sobota, 31 grudnia 2016

Migawki 2016


Mam wrażenie, że zaledwie przed chwilą żegnałam stary rok. Pamiętam dokładnie o czym pisałam w ostatniej grudniowej notce 12 miesięcy temu. Chwilę potem przywitałam 2016 i ten – takie mam wrażenie – ani nie przepłynął, ani nie przeszedł, ani nawet nie przetruchtał. On zdecydowanie przebiegł. I to w całości sprintem.

piątek, 23 grudnia 2016

niedziela, 11 grudnia 2016

Konkurs mikołajkowy ze Skandynawią w tle – rozwiązanie

Kochani, jak fajnie czytało się Wasze komentarze! Okazuje się, że wielu z Was miało okazję poznać skandynawskie smaki i wiecie o jej kuchni… ho ho ho! nie mniej, niż sam Mikołaj zamieszkujący Laponię. Ja podążając za Waszymi propozycjami myślałam tylko o tym, żeby coś dobrego przekąsić. 😉
Dziękuję za wszystkie Wasze pozostawione tutaj smakowite wspomnienia z przeszłości i kulinarne marzenia na przyszłość. Te pierwsze na szczęście są już Wasze, na zawsze. Co do marzeń – życzę, aby koniecznie się spełniły. 😘


wtorek, 6 grudnia 2016

Konkurs mikołajkowy ze Skandynawią w tle


Może to zbieg okoliczności, a może nie… Ale pewien staruszek, mieszkaniec Laponii, noszący długą białą brodę i czerwoną czapę, na krótką chwilę postanowił zajrzeć również tutaj i zabrać Was w małą podróż po zakątkach Północy. :)

To za jego namową i z pomocą Wydawnictwa Buchmann z okazji Mikołajek przygotowałam dla Was szybki konkurs.

Do rozdania mamy dwa zestawy książek o tematyce skandynawskiej.
Każdy zestaw składa się z trzech pozycji:
- „Wszystkie smaki Skandynawii”, autor Claus Meyer
- „Nordicana. Za co kochamy Skandynawię”, autor Kajsa Kinsella
- „Kolorowy trening antystresowy. Skandynawskie inspiracje” (książka do kolorowania)

piątek, 2 grudnia 2016

Cynamonowe zawijańce wg Clausa Meyera („Wszystkie smaki Skandynawii”)


W ostatniej, ciepłej jeszcze notce blogowej, opowiadałam o nowościach książkowych z mojej domowej biblioteczki. Każda z nich w zasadzie prezentowała odmienny gatunek, ale łączył je wspólny mianownik: we wszystkich przewijał się motyw skandynawski. Dla tych, którzy przeoczyli - TUTAJ (klik) polecam lekturę. Może się przyda przy wyborach mikołajkowych lub świątecznych prezentów? 😘

Obiecałam szybki powrót z konkretnym przepisem Clausa Meyera z jego pięknej książki „Wszystkie smaki Skandynawii”.   Z pewnością rozczaruję tych, którzy mieli nadzieję na jakąś wytrawną propozycję. Cóż, jestem łasuchem, więc moje myśli o tej porze roku coraz częściej krążą wokół słodkości… 😊


środa, 30 listopada 2016

„Nordicana” i „Wszystkie smaki Skandynawii”, czyli rzecz o nowych książkach w mojej biblioteczce


Czy nie będzie wielką przesadą, jeśli użyję stwierdzenia, że oczy świata z iskrą zainteresowania skierowane są w kierunku europejskich krajów Północy? Dość powiedzieć, że gdzie nie zajrzeć – widać inspiracje płynące ze skandynawskiej kultury i stylu życia. Blogi, portale internetowe, magazyny, popularne aplikacje zdjęciowe – zewsząd przebija fascynacja wszystkim co skandynawskie. Już nie chodzi o pojedyncze aspekty, ale prawdziwe nordyckie poruszenie na wielu polach: w architekturze, wzornictwie, sztuce, literaturze, modzie, a nawet w kulinariach.

Osobiście nie miałam okazji podróżować po Skandynawii, a moja ciekawość o niej mieści się w przyziemnych granicach, takich na wyciągnięcie ręki: począwszy od zakochania w jasnych, prostych wnętrzach, przez popularną literaturę kryminalną i fascynację piękną ceramiką, po klopsiki szwedzkie. Oczywiście, jak wielu marzę o doświadczeniu piękna norweskich fiordów, zorzy polarnej i rowerowej wycieczce po uliczkach Kopenhagi. :)
Na realizację marzeń zapewne jeszcze długo poczekam, a tymczasem na mojej półce pojawiły się nowe książki przybliżające skandynawską tematykę. Wszystkie wydane przez Grupę Wydawniczą Foksal (Buchmann).

Edycja: Ponieważ mój osobisty małżonek twierdzi, że dokonałam wielkiego niedomówienia przy okazji wyliczania osobistych uczuć względem skandynawskiego designu - zatem czuję się zobowiązana naprawić to małe niedopatrzenie. Tak, nasza miłość sięga dalej, bo oprócz klopsików, kochamy jeszcze szwedzką motoryzację. A na imię jej Saab-ina.  😍

czwartek, 24 listopada 2016

Szał ciał i pudding zamiast pączków


Jakby to zgrabnie ująć i nie skłamać… Może tak najprościej, że nie jestem łasa na spożywcze nowinki i wcale nie tak łatwo poddaję się żywieniowym modom. 😊 W praktyce wygląda to tak, że gdy świat szaleje na punkcie „super-duper-wypasionego-niezbędnego-do-życia” składnika, przebijając się w coraz to wymyślniejszych zastosowaniach - ja długo omijam temat szerokim łukiem. Podpatruję i czekam na reakcję – zabije czy nie zabije?  😁 A tak już zupełnie całkiem serio, czekam, aż pierwszy, drugi i nawet trzeci szał minie. No nie lubię tłumu i już. Ani w życiu, ani w kuchni, ani nigdzie.  😉

sobota, 5 listopada 2016

Chleb zmieniający życie


Do tego wypieku dojrzewałam dość długo. Gdy usłyszałam o nim po raz pierwszy wydał mi się jakiś taki… bo ja wiem? chyba nie dla mnie? Żadnych alergii, żadnych nietolerancji. Może za zdrowa jestem na taki super food...? Chleb bez mąki? Czy to w ogóle można nazwać chlebem?
Jego autorką jest Sarah Britton, autorka popularnego bloga „roślinnego” „My New Roots”. Sława jej „the life-changing loaf of bread” obiegła cały świat i to chyba nawet kilkukrotnie.


niedziela, 30 października 2016

Na szarlotkę zawsze jest dobry czas.



Lepiej nie pytać mnie czy może przypadkiem mam ochotę na szarlotkę. Bo to jedyne ciasto, na które mam ochotę ZAWSZE. Po prostu zawsze. Czy to lato, czy zima (jesień i wiosna też). Zdrowa, czy chora. Zapracowana, czy nie. W domu, czy na wakacjach. Okoliczności czasu, przyrody i wszelkie inne są zupełnie bez znaczenia. Bo szarlotki i jabłeczniki wszelkiej maści to moje słodkie uzależnienie.
Na blogu zagościło już kilka wariantów jabłkowego szaleństwa. Znalazły się tu i szybkie, najprostsze szarlotki kruszonkowe, i cudownie kruche o dość wyczuwalnej nucie karmelowej, i w pikantnym keksie, i w tartach, i ciastach ucieranych, a nawet w przerobionym przeze mnie „Pleśniaku”. Czego tam nie ma przy tych jabłkach: i orzechy, i i imbir, a nawet borówki i rozmaryn.


wtorek, 25 października 2016

Energetyczna fasolowa z dynią i jarmużem



Tej jesieni postawiłam na aktywność ruchową. Brzmi jakbym dotąd tylko leżała, zatem stop…i jeszcze raz... :)
Tej jesieni postawiłam na zwiększoną ilość ruchu. Do dotychczasowej, wcale nie małej aktywności fizycznej, dołożyłam kolejne „co nieco”: sporo fitnessu na trampolinach i trochę zumby. Nowe wyzwania zabierają mi niemało czasu, ale też i przynoszą mnóstwo radości. Pot się leje przez całe 60 intensywnych minut, 5 dni w tygodniu.


niedziela, 25 września 2016

Jesienne nostalgie wiszą w powietrzu. I placek ze śliwkami.


Czyli jesień?
Nie kocham jej tak, jak wiosny. Nie czekam z utęsknieniem. Nie wyglądam i nie poganiam. Wolałabym odsunąć ten moment. Ale skoro musiała przyjść i taka wrzosowa próbuje się rozgościć, to niech już będzie. Niech zaskoczy ciepłym słońcem, drobną przędzą unoszącą się w powietrzu i złotem nad głowami. Niech pozwoli się lubić, zachwyci poranną mgłą albo wieczornym spektaklem na niebie. Niech sprawi, by kasztan pojawił się na mojej drodze. Niech zaszeleści, zawieje i zawiruje. Niech będzie pięknie.
I niech jesienne nostalgie zawisną w powietrzu. :)


wtorek, 20 września 2016

Pizza z pesto. Kwiecista.


W życie codzienne wkradają się rytuały. Jedne zwyczajne. Drugie niezwykłe, które z czasem może i powszednieją. A inne smakowite i choćby nie wiem ile już trwały – za nic nie chcą się znudzić. Zostają z nami na długo. Kto wie, może nawet na zawsze? Czasem z wygody, czasem z sentymentu, a niekiedy przez „zasiedzenie”. Jestem pewna, że i Ty masz takie w swoim bagażu doświadczeń?
My mamy naszą niedzielną pizzę. Nie w sobotę, nie w poniedziałek, ani w żaden inny dzień tygodnia. Domowa pizza najlepiej smakuje w niedzielę. :)
Tak, przyznaję, czasem próbuję bojkotować i stanowczo odmawiam rytuałowi, który jakoś tak niepostrzeżenie i nie wiadomo kiedy wkradł się w nasze życie, wypierając klasyczne "niedzielne obiadki". Ale to na nic. ;-) Bo prawda jest taka, że niedzielne wypiekanie pizzy po prostu sprawia nam przyjemność.

czwartek, 8 września 2016

Malujemy witraże. Makaronowe. :)


Makaron wyrabiany ręcznie, domowym sposobem towarzyszy mi od dzieciństwa, a ponieważ jestem sentymentalna, to powiem, że najlepszy wychodzi spod rąk mojej mamy. Do rosołu tnie na cieniutkie niteczki, w fasolowej fajnie sprawdzają się szerokie, dość mięsiste wstążki. Do innych przeznaczeń – jak popadnie albo jak w duszy zagra. :) Makaron mamy jest inny od mojego, trochę jaśniejszy, bardziej miękki. Domyślam się, że jego skład kryje swoje tajemnice. Ugotowany świetnie się przechowuje i nawet po kilku dniach spędzonych w lodówce, wciąż jest tak samo smaczny jak ten od razu po ugotowaniu.
Ja sama – jeśli idzie o ciasto makaronowe - od lat stawiam na czystą klasykę rodem z Włoch: semolina + jaja. I żadnych innych dodatków. To połączenie daje „pastę”, żółciutką niemal jak kanarek. Uwielbiam w nim to, że jest jędrny i maksymalnie sprężysty. Gotuję al dente i tylko w takich ilościach, ile potrzebujemy na jeden raz.


czwartek, 18 sierpnia 2016

Cherry pie. Z migdałami.


Być może to już ostatnia okazja na kupienie świeżych wiśni. Z trójmiejskich targów jeszcze nie zniknęły, ale wystarczy przejść się między straganami, by nabrać pewności, że czas świetności mają za sobą. Może jutro, a może za tydzień na dobre przeminą z tegorocznym latem. Szczęśliwcy Ci, którzy w pełni sezonu postanowili zachować trochę lata i zamrozili kilka woreczków albo zamknęli w słoiczkach wiśniowy skarb. :)


piątek, 12 sierpnia 2016

Hello kabaczek!


Dzisiejsza notka będzie krótka jak sen nocy letniej. Być może najkrótsza w historii bloga. I trochę jak depesza, bo zostawiam telegraficzną wiadomość. ;-)

To już czas. Stop. Przynieś do domu kabaczka. Stop. Ugotuj w pomidorach z aromatycznymi dodatkami. Stop. Zjedz w towarzystwie ryżowo – kokosowych naleśników. Stop. Smacznego! Stop.


piątek, 5 sierpnia 2016

Racuchy. Z ricottą i jagodowym sosem.


Prawdę mówiąc, jest to jedna z tych łatwych, szybkich i przyjemnych potraw, o które warto się pokusić o każdej porze roku, a już szczególnie teraz, w okresie letnim, gdy z przyjemnością możemy wybierać i przebierać w pysznych, świeżych owocach.
Te pyszności sprawdzą się o każdej porze dnia: na śniadanie i na kolację, a my – wierzcie lub nie – zjadamy je nawet w ramach lekkiego obiadu.

 

wtorek, 2 sierpnia 2016

Taka frittata!


Czy tylko mnie wydaje się, że lato tego roku biegnie jak szalone...?
Mam wrażenie, że zaledwie wczoraj ruszałam na urlop w toskańskie okoliczności przyrody, tymczasem nie wiedzieć kiedy minęły 3 tygodnie, jak na nowo musiałam przyzwyczajać się do tej zwykłej, najzwyklejszej codzienności i obowiązków. Półmetek wakacji mamy za sobą, a ja po prostu nie wiem w jaki sposób tak szybko przeminęło?
Gdyby tak zwalniacz czasu był do kupienia – byłabym pierwsza w kolejce. :) Wcisnęłabym dłuuugie „stop!” na czas kanikuły - tak bardzo długie, że w końcu nawet ja zatęskniłabym za jesienią (ale już nie za zimą ;-)).


piątek, 15 lipca 2016

Pomidory i arbuzy, czyli jak smakuje lipiec w odcieniach czerwieni


Targ w lipcu wygląda bajecznie. Ilość barw, zapachów i smaków zachwyca, a przechadzanie się między straganami, mnie osobiście, po prostu przynosi wielką przyjemność. Czasem chciałoby się zabrać do domu wszystkiego po trochu, bo to taka przypadłość letniej pory, że absolutnie wszystko co świeże kusi. ;-)
Chciałabym tym razem zwrócić szczególną uwagę na nieco owocowej czerwieni.
Jakiś czas temu przyszło mi pracować nad sesjami foto do lipcowych wydań magazynów. Na kulinarno – fotograficzny warsztat trafiły do mnie dwa tematy: jeden dotyczył arbuzów, drugi – pomidorów. Oba pyszne, oba ciekawe.


poniedziałek, 20 czerwca 2016

Połączenia doskonałe, czyli boski sos owocowy do deserów.


Gdy na przełomie wiosny i lata na straganie spotykają się truskawki i rabarbar, to dla mnie znak, że czas na przygotowanie owocowego sosu. Nie przygotowuję go w dużych ilościach, ot tylko tyle, by jeść na bieżąco. Bo taki świeżutki, delikatny i lekki, bez ogromnej ilości cukru jest po prostu przepyszny. Tak pyszny, że ma się ochotę jeść łyżkami.
Dodatkiem, który robi tu świetną robotę jest świeży imbir. Przecudownie orzeźwia sos i nadaje mu lekko pikantnego smaku. Troszkę szczypie w język, ale bardzo, bardzo przyjemnie. Tę wersję przyrządzam już kolejny sezon i cieszy się u nas ogromnym wzięciem. :) My zjadamy go niemal od razu ze stertą cieniutkich naleśników, albo puszystych pankejków (klik- przepis). Zdarzało mi się urozmaicać nim pucharki pełne kremu (klik - przepis), czy polewać serniki.


wtorek, 14 czerwca 2016

A to klops(iki)! Z bobem i groszkiem.


Pierwszą partię tegorocznego bobu, jeszcze młodziutkiego i żywo zielonego, zjadłam sauté - bez dodatków. Był niemal surowy, bo tylko zblanszowany, króciuteńko, dosłownie z minutkę. Druga partia trafiła do cudownej, lekkiej, wiosennej zupy na bazie młodych warzyw. Była tak pyszna i pełna smaku, że nie mogłam się od niej oderwać i co rzadko mi się zdarza – pochłonęłam dwie pełne miseczki. :)
Trzecią porcję kupiłam na targu wraz ze strączkami zielonego groszku i tym razem warzywa zasiliły obiad mięsny.


poniedziałek, 6 czerwca 2016

Sernik trójwarstwowy, co przyspiesza bicie serca :)


Nieczęsto jadam bardzo słodkie ciasta. Jeszcze rzadziej przygotowuję takie w domu. A już niemal zupełnie omijam szerokim łukiem ciężkie torty, czy ciasta oparte na półproduktach. Wolę sięgnąć po kawałek domowej szarlotki, albo drożdżowego placka. Cóż..., lubię takie zwykłe, staroświeckie, „babcine” wypieki.
Nie popadam jednak w skrajności i mały grzeszek od czasu do czasu nie spędza mi sen z powiek.
Bywają takie okazje, gdy przymykam oko na miliony pustych kalorii i sama jestem sprawczynią owego grzeszku...


poniedziałek, 16 maja 2016

Drożdżowe z kokosem i rabarbarem


Smak mojego dzieciństwa to smak ciasta drożdżowego. Takiego zwykłego, najprostszego. I najlepszego, bo zapach gorącej drożdżówki rozchodzącej się po domu pamiętam do dzisiaj. Zawsze z tradycyjną kruszonką, słodką, chrupiącą, pyszną...
Drożdżowe ciasta należały do obu babć, to one zanurzały swoje dłonie w ciężkie ciasto i długo, cierpliwie wyrabiały. Tak długo, że czasem wydawało mi się, że wyrabianie nie ma końca.
Pamiętam, gdy pierwszy raz – już jako nastolatka – na prośbę babci, sama zanurzyłam dłonie w lepkim cieście. To nie była łatwa praca, już po kilku chwilach niewprawne dłonie bolały niemiłosiernie. Wtedy wydawało mi się, że w moim własnym domu nigdy nie zapachnie drożdżówką, że sama nigdy nie dam rady.
Cieszę się, że moja czarna przepowiednia nigdy się nie sprawdziła. :)


poniedziałek, 9 maja 2016

Soba. Szparagi. Sezam.


Skoro kilka dni temu wspomniałam o szparagach, a nawet przyznałam się, że to mój sezonowy „maj – raj”, nie mogę rzucać słów na wiatr i znienacka przeskoczyć na inny kwiatek. Czuję się zobowiązana pokazać cóż tam szparagowego pojawiło się ostatnio na naszych talerzach.
Pomysł nie jest ani nowy, ani szczególnie nowatorski. Prawdę mówiąc jest banalnie prosty i sama potrawa wygląda dość niepozornie. Ale skoro nam tak bardzo smakuje, może i Tobie się spodoba? :)


czwartek, 5 maja 2016

W szparagowym maju – raju :)


W maju moi najbliżsi mogą się spodziewać, jak co roku zresztą, sporej inwazji szparagowej. I choć staram się zachować jako taki umiar i nie przesadzać z intensywnością, cóż..., dla mnie – szparagowej fanki – nie jest to prosta sprawa. A wszystko przez to, że sezon na nie jest tak krótki! Chciałabym wykorzystać go maksymalnie i nie tylko przynajmniej raz nacieszyć się wszystkimi starymi, sprawdzonymi i ulubionymi potrawami, ale jeszcze przygotować coś nowego. Co to będzie? Jeszcze nie wiem, na pewno jak zawsze coś pysznego, prostego i szybkiego. :)


niedziela, 1 maja 2016

Sernik cytrynowy z malinami


Zabawnym wydaje mi się fakt, że ja, średnia fanka serników (zdecydowanie wolę konsumować szarlotkę :)) - właśnie to ciasto przygotowuję najczęściej. W tej kwestii uchodzę wśród rodziny (o ironio!) za mistrza nad mistrzami i żadne spotkanie bez sernika obejść się nie może. Bez szarlotki za to – i owszem... ;-)
Ciasto znika zawsze w mgnieniu oka, a ja cieszę się, że stosunkowo małym wysiłkiem sprawiłam najbliższym przyjemność. :D


czwartek, 21 kwietnia 2016

Coffee & macaroons


Dziwna to sytuacja, gdy na blogu zalega długa cisza. Wcale nie planowana. Zaglądam tutaj i czuję się trochę jak gość we własnym domu. Ot, po prostu tak wyszło. Bo ciągle „coś”. A to przysypiam (i to dosłownie), a to gna mnie tu i ówdzie. Gdy tylko mogę, uciekam z czterech ścian, gdziekolwiek, chociaż najlepiej tam, gdzie zielono i dużo kwiecia. Sporo czasu poświęcam na fitness. Ach! jakież to paskudne uczucie, gdy po zimie kilka intensywniejszych ćwiczeń sprawia, że oddech jakiś takki cięższy. ;-) Wakacje tuż tuż, urlop już zaplanowany, trzeba się dobrze przygotować, prawda? ;-)
Gdzieś pomiędzy tym wszystkim przeplatają się oczywiście prace zdjęciowe (chociaż, cóż... głównie nieblogowe), a ostatnimi czasy nawet przemiły epizod z małym planem filmowym. Uprzedzając pytanie: nie, nie! to w ogóle nie wchodzi w rachubę, nie zobaczycie mnie na ekranie. Drugiej strony obiektywu nie lubię i zdecydowanie wolę pozostać po dotychczasowej stronie mocy. ;-)
Chciałabym obiecać, że wraz z kwitnącą wiosną – zakwitnie i tutaj, i że blog znów będzie tętnił życiem, ale... wiem, że może być różnie. Dlatego deklaracje odkładam na bok, zobaczymy co czas przyniesie. :) Pamiętajcie jednak, żeby zaglądać na FB (tutaj - klik) i Instagrama (tutaj – klik) – tam jest mnie dużo więcej. :)


poniedziałek, 21 marca 2016

Pasztet drobiowy. Nie tylko na święta.


Kto choć raz porwał się na własnoręczne przygotowanie pasztetu, ten wie, że trudno potem, na nowo powrócić do „sklepowego”. Już nie ten smak, nie ta konsystencja i nie ta radość z jedzenia.
Osobiście przestałam kupować, gdy polecane źródło „domowej garmażerii” próbowało mnie nakarmić wyrobem z niedokładnie zmielonymi i chrupiącymi między zębami - kośćmi. Od tamtej pory hołduję zasadzie: domowy albo w ogóle.
Na Gwiazdkę zwykle piekę cięższe i bogatsze w smaku pasztety, w skład których wchodzą mieszane mięsa (kawałki wołowiny, wieprzowiny, drobiu, etc.). W Wielkanoc króluje zwykle lżejszy pasztet drobiowy. Przygotowanie obydwu rodzai jest w zasadzie podobne – ugotować mięso, zmielić, doprawić i upiec - choć ten ostatni wydaje się jakby trochę szybszy.

czwartek, 25 lutego 2016

Kolorowa fasolowa na skórce.


Nauczyłam się nie wyrzucać skórek od parmezanu. Brzmi może śmiesznie, ale okazuje się, że w suchej skórce jest mnóstwo smaku, którego zwykle nie wykorzystujemy. Kiedyś przeczytałam, że między innymi w parmezanie zamknięty jest piąty smak. Ten nie do końca uchwytny, bardzo delikatny, który trudno opisać słowami. Ani słodki, ani słony, ani gorzki, ani kwaśny - umami.
Od tamtej pory kolekcjonuję parmezanowe skórki. Rzecz jasna nie po to, żeby je podjadać. Wrzucam je do gotujących się potraw, by oddały trochę swojego ukrytego dobra. Ten sposób szczególnie dobrze się sprawdza zwłaszcza w tych przypadkach, gdy gotujemy bez mięsa (wszelkie warzywne wywary, niektóre zupy).


niedziela, 21 lutego 2016

Perskie ciasto z chałwą


Wiesz jak to jest... Wydaje Ci się, że masz silną wolę, że jak powiesz „nie”, to znaczy nie, jak „stop” - to tkwisz na stop, choćby nie wiem co... A jak powiesz sobie: „nie widziałam, nie piekę, nie zjem ani kawałka... ” - wymazujesz z pamięci i już nigdy nie wracasz do tematu...?
Teoretycznie właśnie tak powinno to działać, ale w praktyce teorie się nie sprawdzają. Nie w moim wypadku. Kto wie, może w Twoim też nie, jeśli lubisz mocno słodkie? Chociaż to już na szczęście nie moje zmartwienie... W końcu każdy sam odpowiada za swoje grzeszki, prawda? ;-)
Chodziłam wokół tego przepisu jak kwoka. Zaglądałam, myślałam, odrzucałam, wracałam, próbowałam sobie obrzydzić, próbowałam liczyć kalorie (milion! a może i dwa :D), zarzekałam się, że nie, nie i nie... Zestawiałam za i przeciw. Potem znów wracałam, tylko żeby zerknąć, choćby przez chwilkę.
I doskonale wiedziałam dokąd ta cała przepychanka z samą sobą prowadzi. To była tylko kwestia czasu. :)