Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Owoce morza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Owoce morza. Pokaż wszystkie posty

środa, 16 września 2015

Małe co nieco z batata


Z wyglądu przypomina swojskiego kartofla, w smaku – kojarzy mi się z dynią.
Nie przypuszczam, aby słodki batat kiedykolwiek zastąpił ziemniaka w tradycyjnej kuchni polskiej, ale osobiście nie mam nic przeciwko temu, by na inne sposoby urozmaicał nasze talerze.
Ot, choćby takie pieczone frytki... Te mogłabym jeść nawet codziennie. :)
Ale frytki to dopiero początek pysznej batatowej góry lodowej. Moja lista ulubionych potraw na bazie wilca ziemniaczanego (innymi słowy: batata) sukcesywnie rośnie. Są tam i pikantne, rozgrzewające curry, i delikatne zupy, i treściwe gulasze, i zapiekanki, i deserów również nie brakuje.


wtorek, 20 stycznia 2015

O krewetkowym interesie. I o krewetkach z patelni.


Długo się zastanawiałam, cóż tu z siebie dzisiaj wydusić, zanim przejdę do przepisu...
Przez głowę jak błyskawica przeleciała mi myśl: PEAN! Wiersz, piosenkę, epopeję – cokolwiek! byle tylko „wywielbić” pod niebiosa mojego ulubionego morskiego stwora.
Cóż, poeta ze mnie kiepski. Nie potrafię...

 cytowana poniżej scena: od  1:53 min.

Potem przypomniała mi się scena z „Forrest Gump'a”, w której Baba (kto oglądał, ten wie, że Baba wiedzę o krewetkach miał w małym palcu) opowiada Forrestowi o krewetkowym interesie. I o tym, co z krewetek można przygotować:
„(...) można je smażyć, gotować, dusić, piec. Są szaszłyki z krewetek, krewetki w tomacie. Krewetki w zalewie, krewetki smażone w głębokim tłuszczu, panierowane. Krewetki z ananasem, krewetki z cytryną. Krewetki z kokosem, krewetki z papryką. Zupa z krewetek, gulasz z krewetek. Sałatka z krewetek, hamburger z krewetek. Kanapka z krewetkami... Iiii..., to chyba wszystko...”


środa, 15 stycznia 2014

Curry z krewetek marynowanych w jogurcie


Ostatnio miałam trochę wolnego czasu, więc z przyjemnością przeznaczyłam go na odkurzenie swoich kulinarnych nabytków książkowych. Niektóre z nich czekały na tę chwilę kilka długich miesięcy. Większość książek, które kupuję, z braku czasu, przeglądam na szybko – raz lub dwa, a potem odkładam na półkę i zapominam na długo. W międzyczasie pojawiają się nowe pozycje i ich los jest podobny.
W sumie to też ma swój urok, bo gdy po dłuższym czasie znów po nie sięgam – jest tak, jakbym odkrywała je na nowo. :)
Znalazłam mnóstwo pysznych inspiracji i oby tylko zapału i czasu mi nie brakło, aby choć ułamek z nich zrealizować.

piątek, 4 stycznia 2013

Pierwszy w 2013


Zima, a dzień zupełnie niezimowy. I słońce, i plusy na termometrze, a i śniegu jakoś nie uświadczy człowiek na tej naszej północy.
W planach była kawiarnia i babskie pogaduchy, ale skoro pogoda typowo spacerowa, to stolik w lokalu zamieniłyśmy na przechadzkę po gdańskich zakamarkach.


czwartek, 14 czerwca 2012

„Złość piękności szkodzi!” w cyklu „Blogerki gotują”


Jeśli macie ochotę na trochę blogersko – kuchennych zwierzeń – to dzisiaj jest ku temu okazja. :)
W letnim numerze magazynu „Czas Wina” [nr 3(67)/2012)] – skierowanego nie tylko do winnych znawców - pojawił się mój tekst (i zdjęcia :)) w cyklu „Blogerki gotują”, wraz z propozycją smacznego co nieco i koniecznie przy kieliszku dobrego wina.
W druku pojawiła się wersja nieco skrócona, a na blogu miejsca jest wiele, więc zapraszam na całość.
Miłej lektury. :)


„Złość piękności szkodzi!”
- woła irytująco spokojny małżonek. „Mamo! Wyluzuj!” - dodaje syn, wbijając kolejny gwóźdź do trumny. Złośliwość rzeczy martwych przekracza wszelkie granice. Czas przemyka między palcami. W pracy się pali i wali. Setka ważnych spraw przylepiła się do mnie, jak ten rzep psiego ogona. Świat staje na głowie, a ja razem z nim, próbując ogarnąć całe morze chaosu.
Normalna kobieta w takiej sytuacji trzaska drzwiami, sieje burzę, po czym ucieka na zakupy, z których wraca z kolejną torebką, nową parą butów, kiecką (a najlepiej dwiema czy trzema) i stosem kosmetyków. Nie zapominając po drodze o odświeżeniu koloru na głowie, tudzież opuszcza salon fryzjerski z zupełnie nową koafiurą.


Mnie, kulinarną blogerkę, zaliczyć można do grupy normalnych... inaczej. Owszem - trzaskam drzwiami; owszem – rzucam gromy i czym prędzej szukam pocieszenia w zakupach. Ale o ironio! Do domu targam... skorupy... Gary, garnuszki, talerze, miseczki i inne kubki. Wystarcza choćby jedna nowa łyżka, a życie na nowo wraca na właściwe tory, a synowskie „wyluzuj” - staje się ciałem.
Małżonek przezornie nie komentuje faktu, że szafki i szuflady kuchenne nie chcą się domykać. Za to z ulgą zachęca: „ Kochanie, może kieliszek wina, za zdrowie nowego gara?”. Propozycja ma rzecz jasne ukryte drugie dno, bo jak wino – to i któreś z ulubionych dań z pewnością wjedzie na stół. Co jak co, ale pełni szczęścia rodzinnej nie osiąga się na głodniaka. 

W sprawach kulinarii - wyznaję zasadę: im mniej – tym więcej. Minimum składników – koniecznie najlepszej jakości! - a maksimum smaku do uzyskania.
Proponuję więc domowym sposobem przygotowane pappardelle (czyli szerokie wstążki) z dodatkiem krewetek tygrysich. Całość w lekkim, niezwykle aromatycznym sosie cytrynowo – czosnkowym. Koniecznie z dodatkiem świeżej, zielonej natki. Pachnie intensywnie już od pierwszej chwili wrzucenia składników na patelnię. Królewskie jadło na wszystkie okazje – aż się w głowie kręci. Pytanie, czy od aromatu potrawy, czy może za sprawą białego, wytrawnego wina musującego Cava Gran Cuvee, który znika z kielicha równie szybko co krewetki?
Nic na to nie poradzę, że mam prawdziwą słabość do jedzenia, które można „od środka zasilić” zdrowym chlustem porządnego wina. Niejeden posądzi mnie o pewne niezdrowe skłonności, a tymczasem chodzi po prostu o niewinne wzbogacenie smaku potrawy winnym bukietem aromatów.
Gdy pada więc propozycja „otwórzmy wino”, - ja czym prędzej wyciągam z szafki carnaroli lub arborio do przyrządzenia risotto. Tym razem przygotowuję z suszonymi pomidorami, a podlewam odrobiną Sauvignon Blanc. Nie mogę się powstrzymać i upijam pół kieliszka zanim risotto trafi na stół. Pasują do siebie znakomicie, a wskaźnik mojego humoru szybko pnie się w górę.
I tak oto - proste posiłki znikają z talerzy, a wino z kieliszków.
On – mąż blogerki, dokonując w myślach rachunku strat i zysków, dochodzi do wniosku: „Ufff! Tylko jedna mała skorupa, a kryzys humorów na jakiś czas zażegnany...”.
Ona – blogerka, przełykając kolejny kęs knuje przyszłościowo: „Te czerwone garnuszki chyba też by się jeszcze przydały...”


Domowe pappardelle z cytrynowo – czosnkowymi krewetkami

12-16 szt. krewetek tygrysich (po 6-8 szt./1 osobę)
1 łyżka oliwy do smażenia
2 ząbki czosnku
sok z 1 dużej cytryny
kilka gałązek świeżego tymianku
sól, pieprz do smaku
garść natki pietruszki

Domowy makaron:
(na 2 niewielkie porcje)

1 duże jajko
ok. 100g mąki semoliny (ewentualnie krupczatki)

Z jajek i semoliny zagnieść elastyczne ciasto makaronowe. Ciasto nie powinno być zbyt mokre i klejące. W zależności od wielkości użytych jajek – może okazać się konieczne dosypanie 1-2 łyżek mąki. Uformować z ciasta wałek i zawinąć w folię spożywczą. Pozostawić na 10-15 minut ( powinno „odpocząć” przed wałkowaniem).
Podzielić ciasto na 2 lub 3 części i każdą po kolei dość cienko wałkować (ok. 0,5 – 0,6 mm). Kroić radełkiem lub nożem na wstążki szer. 1 – 1,5cm.
Nastawić garnek z dużą ilością osolonej wody do zagotowania.

Krewetki sprawić (świeże obrać ze skorupek i oczyścić). Przygotować sok z cytryny, czosnek obrać i przecisnąć przez praskę. Posiekać natkę pietruszki. Przygotować patelnię z oliwą.
Do wrzącej wody wrzucić makaron. Ugotować al dente (przy świeżym makaronie to szybki proces - od ponownego zawrzenia wody – wystarczy ok. 1 min. gotowania).
Od razu po wrzuceniu makaronu do wody – rozgrzać patelnię z oliwą. Wrzucić krewetki i króciutko obsmażyć. Dodać przeciśnięty czosnek, a chwilę potem wlać sok z cytryny i dodać świeży tymianek. Smażyć ok. 2 minuty na niezbyt dużym ogniu, aż sok nieco wyparuje. Doprawić do smaku solą i pieprzem. Zdjąć z ognia. W tym czasie makaron powinien być już gotowy – odcedzić z wody i wrzucić na patelnię. Wymieszać, tak by makaron pokrył się sosem. Posypać natką pietruszki. Podawać gorące.


Risotto z suszonymi pomidorami i bazylią
(2-3 porcje)

2 łyżki oliwy
2-3 szalotki
1 szkl. ryżu carnaroli lub arborio
ok. 100 ml białego wina
ok. 0,5-0,7 l gorącego bulionu warzywnego
kilka (6-8 szt.) suszonych pomidorów z oliwnej zalewy
sok z 1 limonki
4 łyżki świeżo utartego parmezanu
świeżo mielony pieprz
garść listków bazylii
oliwa extra vergine do skropienia potrawy

Szalotkę drobno posiekać, suszone pomidory pokroić w paseczki.
Gorący bulion ustawić na maleńkim ogniu, tak by cały czas utrzymywał temperaturę.
Do garnka lub głębokiej patelni wlać oliwę i zanim zdąży się rozgrzać wrzucić szalotki. Podsmażać, mieszając, aż do lekkiego zeszklenia. Dołożyć ryż. Smażyć ok. 2 minuty. Zalać białym winem. Dusić do momentu, gdy płyn odparuje. Teraz partiami dolewać bulion: najpierw jedną chochelkę, gdy wyparuje kolejną partię płynu. Dodać suszone pomidory. Gdy ryż mocniej napęcznieje - płynu dolewać po 2 łyżki, tak długo, aż ziarenka dostatecznie zmiękną.
Gotowe risotto zdjąć z ognia. Doprawić pieprzem. Dodać starty parmezan – wymieszać, a następnie skropić sokiem z cytryny. Znów wymieszać. W razie potrzeby doprawić do smaku solą.
Podawać gorące z dodatkiem listków bazylii i skropione odrobiną oliwy.

środa, 27 maja 2009

Krem szparagowy z imbirem i krewetkami


Nie jestem w najlepszym nastroju. Zasadniczo w ogóle nie jest mi wesoło. Z rąk leci, nic nie wychodzi, za co się złapię – to popsuję. Nawet na rower gdy wyszłam – to się potłukłam. Totalny odjazd.
Do kuchni wchodzę od kilku dni raczej z obowiązku, niż przyjemności, która normalnie mi towarzyszy. Tak bywa. Chandra.
Przyszła, więc i pójdzie. Mam nadzieję, że prędko. Zresztą nie jestem szczególnie chandro-podatna, zbyt często jej nie ulegam, a jak już się pojawi to smutków nie zapijam.... ;-) Nooo, jeśli już, to zajadam...słodyczami. O! dzisiaj wsunęłam spory kawałek ciasta. Bynajmniej nie z własnego pieca. Co to – to nie! Mój dzisiejszy humor ma w nosie własne wypieki. Ciasto przytargał do domu osobisty małżonek ze słowami: “na poprawę samopoczucia”. Czy pomogło? Nie bardzo, ale ciacho z ulubionej mojej cukierni, więc lepiej się boczyć na świat na słodko, niż o suchym pysku...

Ale zupę ugotowałam. Dobrą zupę. Bardzo dobrą, lekko pikantną.
Aż dziw, że nie przypaliłam. ;-)
Za to zdjęcia już w ogóle mi nie szły. Fotografowałam bez tych emocji co zwykle, wszystko wokół mi przeszkadzało, a najbardziej własne ręce.
Niech ten dzień już się skończy... może jutro będzie lepiej...



Krem szparagowy z imbirem i krewetkami
zainspirowany przepisem Roberty Sowy “W poszukiwaniu smaku doskonałego”

ok. 12-16 dużych surowych, oczyszczonych krewetek
2-3 łyżki jasnego sosu sojowego
1 duży ząbek czosnku - utarty
ok. 2cm świeżego imbiru - utarty
sok z ½ cytryny

W miseczce połączyć wszystkie składniki marynaty. Włożyć do niej oczyszczone krewetki, poruszać, by sos pokrył je z wszystkich stron. Pozostawić w marynacie na ok. ½ godziny.


pęczek szparagów zielonych lub białych (500g)
2 łyżki oliwy (użyłam olej z pestek winogron)
1 nieduża cebula
3 średniej wielkości ziemniaki
1 łyżeczka imbiru w proszku
1 mała suszona papryczka piri-piri (można pominąć)
ok. 750ml bulionu warzywnego (u mnie bulion winny wg G. Ramsaya – wprost z zamrażalnika)
sól, pieprz do smaku

1 łyżeczka uprażonych ziaren sezamu

Ziemniaki obrać, umyć, pokroić w grubszą kostkę.
Szparagi oczyścić, usunąć zdrewniałe końcówki. W wypadku szparagów białych – obrać ze skórki (prawdę mówić zielone też obieram, ale nie jest to konieczne). Odciąć główki, a łodyżki pokroić na kilkucentymetrowe kawałki. Kilka główek odłożyć na bok (będą do dekoracji).
Cebulę posiekać w drobną kostkę.
Na dno garnka o grubym dnie wlać oliwę i wrzucić posiekaną cebulę. Smażyć kilka minut, mieszając, aż cebula się lekko zeszkli. Dodać imbir w proszku, rozkruszoną papryczkę, a po chwili dorzucić ziemniaki i szparagi (bez odłożonych główek) . Chwilę smażyć. Zalać bulionem warzywnym. Gotować pod przykryciem do miękkości warzyw.
Blenderem zmiksować całość na jednolity krem. Doprawić do smaku solą i pieprzem.

Odłożone główki szparag ugotować na parze lub we wrzątku (krótko! u mnie ze 2 minuty to trwało). By nie straciły koloru – po wyjęciu z wrzątku - zahartować w bardzo zimnej wodzie.

Krewetki ugrillować lub przygotować na patelni: wrzucić na niewielką ilość rozgrzanej oliwy. Smażyć bardzo krótko z obu stron (do lekkiego zaróżowienia krewetek). Wlać sos z marynaty i dusić jeszcze chwilkę.

Zupę podawać z główkami szparagów, krewetkami i posypaną uprażonym sezamem.
Smacznego!

środa, 18 marca 2009

Sałata. Na obiad lub kolację.



Mam nadzieję wrócić wkrótce do „świata żywych”. :) Nie, żebym ostatnio była nieżywa, ale raczej dla żywych stracona. ;-) W tym czasie do kuchni zaglądam głównie po to, by zaparzyć kolejną filiżankę kawy i przygotować kanapkę do szybkiego przegryzienia. Zupę dla dzieci też ugotuję. Ale na tym właściwie byłby koniec. ;-) Albo prawie koniec, bo jak już na kanapki patrzeć nie możemy – to na talerz wrzucam sałatę. ;-) A do niej kilka dodatków. Za każdym razem wychodzi co innego, bo i nie ma sztywnych reguł co do składników, i ich ilości. Na koniec łyżka lub dwie dressingu, do ręki kawałek bagietki i obiad (lekki!) gotowy. Albo kolacja. :)
No to dzieła!



Sałata z dodatkami - czyli przepis bez przepisu ;-)

duża garść porwanej sałaty (mogą być różne odmiany, w tym np. rukola, roszponka, freeze i inne)
kilka pomidorków koktajlowych
awokado pokrojone w dużą kostkę i skropione cytryną
grillowane plastry cukinii
grillowane krewetki (wcześniej pozostawione w marynacie np. z oliwno – cytrynowej, albo w sosie sojowym)
garść listków świeżej bazylii
...plus wszystko na co macie ochotę :)

Wszystko koniecznie polane ulubionym dressing'iem, np. takim: oliwa extra vergine + sok z cytryny + odrobina musztardy francuskiej (albo tylko sól i pieprz).

niedziela, 11 stycznia 2009

Tortilla z ostrymi krewetkami


Jecie czasem w biegu? Mnie się zdarza. :) Wielokrotnie jest to fast – food w domowym wydaniu. Jednak w tym domowym nie znajdzie się nic niezdrowego, nieświeżego, ociekającego tłuszczem.
Niejednokrotnie wspominałam, że moja męska część rodziny najszczęśliwsza jest wtedy, gdy dostanie tzw. jedzenie „do ręki”. Nadziewana tortilla czy pita – to coś co tygryski lubią najbardziej. :) Dla nich jednak, obok warzyw przygotowuję zwykle nadzienie mięsne – np. pieczone kawałki piersi z kurczaka. A do mojej tortilli trafiają często moje ulubione krewetki. Koniecznie na ostro, pachnące czosnkiem i winem, pikantne od papryczki chilli! Mniam! :)





Tortilla z ostrymi krewetkami

na 4 tortille

4 placki pszennej tortilli

4 liście kapusty pekińskiej lub sałaty lodowej, pociętej na paseczki
1 zgrillowana cukinia średniej wielkości
kilka listków świeżej bazylii


Sos majonezowy:

8 łyżek majonezu
1-2 łyżki sosu słodko – pikantnego (używam Tao-tao)


12 -16 dużych sprawionych surowych krewetek
3-4 łyżki oliwy
2-3 ząbki czosnku
kawałek czerwonej świeżej papryczki chili, drobno posiekanej
sól, pieprz
ok. 100 ml białego wina
sok z połówki cytryny

Na rozgrzaną na patelni oliwę wrzucić utarty czosnek, posiekaną papryczkę chili, oraz krewetki. Krewetki smażyć z każdej ze stron po ok. 2 minuty. Zalać winem, doprawić do smaku solą i pieprzem. Wcisnąć sok z cytryny. Smażyć jeszcze ok. 3 minut.

Każdy placek tortilli posmarować 1 łyżką sosu majonezowego. Rozłożyć na jednej połowie placka garść pociętej sałaty, kilka krążków (lub pasków) grillowanej cukinii, po 3-4 krewetki i kilka listków świeżej bazylii. Polać dodatkowo 1 łyżką sosu. Zwinąć tortillę w rulon.
Smacznego!

piątek, 17 października 2008

Pierożki krewetkowe

Jeśli lubicie krewetki – to to danie jest właśnie dla Was. :) Małe pierożki gotowane na parze lub smażone w głębokim oleju – wywodzą się z kuchni chińskiej i stanowią jedną z licznych przystawek na jeden kęs. To nieśmiertelne dim sum, które obowiązkowo podawane jest z zieloną herbatą.
Chciałabym kiedyś spróbować zestawu dim sum przygotowanego przez chińskiego kucharza, z całym bogactwem i różnorodnością: pierożki wszelakiej maści, bułeczki na parze, owoce morza, miseczki z zupą... I ta herbata zaparzana z całym ceremoniałem... Marzenie odległe jak Chiny... ;-)
Póki co, zakasałam rękawy i samodzielnie przygotowałam malutkie pierożki z nadzieniem z krewetek. Bardzo pikantne dzięki świeżemu chilli, rozgrzewające od imbiru i lekko słodkie od sosu ostrygowego. W sam raz na chwilowe zaspokojenie marzeń... ;-)





Pierożki krewetkowe

1 opakowanie gotowych kwadratów ciasta wonton (200g)

1 średniej wielkości cukinia
1 marchewka
1-2 ząbki czosnku
ok. 2 cm kawałek świeżego imbiru
1 łyżeczka posiekanej bardzo drobno świeżej papryczki chilli
1 - 2 łyżki oleju arachidowego lub z pestek winogron

ok. 300 g obranych krewetek
1 łyżka sosu sojowego
1 łyżka sosu ostrygowego
½ - 1 łyżeczki oleju sezamowego

1 jajko
olej do głębokiego smażenia

Krewetki obrać z pancerzyków, usunąć żyłki. Pokroić w plasterki. Jeśli kupicie jak ja - krewetki już wstępnie gotowane – włożyć kawałki do miski, a następnie wymieszać z sosem sojowym, sosem ostrygowym, utartym drobno imbirem, posiekanym chilli i olejem sezamowym. Odstawić.

Obraną marchewkę i umytą cukinię (wraz ze skórką) utrzeć na tarce o grubych oczkach. W woku, lub wysokiej patelni rozgrzać olej, wrzucić przeciśnięty przez praskę czosnek, utarty imbir, posiekaną chilli, cukinię i marchewkę. Mieszając smażyć ok. 2 minut, do lekkiego zeszklenia warzyw. Dodać surowe plasterki krewetek, sos sojowy i ostrygowy i smażyć, aż zmienią kolor na różowy. Zdjąć z ognia, lekko przestudzić.

W wypadku krewetek gotowanych – zeszklone warzywa zdjąć z ognia. Wymieszać z przygotowanymi krewetkami. Lekko przestudzić.

Na środek każdego arkusza ciasta nakładać po łyżce farszu. Brzegi ciasta smarować rozkłóconym jajkiem. Składać arkusz na pół po przekątnej, nadając kształt trójkąta. Można dodatkowo przeciwległe rogi ciasta u podstawy trójkąta zwinąć ku środkowi pierożka i razem je skleić (jak na fotce powyżej).

Smażyć partiami w rozgrzanym oleju do zezłocenia ciasta. Wyjmować z tłuszczu na papierowy ręcznik, by wchłonął tłuszcz. Podawać gorące z sosem sojowym, lub sosem chilli.

czwartek, 4 września 2008

Ostre krewetki

To znamienne, że gdy odchodzi lato, a pogoda coraz bardziej kapryśna i temperatury już nie tak wysokie – mam od razu ochotę na coś pikantnego. Żeby nie było niejasności… ;-) ostre potrawy lubię i bez deszczy, i spadków temperatur, ale w upale nie nęcą aż tak bardzo. Jednak „uff, jak gorąco!” :) to już przeszłość, zatem i rozgrzewające dania powracają do menu.

Przepis na dzisiejsze danie pochodzi z „Kuchni Azjatyckiej. Wielka Księga Kucharska” wyd. Konemann. W oryginale, przepis z rozdziału dotyczącego kuchni Sri Lanki, traktował o pikantnych owocach morza: krewetek, kalmarów i małży - zamkniętych w jednym daniu. Zrezygnowałam z dwóch ostatnich, poprzestając tylko na krewetkach, które mieszkają w moim zamrażalniku. Cała reszta, właściwie bez zmian, nie licząc tego, że zwiększyłam ilość pomidorów, by uzyskać więcej aromatycznego sosu, do otulenia makaronu.
Polecam wszystkim ostrolubnym.




Makaron z ostrym sosem pomidorowym i krwetkami

surowe lub mrożone krewetki (w ilości potrzebnej dla dwóch osób, u mnie 16 szt.)
1 łyżka oliwy
1 średnia cebula
1 -2 duże ząbki czosnku
1 łyżka drobno utartego świeżego imbiru
½ łyżeczki zmielonej kurkumy
1 łyżeczka chili w proszku
1 łyżeczka papryki w proszku
puszka (400 g) pulpy pomidorowej (może być też przecier)
1 łyżeczka cukru palmowego lub brązowego

2 porcje makaronu (u mnie udon)

W rondlu lub głębokiej patelni rozgrzać oliwę. Wrzucić cebulę - zeszklić. Dodać wyciśnięty czosnek i utarty imbir. Krótko przesmażyć. Dać kurkumę, chili i paprykę i smażyć ok. 2 min. Wrzucić do rondla krewetki. Smażyć do momentu, gdy krewetki zróżowieją. Dodać przecier pomidorowy i cukier. Dusić, mieszając, aż sos się podgrzeje.
Podawać z makaronem lub ryżem. Można też serwować jako samodzielne danie.

czwartek, 22 listopada 2007

Kulinarne sam na sam

Lubię od czasu do czasu zjeść obiad w samotności. I bynajmniej nie jest mi przykro z tego powodu. :)
Zdarzają się takie dni, że małżonek wraca do domu z pracy późnym wieczorem i z góry zapowiada, żebym nie czekała na niego z obiadem. Wykorzystuję takie chwile na przygotowanie sobie posiłku, na który raczej nie mam szans w pełnej obsadzie rodzinnej przy stole: dziecko kategorycznie odmawia spożycia, a mąż też potrafi pokręcić nosem, albo nawet zje, ale bez entuzjazmu. Zatem taki samotny dzień – to dla mnie szansa na coś, co tylko ja w naszym domu zajadam ze smakiem. Myślę, że i synek lubi takie chwile, bo wtedy łatwiej daję się namówić, na przygotowanie specjalnie dla niego mniej zdrowego posiłku typu frytki. ;-)




Tym razem przygotowałam dla siebie tagliatelle z krewetkami i awokado. Krewetki to poniekąd moje nowe odkrycie kulinarne. Wcześniej ich smak, ale chyba przede wszystki m wygląd, zupełnie mnie nie zachwycały. I nagle któregoś pięknego dnia wszystko się zmieniło. Okazało się, że krewetki są po prostu pyszne! W każdym razie, odkąd je na nowo odkryłam - szukam okazji do kolejnych degustacji. Zupełnie nie rozumiem dlaczego moja rodzina kręci nosem na takie pyszności! Przecież to rarytas dla podniebienia! Przynajmniej mojego. ;-)



Tagliatelle z krewetkami i awokado

Na 1 porcję:
Świeżo przygotowane tagliatelle

2 łyżki oliwy z oliwek
4 szt. krewetek królewskich (ja użyłam mrożonych, już oczyszczonych)
1 duży ząbek czosnku
sok z 1 limonki
sól, czarny pieprz do smaku
1 awokado – obrane, pokrojone w sporą kostkę
2 łyżki świeżo startych płatków parmezanu
2 łyżki posiekanej natki pietruszki


W garnku ze sporą ilością osolonej wody gotuję tagliatelle al dente.
W międzyczasie rozgrzewam oliwę na patelni. Wciskam ząbek czosnku i jednocześnie wrzucam krewetki. Przesmażam ze 2- 3 minuty, mieszając. Wlewam sok z limonki, doprawiam solą. Duszę jeszcze z jedną minutę, odparowując nieco sok. Na chwilę przed zdjęciem z gazu – wrzucam kawałki awokado. Przemieszam i wyłączam ogień.
W tym czasie odcedzam makaron i wrzucam na patelnię. Doprawiam czarnym pieprzem, posypuję parmezanem i natką pietruszki. Wszystko mieszam.
Mniammmm!



To nie koniec jednak rozpusty. Coś słodkiego by się zjadło. ;-)
Już dawno temu przymierzałam się do krajanki orzechowo- karmelowej Bajaderki, jednak wciąż i wciąż inne pyszności stawały na drodze. Ostatnio, podczas Orzechowego Weekendu, Caritka na swoim blogu przypomniała mi o tych bajaderkowych słodkościach. Wszystkie składniki były w domu, więc do dzieła!
Krajanka wyszła bardzo słodka i bardzo pyszna! Orzechy, karmel i czekolada, cóż może być pyszniejszego dla łasucha… ;-)





Krajanka orzechowo-karmelowa

Spód:
2 szklanki maki
1 szklanka brązowego cukru
140g masła
1 szklanka grubo posiekanych orzechów

Na wierzch:
3/4 szklanki brązowego cukru
3 łyżki słodkiej śmietanki
140g masła
1 szklanka posiekanej czekolady lub czekoladowych chipsów

Rozgrzać piekarnik do 180C. Mąkę, cukier i masło posiekać aż utworzą sie grudki (dobrze sie to robi w malakserze). Wysypać ciasto na blachę 33x23cm i lekko wcisnąć w dno formy. Piec około 15 minut aż ciasto lekko sie zrumieni.
Brązowy cukier, masło i śmietankę zagotować w małym rondelku, mieszać aż cukier sie rozpuści. Gotować 1 minutę mieszając od czasu do czasu. Zdjąć z palnika. Na podpieczone ciasto rozsypać posiekane orzechy, zalać karmelem i wstawić do piekarnika. Piec 15-20 minut, az ściemnieje i na powierzchni zaczną pokazywać się bąbelki.
Wyjąć z piekarnika i posypać czekolada - zostawić na kilka minut aby czekolada zmiękł, potem rozsmarować na całej powierzchni. Kroić na małe kwadraciki - bardzo słodkie!