poniedziałek, 20 czerwca 2016

Połączenia doskonałe, czyli boski sos owocowy do deserów.


Gdy na przełomie wiosny i lata na straganie spotykają się truskawki i rabarbar, to dla mnie znak, że czas na przygotowanie owocowego sosu. Nie przygotowuję go w dużych ilościach, ot tylko tyle, by jeść na bieżąco. Bo taki świeżutki, delikatny i lekki, bez ogromnej ilości cukru jest po prostu przepyszny. Tak pyszny, że ma się ochotę jeść łyżkami.
Dodatkiem, który robi tu świetną robotę jest świeży imbir. Przecudownie orzeźwia sos i nadaje mu lekko pikantnego smaku. Troszkę szczypie w język, ale bardzo, bardzo przyjemnie. Tę wersję przyrządzam już kolejny sezon i cieszy się u nas ogromnym wzięciem. :) My zjadamy go niemal od razu ze stertą cieniutkich naleśników, albo puszystych pankejków (klik- przepis). Zdarzało mi się urozmaicać nim pucharki pełne kremu (klik - przepis), czy polewać serniki.


wtorek, 14 czerwca 2016

A to klops(iki)! Z bobem i groszkiem.


Pierwszą partię tegorocznego bobu, jeszcze młodziutkiego i żywo zielonego, zjadłam sauté - bez dodatków. Był niemal surowy, bo tylko zblanszowany, króciuteńko, dosłownie z minutkę. Druga partia trafiła do cudownej, lekkiej, wiosennej zupy na bazie młodych warzyw. Była tak pyszna i pełna smaku, że nie mogłam się od niej oderwać i co rzadko mi się zdarza – pochłonęłam dwie pełne miseczki. :)
Trzecią porcję kupiłam na targu wraz ze strączkami zielonego groszku i tym razem warzywa zasiliły obiad mięsny.


poniedziałek, 6 czerwca 2016

Sernik trójwarstwowy, co przyspiesza bicie serca :)


Nieczęsto jadam bardzo słodkie ciasta. Jeszcze rzadziej przygotowuję takie w domu. A już niemal zupełnie omijam szerokim łukiem ciężkie torty, czy ciasta oparte na półproduktach. Wolę sięgnąć po kawałek domowej szarlotki, albo drożdżowego placka. Cóż..., lubię takie zwykłe, staroświeckie, „babcine” wypieki.
Nie popadam jednak w skrajności i mały grzeszek od czasu do czasu nie spędza mi sen z powiek.
Bywają takie okazje, gdy przymykam oko na miliony pustych kalorii i sama jestem sprawczynią owego grzeszku...


poniedziałek, 16 maja 2016

Drożdżowe z kokosem i rabarbarem


Smak mojego dzieciństwa to smak ciasta drożdżowego. Takiego zwykłego, najprostszego. I najlepszego, bo zapach gorącej drożdżówki rozchodzącej się po domu pamiętam do dzisiaj. Zawsze z tradycyjną kruszonką, słodką, chrupiącą, pyszną...
Drożdżowe ciasta należały do obu babć, to one zanurzały swoje dłonie w ciężkie ciasto i długo, cierpliwie wyrabiały. Tak długo, że czasem wydawało mi się, że wyrabianie nie ma końca.
Pamiętam, gdy pierwszy raz – już jako nastolatka – na prośbę babci, sama zanurzyłam dłonie w lepkim cieście. To nie była łatwa praca, już po kilku chwilach niewprawne dłonie bolały niemiłosiernie. Wtedy wydawało mi się, że w moim własnym domu nigdy nie zapachnie drożdżówką, że sama nigdy nie dam rady.
Cieszę się, że moja czarna przepowiednia nigdy się nie sprawdziła. :)


poniedziałek, 9 maja 2016

Soba. Szparagi. Sezam.


Skoro kilka dni temu wspomniałam o szparagach, a nawet przyznałam się, że to mój sezonowy „maj – raj”, nie mogę rzucać słów na wiatr i znienacka przeskoczyć na inny kwiatek. Czuję się zobowiązana pokazać cóż tam szparagowego pojawiło się ostatnio na naszych talerzach.
Pomysł nie jest ani nowy, ani szczególnie nowatorski. Prawdę mówiąc jest banalnie prosty i sama potrawa wygląda dość niepozornie. Ale skoro nam tak bardzo smakuje, może i Tobie się spodoba? :)


czwartek, 5 maja 2016

W szparagowym maju – raju :)


W maju moi najbliżsi mogą się spodziewać, jak co roku zresztą, sporej inwazji szparagowej. I choć staram się zachować jako taki umiar i nie przesadzać z intensywnością, cóż..., dla mnie – szparagowej fanki – nie jest to prosta sprawa. A wszystko przez to, że sezon na nie jest tak krótki! Chciałabym wykorzystać go maksymalnie i nie tylko przynajmniej raz nacieszyć się wszystkimi starymi, sprawdzonymi i ulubionymi potrawami, ale jeszcze przygotować coś nowego. Co to będzie? Jeszcze nie wiem, na pewno jak zawsze coś pysznego, prostego i szybkiego. :)


niedziela, 1 maja 2016

Sernik cytrynowy z malinami


Zabawnym wydaje mi się fakt, że ja, średnia fanka serników (zdecydowanie wolę konsumować szarlotkę :)) - właśnie to ciasto przygotowuję najczęściej. W tej kwestii uchodzę wśród rodziny (o ironio!) za mistrza nad mistrzami i żadne spotkanie bez sernika obejść się nie może. Bez szarlotki za to – i owszem... ;-)
Ciasto znika zawsze w mgnieniu oka, a ja cieszę się, że stosunkowo małym wysiłkiem sprawiłam najbliższym przyjemność. :D


czwartek, 21 kwietnia 2016

Coffee & macaroons


Dziwna to sytuacja, gdy na blogu zalega długa cisza. Wcale nie planowana. Zaglądam tutaj i czuję się trochę jak gość we własnym domu. Ot, po prostu tak wyszło. Bo ciągle „coś”. A to przysypiam (i to dosłownie), a to gna mnie tu i ówdzie. Gdy tylko mogę, uciekam z czterech ścian, gdziekolwiek, chociaż najlepiej tam, gdzie zielono i dużo kwiecia. Sporo czasu poświęcam na fitness. Ach! jakież to paskudne uczucie, gdy po zimie kilka intensywniejszych ćwiczeń sprawia, że oddech jakiś takki cięższy. ;-) Wakacje tuż tuż, urlop już zaplanowany, trzeba się dobrze przygotować, prawda? ;-)
Gdzieś pomiędzy tym wszystkim przeplatają się oczywiście prace zdjęciowe (chociaż, cóż... głównie nieblogowe), a ostatnimi czasy nawet przemiły epizod z małym planem filmowym. Uprzedzając pytanie: nie, nie! to w ogóle nie wchodzi w rachubę, nie zobaczycie mnie na ekranie. Drugiej strony obiektywu nie lubię i zdecydowanie wolę pozostać po dotychczasowej stronie mocy. ;-)
Chciałabym obiecać, że wraz z kwitnącą wiosną – zakwitnie i tutaj, i że blog znów będzie tętnił życiem, ale... wiem, że może być różnie. Dlatego deklaracje odkładam na bok, zobaczymy co czas przyniesie. :) Pamiętajcie jednak, żeby zaglądać na FB (tutaj - klik) i Instagrama (tutaj – klik) – tam jest mnie dużo więcej. :)