poniedziałek, 13 lutego 2017

Hummus wściekle różowy. Z klopsikami.


Za każdym razem, gdy szykuję w domu hummus, wydaje mi się, że lepszej wersji już nie będzie. Że ta i tylko ta, na wieki wieków, koniec i kropka. Ale szybko okazuje się, że to tyko chwilowe myślenie. Bo gdy zabieram się za przygotowanie kolejnej porcji, chęć dorzucenia jakiś nowych dodatków smakowych jest nie do pokonania. I czyż tak nie jest fajniej? Niby ta sama pasta, ale jednak inna. Inna barwa, inny smak, inny hummus, więc i o nudę trudno. ;-)
Do listy moich hummusowych faworytów dochodzi wersja wściekle różowa.

środa, 8 lutego 2017

Przebój lutego: banan (Kuchnia 2/2017)


Tę sesję fotograficzną zapamiętam na długo. Temat do realizacji wydawał się super przyjemny: banan, przebój lutego. Zanim przystąpiłam do pracy, nawet przez myśl mi nie przeszło, z jak kłopotliwym owocem przyjdzie mi pracować. I tak szczerze mówiąc, w ogóle nie chodzi o banana w kuchni. Bo tam szło gładko, jak po maśle. ;-) W końcu jego miąższ jest i smaczny, i wdzięczny, i wcale nie trudny w obróbce. Na talerze więc szybko trafiały kolejne smakowite kąski.

środa, 25 stycznia 2017

Ciasteczka „Jeżyki”, z masłem orzechowym i sosem karmelowym



W latach osiemdziesiątych bez Jeżyków nie mogła się odbyć żadna szkolna impreza. Zawsze znalazła się jakaś chętna mama, która zasiliła bufet małoletnich nastolatków w jakiś prosty, domowy smakołyk.
Na spółkę z innymi hitami, Jeżyki znikały jeden po drugim w paszczach rozbawionej prawie-młodzieży. W tym mojej. Ostatnia sztuka przypadała szczęśliwcowi, który wykazał się największym sprytem, ewentualnie siłą.
O składzie Jeżyków najrozsądniej byłoby przemilczeć… W końcu skrojone były na miarę tamtych czasów. Nikt wtedy nie widział na sklepowych półkach masła z orzeszków, cukru trzcinowego, czy amarantusa. No może na filmach zza wielkiej wody, ale to chyba dopiero z dekadę później… U nas w tym czasie królowała margaryna (zwykłe masło ciągle było rarytasem) i solone paluszki. I wiecie co..., radość jaką przynosiły tamte słodkości są nie do opisania! :)

poniedziałek, 23 stycznia 2017

„Kuchnia Grecka” George Calombaris


 Wyobraź sobie, że bierzesz do ręki książkę kulinarną, której tytuł wydaje się z góry przesądzać o zawartości. Czy otwierając zatem „Kuchnię grecką” spodziewasz się ujrzeć inną, niż tradycyjną zawartość talerzy Hellady?
Ja w każdym razie pozwoliłam się zwieść temu co oczywiste. Może to i lepiej, bo dzięki temu potem, wiedziona ogromną ciekawością, przeczytałam książkę od deski do deski, zastanawiając się z każdą kolejną stroną i z każdym kolejnym przepisem - ile jeszcze razy autor spróbuje mnie zaskoczyć . :)


Bo ta książka nie jest zwykłym przewodnikiem po greckiej kuchni, a jej autor nie jest zwyczajnym Grekiem. Ba! Uściślając tę ostatnią kwestię, jego dom od urodzenia leży po drugiej stronie globu, na australijskiej ziemi. Jednak po rodzicach i dziadkach w żyłach George’a Calombaris’a płynie krew grecka, egipska, a nawet włoska. Tradycje i dziedzictwo jego wieloetnicznej rodziny, zmieszane z codziennością wielokulturowej australijskiej ojczyzny sprawiły, że szef kuchni Calombaris w szczególny sposób traktuje swoje kulinarne pasje. Nie trudno się domyśleć, że jego zamiłowanie podąża ku greckim smakom i w dużej mierze właśnie na nich buduje menu. Ale… w nieoczywisty sposób. :)
O sobie mówi: „Brak podziałów to właśnie mój kulinarny styl, bo choć szanuję przekazywane z pokolenia na pokolenie przepisy, lubię bawić się formą.”

poniedziałek, 16 stycznia 2017

Zupa na chłodne dni. Z ciecierzycą, pieczarkami i makaronem.


Czasem bywa tak, że trudno zadowolić naraz wszystkich członków rodziny. Syn błaga o pieczarki, w zasadzie w jakiejkolwiek postaci, ale najlepiej gdyby były smażone. Mąż co raz dopytuje o swoją ulubioną zupę z ciecierzycą, której już tak dawno nie robiłam (notabene chodzi o zawiesistą zupę Jamiego Olivera z „Mojej włoskiej wyprawy”). A Pszczółka jak zwykle nie prosi o nic. Ona najchętniej nie jadłaby nic. No może naleśniki, ewentualnie makaron. Najchętniej bez dodatków. A mnie to już czasem wszystko jedno, byle tylko nie trzeba było dla każdego osobno gotować. Bo i tak się zdarzało.


niedziela, 8 stycznia 2017

Gorący kociołek na zimne dni (MSŻ 1/2017)


Gdy dwa miesiące temu pracowałam nad tym materiałem myśl o zaspach śnieżnych i mrozach wydawała się jakaś taka nierealna... Był nie najgorszy listopad i o dziwo! nawet słońce raczyło od czasu do czasu wyjrzeć przez chmury, umilając mi gotowanie i fotografowanie.
Przyzwyczajona do dość łagodnego klimatu na moim Pomorzu, zdążyłam zapomnieć, że z zimą nigdy nic nie wiadomo i jak zechce pogrozić swoim mroźnym palcem – to po prostu to zrobi, nie pytając o zgodę. 😉


sobota, 31 grudnia 2016

Migawki 2016


Mam wrażenie, że zaledwie przed chwilą żegnałam stary rok. Pamiętam dokładnie o czym pisałam w ostatniej grudniowej notce 12 miesięcy temu. Chwilę potem przywitałam 2016 i ten – takie mam wrażenie – ani nie przepłynął, ani nie przeszedł, ani nawet nie przetruchtał. On zdecydowanie przebiegł. I to w całości sprintem.

piątek, 23 grudnia 2016