czwartek, 14 czerwca 2012

„Złość piękności szkodzi!” w cyklu „Blogerki gotują”


Jeśli macie ochotę na trochę blogersko – kuchennych zwierzeń – to dzisiaj jest ku temu okazja. :)
W letnim numerze magazynu „Czas Wina” [nr 3(67)/2012)] – skierowanego nie tylko do winnych znawców - pojawił się mój tekst (i zdjęcia :)) w cyklu „Blogerki gotują”, wraz z propozycją smacznego co nieco i koniecznie przy kieliszku dobrego wina.
W druku pojawiła się wersja nieco skrócona, a na blogu miejsca jest wiele, więc zapraszam na całość.
Miłej lektury. :)


„Złość piękności szkodzi!”
- woła irytująco spokojny małżonek. „Mamo! Wyluzuj!” - dodaje syn, wbijając kolejny gwóźdź do trumny. Złośliwość rzeczy martwych przekracza wszelkie granice. Czas przemyka między palcami. W pracy się pali i wali. Setka ważnych spraw przylepiła się do mnie, jak ten rzep psiego ogona. Świat staje na głowie, a ja razem z nim, próbując ogarnąć całe morze chaosu.
Normalna kobieta w takiej sytuacji trzaska drzwiami, sieje burzę, po czym ucieka na zakupy, z których wraca z kolejną torebką, nową parą butów, kiecką (a najlepiej dwiema czy trzema) i stosem kosmetyków. Nie zapominając po drodze o odświeżeniu koloru na głowie, tudzież opuszcza salon fryzjerski z zupełnie nową koafiurą.


Mnie, kulinarną blogerkę, zaliczyć można do grupy normalnych... inaczej. Owszem - trzaskam drzwiami; owszem – rzucam gromy i czym prędzej szukam pocieszenia w zakupach. Ale o ironio! Do domu targam... skorupy... Gary, garnuszki, talerze, miseczki i inne kubki. Wystarcza choćby jedna nowa łyżka, a życie na nowo wraca na właściwe tory, a synowskie „wyluzuj” - staje się ciałem.
Małżonek przezornie nie komentuje faktu, że szafki i szuflady kuchenne nie chcą się domykać. Za to z ulgą zachęca: „ Kochanie, może kieliszek wina, za zdrowie nowego gara?”. Propozycja ma rzecz jasne ukryte drugie dno, bo jak wino – to i któreś z ulubionych dań z pewnością wjedzie na stół. Co jak co, ale pełni szczęścia rodzinnej nie osiąga się na głodniaka. 

W sprawach kulinarii - wyznaję zasadę: im mniej – tym więcej. Minimum składników – koniecznie najlepszej jakości! - a maksimum smaku do uzyskania.
Proponuję więc domowym sposobem przygotowane pappardelle (czyli szerokie wstążki) z dodatkiem krewetek tygrysich. Całość w lekkim, niezwykle aromatycznym sosie cytrynowo – czosnkowym. Koniecznie z dodatkiem świeżej, zielonej natki. Pachnie intensywnie już od pierwszej chwili wrzucenia składników na patelnię. Królewskie jadło na wszystkie okazje – aż się w głowie kręci. Pytanie, czy od aromatu potrawy, czy może za sprawą białego, wytrawnego wina musującego Cava Gran Cuvee, który znika z kielicha równie szybko co krewetki?
Nic na to nie poradzę, że mam prawdziwą słabość do jedzenia, które można „od środka zasilić” zdrowym chlustem porządnego wina. Niejeden posądzi mnie o pewne niezdrowe skłonności, a tymczasem chodzi po prostu o niewinne wzbogacenie smaku potrawy winnym bukietem aromatów.
Gdy pada więc propozycja „otwórzmy wino”, - ja czym prędzej wyciągam z szafki carnaroli lub arborio do przyrządzenia risotto. Tym razem przygotowuję z suszonymi pomidorami, a podlewam odrobiną Sauvignon Blanc. Nie mogę się powstrzymać i upijam pół kieliszka zanim risotto trafi na stół. Pasują do siebie znakomicie, a wskaźnik mojego humoru szybko pnie się w górę.
I tak oto - proste posiłki znikają z talerzy, a wino z kieliszków.
On – mąż blogerki, dokonując w myślach rachunku strat i zysków, dochodzi do wniosku: „Ufff! Tylko jedna mała skorupa, a kryzys humorów na jakiś czas zażegnany...”.
Ona – blogerka, przełykając kolejny kęs knuje przyszłościowo: „Te czerwone garnuszki chyba też by się jeszcze przydały...”


Domowe pappardelle z cytrynowo – czosnkowymi krewetkami

12-16 szt. krewetek tygrysich (po 6-8 szt./1 osobę)
1 łyżka oliwy do smażenia
2 ząbki czosnku
sok z 1 dużej cytryny
kilka gałązek świeżego tymianku
sól, pieprz do smaku
garść natki pietruszki

Domowy makaron:
(na 2 niewielkie porcje)

1 duże jajko
ok. 100g mąki semoliny (ewentualnie krupczatki)

Z jajek i semoliny zagnieść elastyczne ciasto makaronowe. Ciasto nie powinno być zbyt mokre i klejące. W zależności od wielkości użytych jajek – może okazać się konieczne dosypanie 1-2 łyżek mąki. Uformować z ciasta wałek i zawinąć w folię spożywczą. Pozostawić na 10-15 minut ( powinno „odpocząć” przed wałkowaniem).
Podzielić ciasto na 2 lub 3 części i każdą po kolei dość cienko wałkować (ok. 0,5 – 0,6 mm). Kroić radełkiem lub nożem na wstążki szer. 1 – 1,5cm.
Nastawić garnek z dużą ilością osolonej wody do zagotowania.

Krewetki sprawić (świeże obrać ze skorupek i oczyścić). Przygotować sok z cytryny, czosnek obrać i przecisnąć przez praskę. Posiekać natkę pietruszki. Przygotować patelnię z oliwą.
Do wrzącej wody wrzucić makaron. Ugotować al dente (przy świeżym makaronie to szybki proces - od ponownego zawrzenia wody – wystarczy ok. 1 min. gotowania).
Od razu po wrzuceniu makaronu do wody – rozgrzać patelnię z oliwą. Wrzucić krewetki i króciutko obsmażyć. Dodać przeciśnięty czosnek, a chwilę potem wlać sok z cytryny i dodać świeży tymianek. Smażyć ok. 2 minuty na niezbyt dużym ogniu, aż sok nieco wyparuje. Doprawić do smaku solą i pieprzem. Zdjąć z ognia. W tym czasie makaron powinien być już gotowy – odcedzić z wody i wrzucić na patelnię. Wymieszać, tak by makaron pokrył się sosem. Posypać natką pietruszki. Podawać gorące.


Risotto z suszonymi pomidorami i bazylią
(2-3 porcje)

2 łyżki oliwy
2-3 szalotki
1 szkl. ryżu carnaroli lub arborio
ok. 100 ml białego wina
ok. 0,5-0,7 l gorącego bulionu warzywnego
kilka (6-8 szt.) suszonych pomidorów z oliwnej zalewy
sok z 1 limonki
4 łyżki świeżo utartego parmezanu
świeżo mielony pieprz
garść listków bazylii
oliwa extra vergine do skropienia potrawy

Szalotkę drobno posiekać, suszone pomidory pokroić w paseczki.
Gorący bulion ustawić na maleńkim ogniu, tak by cały czas utrzymywał temperaturę.
Do garnka lub głębokiej patelni wlać oliwę i zanim zdąży się rozgrzać wrzucić szalotki. Podsmażać, mieszając, aż do lekkiego zeszklenia. Dołożyć ryż. Smażyć ok. 2 minuty. Zalać białym winem. Dusić do momentu, gdy płyn odparuje. Teraz partiami dolewać bulion: najpierw jedną chochelkę, gdy wyparuje kolejną partię płynu. Dodać suszone pomidory. Gdy ryż mocniej napęcznieje - płynu dolewać po 2 łyżki, tak długo, aż ziarenka dostatecznie zmiękną.
Gotowe risotto zdjąć z ognia. Doprawić pieprzem. Dodać starty parmezan – wymieszać, a następnie skropić sokiem z cytryny. Znów wymieszać. W razie potrzeby doprawić do smaku solą.
Podawać gorące z dodatkiem listków bazylii i skropione odrobiną oliwy.

35 komentarzy:

  1. fajny post:) i śliczne zdjecia. Często spotykam się w przepisach z szalotką, a w sklepach nigdzie nie widziałam? gdzie moge kupić,lub zastapić ten składnik?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zastąpić można po prostu cebulą. A kupić...? U mnie dostępna jest w większych sklepach... typu Alma czy Bomi i podobnych.
      Pozdrawiam. :)

      Usuń
    2. a widzisz myślałam (nie jadłam nigdy),że jest bardziej słodka. W moim mieście nie mam takich delikatesów:P

      Usuń
    3. Bo jest łagodniejsza w smaku. Ale jak nie mam to daję cebulkę i też jest dobrze. :)

      Usuń
  2. krewetki i białe wino to jedno z moich ulubionych połączeń :))
    niestety narazie niedostępne z powodu małego człowieka w brzuchu ;)

    odbiję to sobie za jakiś czas...;)

    Pozdrowienia z Gdańska ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Gosia przeczytałam całość i jakbym siebie widziała. Z ta tylko różnicą, że jeszcze jednak zdążę tą torebkę kupić...i buty może też :) Mój mąż ma przerabane :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pauli, muszę Twój komentarz pokazać mojemu mężowi. :D Niech wie, że mogłoby być gorzej. :D

      Usuń
  4. świetny post-gratuluję, ile tu skrywanej prawdy o nas kobietach i nie tylko :) pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  5. Pyszności! Powtarzam się, ale co mam powiedzieć/napisać jeśli tak jest?
    No i gratulacje!!!
    Pisałem już kiedyś coś pozytywnego na temat Twoich zdjęć...? ;)
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  6. Swietny tekst Malgosiu :) Lekki, przyjemny i pelen pysznosci. I do tego jaki prawdziwy :))) Gratuluje!

    OdpowiedzUsuń
  7. Gratulacje! :)
    Świetna zasada kulinarna :D

    OdpowiedzUsuń
  8. aż łezka w oku się zakręciła Małgosiu na wspomnienie o pracy, ale ale cóż to moje "patrzały" widzą? oto czerwony kiciuś w całej swej okazałości na fotce zagościł:D
    przyznam Ci po cichu, że i ja nie mogłabym się powstrzymać i upiłabym pół kieliszka zanim risotto trafiłoby w ogóle na stół:P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Doris, nie cały, nie cały. :) Tylko nosek. :)
      I nie rycz, bo zaraz i ja się zaleję. Łzami, nie winem. :D

      Usuń
  9. Uśmiechałam się, gdy czytałam, Małgoś. Ale takie już, my blogerki, jesteśmy. Zamiast kolejnego ciucha, jakieś przydasie, naczynia, serwetki do tła, zakupy na targu i w spożywczym i zamykanie się w kuchni ;)
    A przy okazji otwierania wina - ja również zaraz myślę o tym, że można zrobić risotto ;)

    ściskam mocno

    OdpowiedzUsuń
  10. Małgosia, jak to się pięknie czytało... i szkoda, że już koniec..., bo ja bym chciała więcej... Częściami było tu o mnie:), ale tam gdzie o mężu i synu mowa już nie. Też bym próbowała wina... a wybieram pappardelle:) wina polecanego muszę spróbować:)
    Dziękuję!

    OdpowiedzUsuń
  11. JA też poproszę więcej. I tekstów i zdjęć. Te są tak ciepłe, że mi się odechciało spać :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Gosiu, czy wybierasz się do polskiej edycji programu Masterchef?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie... Nie, nie wybieram się. Skąd taki pomysł? :)

      Usuń
  13. Małgoś mam dokładnie to samo, taszczę do domu patery, talerzyki i filiżanki ( mam spacerkiem 20 min. do Tk Maxx...to Ci wystarczy by naświetlić skale problemu)i też tylko to poprawia mi humor.I jeszcze udane zdjęcia, jak mi nie wyjdą, jestem gorsza niż w trakcie zespołu napięcia...Owoców morza jakoś nie potrafię pokochać ( a szkoda bo do Makro mam z kolei 5 min.)Masz przystawkę do makaronu!Wow! Moje ambicje skończyły się na przecieraku do owoców ;) Cudnie jak zwykle u Ciebie.Ściskam!

    OdpowiedzUsuń
  14. Gosia u mnie butów, sukienek czy po prostu dużej ilości ciuchów nie uświadczysz, ale kuchnnnych akcesoriów jest sporo. Wszystko się wszak przyda, będzie pasowało, musi być itp. Ale najbardziej zaciekawił mnie robot ( dlaczego czerwony, a nie niebieski?) Maszynkę do makaronu mam,ale jeszcze w kartoniku stoi od pewnego czasu niestety. Czeka na wolny wakacyjny czas.
    A powiedzenie mamo wyluzuj, to teraz chyba najczęstsze powiedzenie dzieciaków.
    Danie smakowite, a zdjęcia jak zawsze, przecież wiesz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Anno, czerwony jest od 6 lat i szybko raczej nie zmieni koloru. :D
      A dlaczego czerwowny? Bo właśnie ten najbardziej do mnie gadał. :D

      Usuń
  15. Małgosiu,

    wszystko wygląda wspaniale, a "wypracowanie" na 6+ :-)
    Ech, żeby jeszcze gotować tak dobrze, jak Ty...

    Czy jako posiadaczkę KA, mogłabym Cię prosić o kilka słów, czy warto kupić, w jakie końcówki zainwestować itp? Od dłuższego czasu waham się odnośnie zakupu, a cena z roku na rok wyższa i mało zachęcająca. Na różnych forach można przeczytać opinie, ale Twoje zdanie cenię sobie baaaardzo, więc będę wielce zobowiązana :-)
    Jeśli byłaby to niepożądana reklama, prosiłabym o maila na kasiwoz@poczta.onet.pl

    Pięknie dziękuję :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojej, miło mi bardzo, ale ja jestem taką samą zwykłą gospodynią, mamą i żoną, jak reszta świata. :D
      Co do przystawek - nie mam ich zbyt wiele. Kupiłam tylko te, które uznałam, że są mi niezbędne. I jest to zestaw do wałkowania i cięcia makaronu (mój zestaw składa się z trzech elementów), oraz zestaw do przecierów (bo każdego roku robię duże zapasy soku pomidorowego). Dobrze się sprawują i jestem z nich zadowolona. Więcej przystawek nie posiadam, bo niepotrzebnie powielałyby mi inne sprzęty kuchenne.
      Myślę, że nie warto kupować wszystkiego... ;-)

      Usuń
  16. Świetny, zabawny tekst i bardzo ładne zdjęcia, zresztą jak zawsze.
    A co do targania do domu skorup - też tak mam. Nic tak nie poprawia humoru jak nowy talerzyk i nic tak nie odstresowuje jak porządne zagniecenie ciasta ;)

    OdpowiedzUsuń
  17. Jakbym siebie widziała:) Pięknie opisałaś hahaha już cię widzę jak zajadasz makaron i w głowie ta myśl o garnkach czerwonych No pięknie po prostu ,muszę mężowi pokazać ten post bo on myśli że ja jestem zwariowana na tym punkcie .Niech się przekona ,że to jest bardzo normalne zachowanie hihi.Dla mnie te pierdoły kuchenne to jak dla dziewczynki lalki .Też mi się oczy świeca za każdym razem i jakbym mogła to też bym tupała nóżką że nie mogę kupić:))Pozdrawiam Serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  18. Twój tekst mnie zachwycił, jest genialny! I taki prawdziwy, bo mimo że jestem dopiero początkującą blogerką, to też czasami trzaskam drzwiami ji wracam z nowymi foremkami czy wyszukanymi składnikami, które od razu staram się wykorzystać.
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  19. Och... co za jedzenie! Aaaaaaaaaaaach...
    Pyszności!
    PS Zaniemówiłem
    PS' Bardzo chcę robot do kuchni chociaż już sam nie wiem jak będę się z tym wszystkim przeprowadzał skoro jestem na etapie kupowania maszyny do szycia;P

    OdpowiedzUsuń
  20. ja z kolei zauważyłam, że zdecydowanie łatwiej, lepiej i przyjemniej dokonuję zakupów spożywczych. czy to chandra, czy nie chandra - najchętniej kupiłabym wszystko co możliwe ;) rozkwit kolorów na straganach przyprawia mnie o zawrót głowy, wszystko jest piękne, pachnące. nie mówię już o wielu nowych smakach, których jeszcze nie poznałam, a które kuszą mnie przy każdej wizycie w lepszych marketach. za to sukienki, torebki.. niekoniecznie, a to źle leżą, źle wyglądają. no cóż, tak to już jest różnie i przeróżnie z nami - kobietami :)

    OdpowiedzUsuń
  21. też tak mam z tymi zakupami:)każda blacha, kubek nawet przyprawa cieszy:)
    i marzy mi się też taki kitchen aid. :)

    OdpowiedzUsuń
  22. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  23. Nigdy nie mogłam się przekonać do potraw z dodatkiem wina - wydawały mi się po prostu kwaśne. Aż do chwili, kiedy natrafiłam na Twój przepis - risotto wręcz rozpływa się w ustach:) Brawo Gosiu:)
    Pozdrowienia z deszczowego Poznania!

    OdpowiedzUsuń
  24. No tak, i ja jestem bardziej z frakcji 'przydasiowej' niz 'ciuchowo-kosmetykowej' ;) Choc na szczescie nie miewam juz takich dni, gdy ma sie ochote trzaskac drzwiami i siac burze :D Co oczywiscie nie przeszkadza, by i tak od czasu do czasu sprawic sobie zakupowa przyjemnosc ;)
    Pyszne przepisy Malgosiu! Choc ja rzecz jasna wolalabym bez makaronu :D

    OdpowiedzUsuń
  25. Zakochałam się (ponownie) w domowym makaronie. Ten z krewetkami jest pierwszy na liście "do zrobienia" :) Małgosiu, czy robisz makaron na zapas, mrozisz, suszysz (jak długo?), ile czasu gotujesz później taki makaron?
    Pozdrawiam serdecznie,
    Gosia.

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za pozostawiony komentarz. :) Jestem winna Ci informację: blog jest moderowany, spamowi i pyskówkom mówimy stop. We wszystkich innych sprawach zapraszam. :)