele przyjaznych dusz i jedna z nich nie dość, że „użyczyła” mi kawałek pola, to jeszcze sama posiała, doglądała, a na koniec przywiozła do samych moich drzwi kilkadziesiąt okazów (myślę, że 70 kg było na pewno, a może i więcej)! :) Część z tej zacnej kolekcji rozdałam (w myśl zasady: lepiej się podzielić, niż zmarnować), część sprawiłam i zamroziłam, a najwięcej zjadłam. :) I jem cały czas. I nie tylko ja pokochałam dynie, ale i moja rodzina zjada ze smakiem, co mnie ogromnie cieszy. :)


Dzisiaj chciałam zaproponować niewielką przekąskę, kilka prostych składników zamkniętych w zielonej „sałatce (to już kolejna moja propozycja na dyniową sałatę). Powstała „ad hoc” by zutylizować garść pozostałej z dnia wczorajszego rukoli i kilku kawałków pieczonej dyni (u mnie jak zwykle w posypce z kuminu i grubej soli morskiej). I tu być może efekt zaskoczenia (a może nie? ;-)), bo pożeniłam to wszystko z... gruszką. :) I mówię to z pełną odpowiedzialnością – było świetne! :) Jakiś czas temu robiłam bardzo podobną wersję, tylko zamiast orzechów pekan – dałam płatki migdałowe. Obie wersje równie dobre. Może i Wam, któraś przypadnie do gustu? :)



Sałatka z rukoli, pieczonej dyni i gruszki
proporcje są mniej ważne i za każdym razem mogą być zupełnie inne

garść świeżej rukoli (roszponka też będzie idealna)
kilka kawałków upieczonej w piekarniku dyni (u mnie odmiana hokkaido, oprószona kuminem i grubą solą morską i skropiona oliwą)
kilka plasterków słodkiej, ale niezbyt miękkiej gruszki
garść orzechów (pekany lub włoskie), lub migdałów (całe, bez skórki lub pokrojone)
kilka cieniutkich płatków parmezanu
do polania dressing: w równych proporcjach oliwa extra vergine i ocet z wina sherry (albo inny winny), sól i pieprz do smaku

Wszystkie składniki wyłożyć na talerz. Bezpośrednio przed podaniem polać dressingiem.
Smacznego!

sobota, 31 października 2009

Dynie, potwory i ciasta dwa


Helloween to nie jest moje święto. Wychowana jak większość Polaków w tradycji Zaduszek – nie czuję i nie mam sentymentu do maszkar, czarownic, Frankensteina i innych potworów, wyłaniających się na światło dzienno - wieczorne 31 października... Jedynym wyjątkiem dla mnie, ale tylko wizualnym, bez niosących treści – są wydrążone dynie, z nadaną im twarzą i światełkiem w środku. :) Są po prostu zabawne. I ładnie się prezentują zwłaszcza wieczorem.
W tym roku, na ulicach mojego miasta sporo ich wystawiono. Nawet mnie to nieco zdziwiło, bo nie przypominam sobie by w zeszłych latach było ich aż tyle... Przed wejściami do restauracji, kawiarni, niektórymi sklepami – urządzono całkiem fajne helloween'owe ekspozycje.
Wczoraj późnym popołudniem, gdy już ciemne niebo zawisło nad ulicami, wybrałam się z moim synkiem na „dyniową sesję foto”. :) Nie mówiłam Wam o tym wcześniej, ale moje 7-letnie dziecię od niedawna fotografuje. :) Wcześniej tylko mi towarzyszył, gdy ja szłam z aparatem "w świat" (no, czasem pomagał nieść statyw :)), obecnie, gdy ma swój aparat – aktywnie uczestniczy w takich wyjściach i choć to jego pierwsze kroki, a efekty są... no wiadomo jakie :D – to widzę, jak wielką frajdę sprawia mu ta wspólna fotograficzna zabawa. :)
Tak więc było polowanie na dynie, a i strasznych przebierańców też przez przypadek udało nam się spotkać. Trochę zmarznięci, ale zadowoleni uciekaliśmy do domu. A tam ciepły kubek herbaty i ciepełko od grzejników. :)


A teraz do kulinarnego meritum... W ostatni już dzień Festiwalu Dyniowego zorganizowanego prze Beę – będzie o ciastach. Tak na marginesie, tydzień na dynię to zdecydowanie za mało. Ja ciągle mam pomysły na dyniowe dobroci, nie mówiąc już o propozycjach z innych blogów, które jakoś szczególniej wpadły mi w oko, i które zamierzam wypróbować. Jak się da, to jeszcze w tym sezonie, a czego nie zdążę – to za rok. :)
Dzisiaj dwa ciasta, na pozór bardzo podobne. Jednak tak naprawdę podobne mają tylko nazwy i dwa ważne składniki: dynię i daktyle. Cała reszta to już zupełnie inna bajka, która ni mniej ni więcej powoduje, że wyjęte z piekarnika ciasta są diametralnie różne. Zarówno w wyglądzie (barwie), a przede wszystkim w smaku.


Pierwsze z ciast piekłam już wielokrotnie. Po raz pierwszy rok temu, krótko po tym jak Ewena podzieliła się przepisem na swoim blogu. Ciacho mnie zwyczajnie zachwyciło: wilgotne, smaczne... paluszki lizać. :) W tym roku z przyjemnością powróciłam do przepisu, przy czym tym razem dokonując pewnych zmian w składnikach i proporcjach. Efekt tych zmian widać na powyżej załączonych zdjęciach.


Przepis na drugie ciacho wyszperałam na blogu Baking Obsession i w wersji oryginalnej nosiło nazwę „5-spice pumpkin and date loaf”. Tytułowe „5 przypraw” to nic innego, jak dostępna również u nas „przyprawa chińska 5 smaków”. Wraz z pozostałymi przyprawami (w tym gałka muszkatołowa) ciasto zyskuje smak nieco piernikowy. Ma też bardziej suchy (znów przypominający piernik) miąższ, niż ciasto, o którym mowa była powyżej.
Nie będę oceniać, który wypiek lepszy. Bo oba świetne i pyszne, i każde tak naprawdę w innej słodkiej kategorii mogłoby startować. :) Zachęcam do wypróbowania obu. :)


Beatko, ogroooomne podziękowania za Dyniowy Festiwal. :** Już czekam na następny. :D

Oryginalny przepis na wersję ciasta dyniowego z kokosem znajdziecie na blogu Eweny, a ja podaję recepturę po niewielkiej transformacji.


Ciasto dyniowe z daktylami
inspirowane przepisem z bloga Rasberries and Cream

ok. ¾ szkl. puree dyniowego*
250g miękkiego masła
150g drobnego cukru
2 jajka w temperaturze pokojowej
ok. 140g pokrojonych suszonych daktyli (bez pestek)
½ szkl. wiórek kokosowych
300g mąki pszennej
1 ½ łyżeczki proszku do pieczenia
180 ml maślanki

1 łyżkę brązowego cukru trzcinowego (opcjonalnie)

* aby uzyskać ¾ szkl. dyniowego puree – potrzeba ugotować ok. 250g obranej, surowej dyni


Piekarnik nagrzać do temp. 180st.C. Przygotować kwadratową blaszkę 23x23cm – wyłożyć papierem do pieczenia.

Do osobnej miski przesiać mąkę wraz z proszkiem do pieczenia.
Masło wraz z cukrem utrzeć do białości. Dodawać po jednym jajku, za każdym razem dobrze ucierając masę. Dodać puree dyniowe i wiórki kokosowe – wymieszać. Następnie ciągle mieszając, dosypywać partiami po kilka łyżek mąki i dolewać odrobinę maślanki. Powtarzać czynność, aż do wykorzystania składników. Wrzucić pokrojone daktyle – wymieszać. Przełożyć masę do foremki. Posypać równomiernie z wierzchu brązowym cukrem.
Piec ok. 40-45 min. Sprawadzić, czy drewniany patyczek włożony w środek ciasta pozostaje suchy. Przez pierwszych kilka minut pozostawić ciasto w foremce, po czym wyjąć i studzić na kratce.




Ciasto dyniowo - daktylowe o smaku piernika
oryginalnie „5-spice pumpkin and date loaf” z bloga Baking Obsession

* używałam miarki „cup” o pojemności 236ml (czyli odrobinę mniej, niż nasza tradycyjna szklanka), zatem w poniższym przepisie należy przyjąć, że 1 szkl. = 236 ml.

1 ¾ szkl. mąki
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 łyżeczka sody oczyszczonej
szczypta soli (w oryginale ½ łyżeczki)
1 łyżeczka przyprawy chińskiej 5 smaków
½ łyżeczki mielonego cynamonu
½ łyżeczki świeżo utartej gałki muszkatołowej (ze względu na łagodniejszy smak - utarłam kwiat muszkatołowca)

otarta skórka z połówki średniej pomarańczy – pominęłam
½ szkl. cukru
½ szkl. jasnego brązowego cukru trzcinowego
1 ¼ szkl. puree dyniowego (ugotowałam dynię i z grubsza tylko rozgniotłam widelcem)
1/3 szkl. oleju roślinnego (użyłam oleju z pestek winogron)
2 duże jaja w temperaturze pokojowej
½ łyżeczki ekstraktu z wanillii
1 szkl. grubo pokrojonych suszonych daktyli (osypanych nieco mąką, by się nie sklejały)

Rozgrzać piekarnik do temp. 180 st.C. Przygotować foremkę keksową 23x13cm (ja użyłam kwadratową 22x22cm) – wyłożyć dno papierem do pieczenia.
Do miski przesiać razem mąkę, sodę, proszek do pieczenia, sól i wszystkie przyprawy.
W drugiej misie zmiksować masło ze skórką pomarańczową. Mieszając - dodawać kolejno jajka, puree dyniowe, olej i ekstrakt z wanillii. Dodać mąkę wraz z przesianymi przyprawami i wymieszać. Na koniec wmieszać pokrojone daktyle.
Piec ok. 1 godziny (w wypadku keksówki), lub ok. 45 min. gdy ciasto wyłożone zostało do niskiej foremki. Patyczek włożony z środek ciasta powinien być suchy.
Smacznego!

środa, 28 października 2009

Pierożki dyniowo - ziemniaczane.


Moi drodzy, chciałabym podziękować za tyle ciepłych słów, które ostatnio mi tutaj zostawiliście. To naprawdę miłe uczucie, że w każdej chwili mogę sobie ponarzekać czy popłakać, a zawsze znajdzie się niejedna dusza, która wirtualnie pocieszy. :) Donoszę, że z dziećmi dużo lepiej. Zaraza właściwie już odeszła (a raczej przeszła dalej, tym razem na mnie, na szczęście dość łagodnie), a dzieciaki marudzenie zamieniły z powrotem na głośnie zabawy, dzikie gonitwy i niekończące się kłótnie. Doprawdy, sama nie wiem co lepsze: ciągłe głaskanie po główkach i nadskakiwanie na każde najmniejsze jęknięcie, czy rozdzielanie szalejącego rodzeństwa... ;-)
Tyle prywaty. Czas na konkrety. :) A konkrety są treściwe. Jak przystało na trwający pod opieką Bey Festiwal Dyniowy – będzie dyniowo.


W zamyśle miały to być ravioli. Takie malutkie, na jeden kęs. I pewnie by były, gdyby nie fakt, że czas gonił, w rękach wszystko się paliło, a Maja wzięła sobie za punkt honoru usilnie pomagać mamie. :D Muszę Wam powiedzieć, że ostatnimi czasy zyskałam w kuchni nowego pomocnika. ;-) Nie powiem, żebym była z tego faktu jakoś szczególnie zadowolona, bowiem pomocnik ma dopiero 2,5 roku i jak to w tym wieku bywa – jeszcze dość niezgrabne rączki. W związku z czym, już nie raz mąka fruwała po blacie, owoce i warzywa lądowały na podłodze, a moje kuchenne utensylia – ginęły w tajemniczych okolicznościach. A nawet gdy się znajdą – to notorycznie są przejmowane przez małą kuchareczkę, a ja pozostaję z niczym. :D Na szczęście wałek Majeczka ma swój! :) I jak widać na powyższym zdjęciu – nie leży bezczynnie. :)
Wracając jednak do wątku ravioli... Sądzę, że zważając na wymiary, jakie im nadałam (żeby szybciej! żeby jak najszybciej!) – poprawniej będzie nazwać je po prostu pierożkami. Nie używałam jednak naszego, tradycyjnego ciasta pierogowego (z dodatkiem ciepłej wody), ale mojego ulubionego ciasta makaronowego z semoliny i jaj.
Muszę Wam powiedzieć, że farsz dyniowo – ziemniaczany doprawiony kuminem i podsmażoną cebulką – jest paluszki lizać! :) Spróbujcie sami! Myślę, że nawet mięsożerni nie będą kręcić nosem, zwłaszcza jeśli, tak jak ja, okrasicie pierożki wędzonym boczkiem. A kto boczku nie lubi, niech po prostu poleje szałwiowym masełkiem, ale poda w wersji odsmażanej. :)
Polecam użycie odmiany dyni o w miarę suchym miąższu, jak np. butternut, czy hokkaido.




Pierożki dyniowo – ziemniaczane
(ok. 30 pierożków)

ok. 500g świeżego ciasta makaronowego - wykonane z ok. 300g semoliny (ew. krupczatki lub innej mąki pszennej) i 3 jaj

Z semoliny i lekko rozkłóconych jaj zagnieść ciasto. W zależności od wielkości użytych jaj może się okazać konieczne podsypanie dodatkowo 1 lub 2 łyżkami mąki. Ciasto powinno być mocno zwarte, ale ciągle plastyczne.
Zawinąć ciasto w folię spożywczą i odłożyć na min. 30 min. by „odpoczęło”.

Farsz:
500g ugotowanych w osolonej wodzie ziemniaków (najlepiej sypka odmiana)
1 średnia cebula
2-3 łyżki oliwy
1 łyżeczka mielonego kuminu
sól, pieprz do smaku
oraz:
ok. 1,5 – 1,7 kg dyni (użyłam odmiany „butternut”) - po upieczeniu waga spadła do 800g
1 łyżeczka mielonego kuminu
½ łyżeczki soli
1-2 łyżeczki oliwy

Dynię wydrążyć z pestek, obrać ze skórki. Pokroić w grubsze plastry. Miąższ posmarować ze wszystkich stron oliwą, posolić i oprószyć kuminem. Ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Piec do miękkości w piekarniku rozgrzanym do 200 st.C ok. 20 min. Ostudzić.
Gorące, ugotowane ziemniaki ugnieść tłuczkiem. Wystudzić.
Poszatkować drobno cebulę. Na patelni rozgrzać 2-3 łyżki oliwy. Zeszklić na niej cebulę. Dodać 1 łyżeczkę kuminu i smażyć jeszcze ok. ½ min.
Przełożyć cebulę do ziemniaków (warto dać troszkę tłuszczu, na którym się smażyła). Dodać dynię rozgniecioną widelcem. Posolić do smaku i doprawić pieprzem (nie żałować! :)). Wszystkie składniki dobrze wymieszać.
Wałkować ciasto dość cienko (u mnie nie więcej niż 1mm), układać po czubatej łyżce farszu, przykryć drugim płatem ciasta i wykrawać radełkiem kwadratowe pierożki. W dużym garnku zagotować sporą ilość osolonej wody. Pierożki wrzucać partiami, gotować krótko – po wypłynięciu na wierzch pierożków i ponownym zawrzeniu wody – są już gotowe. Wybierać łyżką cedzakową. Odłożyć na talerz do odparowania.
Podawać ze skwarkami z boczku, lub polane roztopionym szałwiowym masełkiem.
Smacznego!

poniedziałek, 26 października 2009

Weekendowa Piekarnia #48


Mój udział w tej (#48) edycji Weekendowej Piekarni zawisł na włosku. Pech chciał, że gdy ja w najlepsze rozważałam czy rzucić się na obie propozycje Gospodyni Atiny – moje dzieci postanowiły się rozchorować. I to tak konkretnie, z porządnym kaszlem i gorączką. Żeby było mało – osobisty małżonek w tym samym czasie miał planowany weekendowy wyjazd. Tak więc zostałam w domu sama wraz z zarazą i przerażeniem w oczach. Dość uciążliwą zarazą – dodam – bo marudzącą na każdym kroku. ;-) W każdym razie jakoś się zawzięłam, spięłam i zorganizowałam, i przynajmniej francuski chleb wiejski upiekłam. :)
Tak zupełnie bez kłopotów się nie obyło, bo z przepisowych proporcji ciasto wyszło mi niepokojąco mocno zbite. Dolewałam więc wody i dolewałam (oczywiście w niewielkich porcjach). Potem jeszcze złośliwość rzeczy martwych sprawiła, że wyrośnięte ciasto chlebowe tak mi się paskudnie przykleiło do koszyczka, że musiałam z nim brutalnie walczyć. W końcu, gdy udało mi się bochenek przerzucić do piekarnika – miał opłakany, naleśnikowaty kształt. Wyszłam z kuchni zła jak osa: nie dość, że dzieci w złej formie, to jeszcze chleb mnie znielubił. ;-) I tutaj w tym miejscu swoją moc pokazał rozgrzany kamień. Gdy po kliku minutach ponownie zajrzałam przez szybkę - zobaczyłam przeogromny, wysoki bochen. Aż oczy przetarłam z niedowierzania. :D
Ostatecznie z piekarnika wyjęłam bardzo pokaźny bochenek chleba. Trochę szkoda, że wnętrze chleba wyszło dość ciężkie, powiedziałabym nawet, że nieco gliniaste. Jednak po nazwie „francuski” spodziewałam się nieco lżejszego miąższu. :) Nie będę jednak marudzić, chlebek jest dobry i zjemy do ostatniej kromeczki. :)
Niniejszym wpisem przechodzę do historii 48 odcinka i dziękuję Atinie i Alicji za wspólną zabawę. :)

Ps. Zdjęcia nie są niestety szczególnie atrakcyjne, ale gdy fotografowałam, było tak ponuro w domu i za oknem, że z rozpaczy można było ducha wyzionąć. :D



Francuski chleb wiejski
przepis ze strony Mirabelki:

Składniki na zaczyn 270g:
30g zakwasu
140g maki pszennej
10g maki żytniej
90g wody

Składniki na ciasto chlebowe 1700g:
800g mąki pszennej
50g maki żytniej
450g wody
1 łyżka soli
270g zaczynu jw.

Z tej ilości składników wychodzi ogromny, wiejski bochen. Aby otrzymać mniejszy można składniki podzielić na pół, pamiętając jednak, że do zakwaszenia zaczynu potrzebne jest zawsze nie mniej niż 2 łyżki zakwasu (20-25g).
Składniki zaczynu wymieszać, odstawić przykryte na 12-14 godzin w temperaturze pokojowej.
Następnego dnia wymieszać mąkę z wodą do całkowitego połączenia składników. Odstawić w przykrytej misce na ok. 1 godzinę.
Dodać sól, jeszcze raz krótko zagnieść i połączyć z zaczynem. Zagniatać przez kilka minut, ewentualnie skorygować jeszcze ilość mąki lub wody; ciasto powinno być średnio ścisłe. Ciasto powinno odpoczywać przykryte ok. 2 do 2,5 godzin. W trakcie odpoczynku, kilkakrotnie w odstępach czasowych co ok. 60 minut należy je odgazować, aby uzyskać gładką i równą powierzchnię. W tym celu rozpłaszczamy kulę ciasta lekko uderzając w jego powierzchnię, następnie z każdej strony zawijamy na szerokość ok. 1/3 płat ciasta do środka . W ten sposób napinamy dolną część, która potem będzie tworzyła wierzch bochenka.
Uformować jeden duży bochenek (bądź dwa małe), posługując się metodą zawijania jak wyżej, tak aby uzyskać gładką powierzchnię chleba, wkładamy go delikatnie (zlepieniem do góry) do koszyka do wyrastania. Czas wyrastania ok. 2 do 2,5 godzin w temperaturze pokojowej. W chłodzie (10°C) można ten czas przedłużyć do 8 godzin, w lodówce (ok. 6°C) do 18 godzin.
Przed włożeniem do pieca zalecana jest próba, czy chleb jest dobrze wyrośnięty. Kiedy po naciśnięciu palcem ciasto wraca natychmiast do pierwotnego kształtu jest jeszcze za wcześnie; gdy potrzebuje trochę czasu zanim wyrówna się jego powierzchnia jest gotowe do pieczenia.
Chleb wyjąć, delikatnie odwrócić, kilkakrotnie naciąć. Piec w lekko naparowanym piekarniku w temperaturze 240°C ok. 35-45 minut.

sobota, 24 października 2009

Marokańska zupa z dyni z białą fasolą wg G. Ramsay'a


O swojej miłości do zup dyniowych książkę bym mogła napisać. :) Co prawda, obawiam się, że byłaby to najnudniejsza książka świata, bo co trzecie słowo wplatałabym określenie „pyszna”, tudzież „najlepsza” i „aromatyczna”. :D Co byłoby zresztą zgodne z prawdą, acz nużące na dłuższy dystans. :D
Poprzestanę więc tylko na tym, że dyniowe zupy są extra i że sama osobiście gotuję je namiętnie, w najróżniejszych kombinacjach smakowych. Moim nieodzownym hitem jest zeszłoroczna dyniowa zupa karaibska z dodatkiem pora i mleczka kokosowego. W tym sezonie gotowałam ją już kilka razy i zupełnie się nie nudzi. Równie bardzo smakuje mi zupa dyniowa z Jamajki (no cóż... znów Karaiby :)) z przepisu Bey. Polecam serdecznie – spróbujcie oby dwie. :)


A dzisiaj, w ramach Dyniowego Festiwalu, mam inną propozycję, tym razem z przepisu podpatrzonego u Sir Gordona Ramsay'a. :) Ten krem jest treściwszy od innych dotąd przeze mnie jedzonych, bo okraszony jest fasolką. Zestaw „gorących” przypraw – robi swoje. :) Pachnie, smakuje i przyjemnie rozgrzewa.
No cóż, nie pozostaje mi nic innego, jak nakryć do stołu. :)


Marokańska zupa z dyni z białą fasolą
wg Gordona Ramsaya „Zdrowa kuchnia” - z moimi niewielkimi zmianami

1 kg dyni (ok. 750g po obraniu)
4 łyżki oliwy z oliwek
1 szalotka, obrana i posiekana
2 ząbki czosnku drobniutko posiekane lub przeciśnięte przez praskę
1 łyżeczka mielonej papryki
1 łyżeczka mielonego imbiru
1 łyżeczka mielonego kuminu
½ łyżeczka mielonej kurkumy
sól, pieprz do smaku
ok. 500-600 ml bulionu z kurczaka (u mnie warzywnego)
400 g białej fasoli z puszki (1 puszka)
garść natki pietruszki – posiekanej
garść natki kolendry – posiekanej

Obrać dynię ze skóry, wydrążyć z pestek. Pokroić miąższ w dużą kostkę. W większym rondlu rozgrzać oliwę. Zeszklić lekko na niej posiekaną szalotkę. Wrzucić przyprawy: paprykę, imbir, kumin i kurkumę. Smażyć ok. ½ min. Dodać czosnek i dynię. Doprawić odrobiną soli i pieprzu. Chwilkę smażyć. Wlać do rondla gorący bulion. Gotować ok. 15 min. aż dynia całkowicie zmięknie. Zdjąć z ognia i odstawić na kilka minut by zupa nieco ostygła. Kilka łyżek dyni można odłożyć na bok do ozdoby. Zupę zmiksować na kremowe puree. Postawić ponownie na ogień i zagotować. Wrzucić przepłukaną i odsączoną fasolę. Podgrzewać 2-3 min. aż fasola będzie gorąca. W razie potrzeby doprawić do smaku solą lub pieprzem.
Smacznego!

czwartek, 22 października 2009

Sałatka z pieczonych warzyw - czyli dynia na start



Nie znajduję takich słów, by przekazać jak bardzo się cieszę na kolejny, trzeci Festiwal Dyniowy. :) Dość powiedzieć, że już tak w okolicach przełomu lipca i sierpnia mówiłam Beatce, naszej festiwalowej Gospodyni, że choć kocham lato i chciałabym, by trwało najchętniej cały rok – to jednej rzeczy doczekać się nie mogę: jesiennych dyni, pysznych z niej potraw i dyniowego festiwalu. :) Dyniowy Festwial – to zdecydowanie mój faworyt wśród wszystkich kulinarnych zabaw blogowego światka. :) I tak jak w pierwszej edycji startowałam z wielką nieśmiałością, bo zastosowanie kulinarne dyni było mi jeszcze dość słabo znane – tak z każdym kolejnym rokiem z wielkim entuzjazmem odkrywam wciąż nowe i nowe możliwości.
W tym roku, dynia gości na naszym stole już od dobrego miesiąca. Trudno zliczyć ile kilogramów jej zjedliśmy. Gotowałam i piekłam z przepisów już mi znanych, ale szukałam też nowych receptur i pomysłów. Tymi nowymi zdecydowanie zamierzam się podzielić i pochwalić. :) Nie zabraknie ani zupy, ani czegoś bardziej treściwego, ani słodkiego.
Zatem dynia na start!



Na pierwszy ogień proponuję przekąskę (całkiem treściwą). Właściwie mam problem z klasyfikacją tego dania, ale chyba najbliższa będzie sałatka... Zapraszam więc na sałatkę z pieczonych warzyw z rukolą i dressingiem. Nie muszę chyba mówić, że baaaardzo nam smakowała. :)
Podaję proporcje z jakich robiłam dla dwóch dorosłych osób, ale tak naprawdę to tylko propozycja. Tego typu dania mają to do siebie, że jakiekolwiek by nie zrobić roszady w proporcjach, a nawet składnikach – i tak zawsze będzie dobrze. :)




Sałatka z pieczonych warzyw i rukoli

1 mała dynia hokkaido
8 malutkich buraczków
8 maleńkich ziemniaczków (wybieram takie wielkości większego orzecha włoskiego)
1+1 łyżeczki mielonego kuminu
1+1 łyżki oliwy
sól do smaku
2 garście rukoli

Piekarnik rozgrzać do 200 st.C. Dużą blachę wyłożyć papierem do pieczenia.
Buraczki i ziemniaczki wyszorować pod bieżącą wodą szczoteczką (nie obierać ze skórki!). Osuszyć papierowym ręcznikiem. Poprzekrawać na pół, lub jeśli są bardzo malutkie – pozostawić w całości. Dynię wydrążyć, obrać ze skórki i pokroić w dużą kostkę lub słupki.
W dwóch miskach wymieszać po 1 łyżce oliwy i łyżeczce kuminu + sól do smaku. Do jednej miski wrzucić ziemniaczki. Do drugiej – dynię. Wymieszać warzywa tak, by maksymalnie pokryły się miksturą.
Ponieważ długość pieczenia warzyw jest różna (zależy dodatkowo od wielkości samych warzyw) – należy piec etapowo: najpierw do pieca włożyć ułożone na blasze (skórką do góry, gdy krojone na kawałki) buraczki. Po ok. 15 minutach – dołożyć ziemniaki. Gdy buraczki i ziemniaki będą już prawie miękkie (mniej więcej na 10 min. przed końcem pieczenia) – dołożyć dynię.

dressing:
2 łyżki octu malinowego
mała garść listków świeżej mięty
utarty drobno mały ząbek czosnku (albo nawet pół ząbka)
sól, pieprz do smaku
2 łyżki oliwy extra vergine

Do naczynia wlać ocet, wrzucić porwane na kawałeczki listki mięty, utartego czosnku, posolić i popieprzyć. Wymieszać. Małą strużką wlewać oliwę cały czas mieszając, aż wszystkie składniki się połączą.
Upieczone warzywa rozłożyć na talerzach, dodać po garści rukoli i polać dressingiem. Smacznego!

  © Blogger template 'Morning Drink' by Ourblogtemplates.com 2008

Back to TOP