piątek, 11 kwietnia 2014

Historia zielonej pasty pistacjowej i deser z kremem pistacjowym


Ta historia ma swój początek na blogu White Plate, gdzie ponad rok temu autorka bloga – Eliza, totalnie i bez ostrzeżenia zastrzeliła mnie zdjęciami i przepisem na sernik z pastą pistacjową. To był strzał prosto w serce, a rana rozkrwawiła się jeszcze mocniej, gdy wujek Google wypluł mi informacje na temat ceny niezbędnego składnika. Pewną nadzieję, pokładałam jeszcze w planowanym urlopie, licząc na to, że choć maleńki słoiczek przywiozę ze słonecznej Italii. Ale i tutaj spotkał mnie zawód, bo choć z podróży przytargałam mnóstwo lokalnych pyszności, to na pastę pistacjową, ani nawet na niesolone pistacje na toskańskich targach, ani w sklepach – nie natrafiłam...

 
I w tym miejscu, po raz kolejny wielbić pod niebiosa będę zakupy internetowe z Sycylii wprost do domu. Nie jest to w żadnym wypadku wpis reklamowy, ale po prostu trudno mi nie wspomnieć, że dzięki bio-produktom dostępnym w In Campagna realizuję od niedawna swoje maleńkie kulinarne przyjemności (jak ta z kiszonymi cytrynami). :) To właśnie tutaj, zupełnie niedawno kupiłam absolutnie przepiękne, świeżutkie i naprawdę zielone (niesolone) pistacje z Bronte, które jak niosą wieści - nazywane są zielonym złotem. :)
Serducho przestało krwawić, a ja bzzzyknęłam cudowną, gęstą, przyjemnie zieloną pastę pistacjową. Jej głęboki smak wynagradza każdy dzień długiego oczekiwania. To taka miłość od pierwszej łyżeczki – warta każdej wydanej złotówki. ♥♥♥

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

A jak już ukisisz cytrynę – uduś kurczaka! :)


Wspomniałam ostatnio, że kiszone cytryny smakują zaskakująco. Zdaje się, że te słowa stały się wabikiem, bo raz po raz padało pytanie: ale jak? jak? jak smakują?
Mówiąc krótko: jak słone cytryny. A rozwijając wypowiedź: jak zaskakująco smaczne, słone cytryny. :D
Próbowałam ich sauté i to co w pierwszej kolejności dało się zauważyć, to fakt, że straciły ze swej naturalnej kwasowości. Są zdecydowanie łagodniejsze w smaku. Oczywiście delikatnie słone. Skórka stała się miększa, jeszcze bardziej gąbczasta, aromatyczna, trochę szklista. Można zjeść ją w całości, nawet z albedo (wewnętrzną, białą częścią skórki) i nie wykrzywia buzi, jak przy świeżym owocu...
Dla mnie to zupełnie nowe doznanie smakowe. :) 
 


piątek, 4 kwietnia 2014

Ukiś sobie cytrynę!


Kiszone cytryny tu, kiszone cytryny tam, a najwięcej gada o nich Jamie Oliver.
Ciśnienie skacze mi za każdym razem w górę, bo od tego gadania (a przecież na tym się nie kończy – jeszcze gotują) – mam na nie nieustającą chrapkę.
I choć same w sobie niezwykle proste są w przygotowaniu, to dla kontrastu nie tak łatwo spełnić kluczowy warunek – trzeba zaopatrzyć się w cytryny z upraw bio. A już w żadnym wypadku nie mogą być woskowane.



poniedziałek, 31 marca 2014

Fondat z masłem orzechowym - od Donny Hay



Kto zna książki i magazyny Donny Hay, ten wie, jak bardzo można zgłodnieć spoglądając na jej propozycje. Zatrudnia mistrzów kulinarnej fotografii (żeby wspomnieć choćby Chrisa Court czy William Meppem), którzy dobrze wiedzą jak oczarować czytelnika.
Ja sama, bodaj trzeci rok prenumeruję kwartalniki Donny Hay i choć niezwykle rzadko korzystam z przepisów, to nadzwyczaj często przeglądam je w poszukiwaniu inspiracji fotograficznej.



piątek, 28 marca 2014

Gulasz z jagnięciny z pistacjowym kuskusem


Zapadła ostatnio cisza na blogu, ale szczęśliwie nie pokrywa się ona z ciszą w ogóle. Dużo się ostatnio działo, sporo pracy i fajne sesje fotograficzne za mną. Teraz nastała krótka chwila na odpoczynek i łapanie pierwszych, trochę zimnych jeszcze promieni słonecznych. Cudowna jest świadomość, że szarość zimy już za nami i lada chwila wiosna wybuchnie całym swym pięknem. Z niecierpliwością czekam, aż moje codzienne trasy obsypie biały i różowy kwiat, a szparagi zasiedlą każdy możliwy stragan. Znów będzie zielono, nie tylko za oknem, ale i na talerzu! :)

środa, 12 marca 2014

Orzeszki jak malowane. Mały powrót do przeszłości.


Moja pamięć o ciasteczkach orzeszkach sięga sporo lat wstecz. Co prawda, niekoniecznie do lat dzieciństwa, ale już na pewno kojarzę je z osiemnastkowymi imprezami.
Nie da się ukryć, za moich czasów „osiemnastka” wyglądała zgoła odmiennie, niż dzisiejsza. Domówka zamiast wypasionego lokalu, więcej tańców, mniej alkoholu i innych używek, oraz domowe jedzenie, zamiast cateringowego.
Brzmi jak z epoki dinozaurów, prawda? Takie to były czasy i miały swój cholerny urok. :)




piątek, 7 marca 2014

Topinambur z makaronem i pesto pistacjowym


Kupić w Trójmieście topinambur – to jak wygrać los na loterii.
No więc ja wygrałam, chociaż żeby nie było zbyt słodko – ani on - ten topinambur - bio nie jest, ani nawet na polskiej ziemi nie wyrósł. Znaczy przybysz z daleka. Z Izraela – bo tak wynika z etykiety na opakowaniu. Szkoda. Wolałabym rodzimy.
Z angielskiego nazywany „Jerusalem artichoke”, albo „sunchoke”, a po naszemu pięknie i swojsko: słonecznik bulwiasty. :)


poniedziałek, 3 marca 2014

Migawki z kuchennej szafki – cz.11


Bardzo, bardzo dawno ich nie było na blogu. Tak dawno, że z trudnością odgrzebałam w pamięci, kiedy miały miejsce ostatnie i co było wtedy prezentowane... 
Czas odkurzyć zapomniany cykl

czwartek, 27 lutego 2014

Faworki. Na Tłusty Czwartek.

 
Zarzekałam się, jak co roku zresztą, że żadnych „tłustości” nie smażę. Żadnych pączków, żadnych faworków! Zwykle dobrze sobie radzę z TYM dniem i narzuconej zasady „odtłuszczania” Tłustego Czwartku konsekwentnie się trzymam. Jeden (na głowę) kupiony pączek w ulubionej cukierni załatwia sprawę. :) Tradycji staje się zadość, a wyrzutów sumienia nie ma.


wtorek, 25 lutego 2014

Dobra nasza zdrowa kasza!


Znienawidzona przez dzieci, niedoceniana przez dorosłych... A tak naprawdę bardzo, bardzo zdrowa, a przy tym naprawdę pyszna i pozwalająca na wszechstronne wykorzystanie. Kasza.
Całkiem niedawno w mojej kuchni miał miejsce prawdziwy zalew kasz wszelakich. Gotowałam, piekłam, zajadałam się i nie inaczej... fotografowałam. A mówiąc w skrócie – po prostu dobrze i smacznie się bawiłam. :)