sobota, 25 czerwca 2011

Jest lato! jest zabawa! I zielsko jest! :)

Biała koszula, ciemne spodnie. I ostatni dzień w szkole.
Świadectwo odebrane. Łzy wzruszenia uronione (nawet całkiem sporo). I bynajmniej nie przez świeżo upieczonego ucznia klasy trzeciej, ale jego nieznośnie płaczliwą matkę (a przy tym bardzo dumną z syna :)). :D


Spacer ulicami miasta w jedynym słusznym kierunku takiego dnia jak ten. Lody w legendarnym „Misiu”, który od lat co najmniej „-dziestu” rezyduje niezmiennie w tym samym, skromnym, lilipucim wręcz lokalu. I tak jak lat „-dzieści” temu, tak i teraz smaków do wyboru jest dosłownie garstka. Za to smakują dokładnie tak samo jak wtedy, gdy to ja byłam dzieckiem. Nie potrzeba niebieskich barwników, czy wymyślnych, egzotycznych dodatków. To prawdziwe lody. Uwielbiają je dzieci. Kochają je dorośli.
Każda okazja jest dobra, żeby zajrzeć do „Misia”. Tego dnia to niemal powinność... :)


Potem grill w ogródku z rodziną. Nadmiar szczęścia z wakacyjnej wolności.
Wiwat lato! Wiwat wakacje! :)


Ostatnio ktoś znajomy nieoczekiwanie zaserwował mi słowa: „te twoje zielska... :)”.
No cóż, moje zielska są po prostu moje ulubione. :)
Smakują lepiej, wyglądają lepiej, łatwiej i szybciej dają się przyrządzić, a do tego są bardziej fotogeniczne. Dla mnie same zalety. :D


Pozostając więc w temacie zielska i wakacji jednocześnie, proponuję bardzo lekką zupę, pełną letnich warzyw. To właściwie całkiem zwyczajna zupa, najzwyklejsza jarzynowa, choć bez kawałka mięsa. Różnica jest taka, że nie gotowałam jej tradycyjnie, aż do porządnej miękkości warzyw. Proces warzenia był stosunkowo krótki, a warzywa wrzucane były do bulionu tylko na kilka minut. Dzięki temu pozostały jędrne, chrupkie i bardzo pyszne. Zupełnie jak w moich warzywnych sałatach.
Ale uwaga! To nie jest zupa dla każdego. Nie posmakuje ona temu, kto lubuje się tylko w rozgotowanych jarzynkach... :)



A korzystając z okazji, chciałam zachęcić do lektury mojego pierwszego, drukowanego artykułu. Zaproszona do współpracy przez magazyn „Czas Wina” - popełniłam debiutancki tekst. Temat oczywiście mocno kulinarny. :) Kogo interesuje świat dobrych win – może skusi się na wersję drukowaną (dwumiesięcznik dostępny jest w Empikach). O „Wyznaniach lawendowej kosmitki” można też poczytać on-line (tutaj - klik).
Miłego (mam taką nadzieję) czytania! :)




Letnia zupa z chrupiącymi warzywami

ok. ½ szkl. drobnej białej fasolki (świeżej lub suszonej, w wersji leniwej ostatecznie gotowa z puszki)
nieduży por (tylko jasna część)
ok. 1 szkl. wyłuskanego świeżego bobu
ok. ¾ szkl. wyłuskanego zielonego groszku
garść zielone j fasolki (ok. 150g)
ok. 750 ml gorącego bulionu (dowolnie: warzywny lub mięsny)
1 duży młody ziemniak
ok. 2 łyżek oliwy lub oleju roślinnego
garść mieszanki świeżych ziół ( u mnie: tymianek + oregano + majeranek)
sól, pieprz do smaku

Jeśli używamy suszonej białej fasoli – dzień wcześniej zalać zimną wodą i pozostawić na noc do napęcznienia. Następnego dnia odcedzić, zalać świeżą wodą i ugotować fasolę do miękkości. Odcedzić.
Warzywa umyć i osuszyć. Zioła posiekać.
Ziemniaka pokroić w niedużą kostkę. Pora pokroić w piórka. Zieloną fasolkę pokroić na kawałki ok. 2-3 cm.
W garnku rozgrzać oliwę, wrzucić pokrojonego pora i lekko zeszklić. Dodać ziemniaka i razem podsmażać ok. 1-2 min. na niedużym ogniu. Wlać gorący bulion, dodać przygotowaną wcześniej białą fasolkę i – doprowadzić do wrzenia.* Gotować pod przykryciem, aż ziemniaki zmiękną (ok. 10 min.). Teraz kolejno wrzucać warzywa: bób i fasolkę – gotować już bez przykrycia ok. 5 min. (warzywa powinny być lekko twardawe), a na sam koniec wrzucić zielony groszek i zostawić zupę na ogniu jeszcze przez 1 minutę.**
W razie potrzeby doprawić solą i pieprzem do smaku.
Smacznego!

* Jeśli używamy fasolki z puszki – to przepłukaną i odcedzoną dodać dopiero na sam koniec gotowania wraz z groszkiem zielonym.


** To jest zupa z chrupiącymi, lekko twardawymi warzywami. Jeśli nie lubicie takich – należy samodzielnie dostosować czas gotowania.

niedziela, 19 czerwca 2011

Czerwień jej słodka, głęboka...


Czerwcowa czerwień zdominowała tak niedawną zieleń maja.
Moje ulubione, codziennie odwiedzane stragany uginają się pod ciężarem pachnących truskawek i rubinowych czereśni.
Właśnie rozpoczął się sezon na kaszubski skarb. Truskawki, które tutaj rosną mają mocno intensywny smak. Są słodkie jak żadna inna znana mi odmiana. Pachną też inaczej.
Kilogram dziennie przyniesiony do domu – to stały rytuał.
Dzieci najczęściej domagają się gęstego, mocno owocowego koktajlu. Różowe wąsy są miarą zadowolenia. :)


Mnie najbardziej cieszą zjedzone tak po prostu – saute. Ewentualnie z odrobiną cukru, pokłute lekko widelcem i pozostawione na parę minut, by puściły pyszny sok. Wylizuję go do ostatniej kropelki. :)
A w tak zwanym międzyczasie ciasto się pojawia. Ostatnio piekłam sernik. Cytrynowy. A na wierzchu świeże, słodkie truskawki pod cytrynową galaretką. To wypiek już archiwalny, sprzed tygodnia. Upiekłam za jednym zamachem dwa. Jeden, z okazji imienin trafił do pracy, a drugim zajadaliśmy się w domu. Oczywiście ciasto jest już tylko wspomnieniem uwiecznionym na zdjęciach. :)



Sernik cytrynowy z truskawkami
podłużna forma 30x11cm lub okrągła o średnicy 20cm

Ciasto kruche:
100g mąki
szczypta soli
50g zimnego masła
60g cukru trzcinowego
1 żółtko
1 łyżka syropu złocistego (golden syroup)*

* jeśli nie mamy – w zamian można dać syrop klonowy, albo po prostu 1-2 łyżki zimnej wody (dla związania ciasta)

Mąkę przesiać wraz z solą do misy lub na stolnicę. Dodać zimne masło i posiakać nożem. Dołożyć cukier i żółtka i bardzo krótko wyrobić (ciasto będzie mocno grudkowate). Wlać syrop złocisty (lub wodę) i wyrobić, aż ciasto uzyska formę zwartej kuli.
Zawinąć ciasto w folię spożywczą i wstawić do lodówki na ok. 30 min. do schłodzenia.
Rozgrzać piekarnik do 180 st.C. Foremkę wyłożyć papierem do pieczenia lub wysmarować masłem i oprószyć delikatnie mąką lub bułką tartą.
Schłodzone ciasto rozwałkować do wymiaru wielkości dna foremki (polecam metodę wałkowania pomiędzy dwoma arkuszami papieru do pieczenia). Wyłożyć na dnie foremki, widelcem ponakłuwać w kilku miejscach. Podpiec ok. 10 min. w nagrzanym piekarniku.

Masa serowa:
3 jaja
110g cukru (ok. ½ szkl.)
100g śmietany 36% (polecam bardzo gęstą śmietanę w kubeczkach firmy Piątnica)
2 łyżki maizeny (skrobii kukurydzianej)
1 łyżka limoncello – można pominąć
skórka z 2 cytryn
500g twarogu 3-krotnie mielonego


W międzyczasie, gdy spody się studzą – przygotować masę serową.
Jajka utrzeć z cukrem do białości. Cały czas ucierając dodawać kolejno: śmietanę, maizenę, limoncello i skórkę z cytryn. Na sam koniec wmieszać bardzo delikatnie twaróg (jeśli robotem to na najniższych obrotach).
Wylać masę na podpieczony spód.
Przygotować „kąpiel wodną”. Jeśli mamy dużą blachę z rantem z wszystkich stron (taką w wyposażeniu piekarnika) to wlewamy do niej gorącą wodę (ilość taka, by się nie przelewało). W innym wypadku potrzebna będzie dodatkowa foremka o średnicy większej, niż foremka, w której pieczemy sernik. Wkładamy mniejszą foremkę do większej i wlewamy wodę (wystarcz mniej więcej do połowy wysokości mniejszej foremki).
Piec ok. 45 - 50 min. W 180 st.C. Patyczek włożony w środek ciasta nie powinien być mokry. Studzić ciasto na kratce – nie wyjmować z foremki.

Dodatkowo:
ok. 250g świeżych truskawek
sok wyciśnięty z 2 cytryn
ok. 60 ml wody (= ok. ¼ szkl.)
ok. 3 łyżki cukru (a najlepiej do smaku)
4 listki żelatyny

Listki żelatyny namoczyć w zimnej wodzie.
Sok z cytryn wymieszać z wodą i cukrem. Zagotować. Do gorącego płyny dodać mocno odciśniętą żelatynę i wymieszać. Pozostawić do schłodzenia. Odparowany płyn można dla szybszego ścinania włożyć do lodówki.
W międzyczasie umyć i bardzo dokładnie osuszyć i odszypułkować truskawki. Każdą pokroić na plasterki (ok. 3-4 mm grubości). Ułożyć „na zakładki” na ostudzonym serniku.
Gdy galaretka cytrynowa zacznie już lekko tężeć - zalać nią ciasto. Przykryć folią alu lub spożywczą i wstawić do lodówki do całkowitego stężenia.
Przed spożyciem najlepiej wyjąć sernik na min. 30 min. do odtajenia.
Smacznego!

środa, 15 czerwca 2011

Tarta z łososiem, szparagami i koperkiem


Liczę dni. Ściślej mówiąc: odliczam. Dlaczego tak się niemiłosiernie wloką???
Odpowiadam więc sama sobie: szalona! co za bzdury, wcale się nie wloką! Przeciwnie, lecą jak szalone, nawet szybciej, niż bym tego sobie życzyła. Wciąż i wciąż czekają odkładane sprawy i spotkania (bo ciągle „coś”); letnia sukienka jeszcze wisi w sklepie zamiast na wieszaku w mojej szafie; synek ledwo co rozpoczął kolejny rok szkolny, a już lada dzień go kończy; córeczka zrobiła się samodzielna nie wiadomo kiedy; mężowi w międzyczasie wybiła równa „dziesiątka”, a mnie przybyła kolejna zmarszczka. :)
W takich właśnie okolicznościach narzekam na czas. Nie ma co ukrywać, powód jest tylko jeden: urlop. :) Wyczekany, wytęskniony, zaplanowany... Żeby już był! Najchętniej już! Teraz! W tej chwili!
Mojego zniecierpliwienia nie polepsza sytuacja w pracy. Wszyscy albo dopiero co z wczesnego urlopu wrócili, albo właśnie spacerują po plażach greckich wysp... A ja czekam... i czekam..., i czekam... Uchhhhhh....


Tyle dobrego w tym czekaniu, że sezon truskawkowy w pełni, jest więc smaczny czynnik zastępczy i umilający czas. Taki trochę na otarcie łez. I szparagi, których na mojej północy ciągle jeszcze nie brakuje na straganach. Nie przeszkadza mi, że zjadłam już w tym sezonie pokaźną liczbę pęczków. W końcu to smakołyk, a zdrowych smakołyków żal sobie odmawiać.
Zatem czekam dalej, podjadam coś smacznego...odliczając dni.




Tarta z łososiem, szparagami i koperkiem
lekko inspirowane przepisem w „Delicious” nr 5/2011
(kwadratowa blaszka 20x20 cm; 3- 4 porcje lub 2 dla bardzo głodnych)

Kruche ciasto:
160g mąki pszennej
½ łyżeczki soli
1 łyżeczka cukru
80g zimnego masła – pokrojonego w małą kostkę
2 łyżki bardzo zimnej wody

Mąkę przesiać wraz z solą i cukrem na stolnicę lub do misy robota, dodać masło pokrojone na małe kawałki. Rozcierać, aż utworzą się małe grudki. Dodać 1 łyżkę zimnej wody i zagnieść ciasto, aż będzie gładkie. Gdyby wciąż było zbyt suche – dodać drugą łyżkę wody.
Uformować kulę, spłaszczyć ją dość mocno, zawinąć w folię spożywczą. Wstawić do lodówki na min. ½ godziny.

Nadzienie:
ok. 150 g świeżego łososia bez skóry
½ pęczka zielonych szparag (najlepiej grubszych)
ok. 8-10 pomidorków koktajlowych
100ml śmietanki 30 lub 36%
2 jaja
150g mozzarelli
dużą garść posiekanego koperku
sól, pieprz do smaku

Mozzarellę pokroić na kawałki. Najlepiej przygotować ją przynajmniej 2-3 godziny wcześniej i pozostawić na sicie, by dobrze odsączona została z płynu.
Łososia umyć, osuszyć i pokroić w grubą kostkę (ok. 2x2cm).
Umytym i osuszonym szparagom odkroić główki, a łodyżki pokroić na ok. 2cm kawałki. Pomidorki podzielić na połówki.
Foremkę wyłożyć papierem do pieczenia, lub wysmarować masłem i oprószyć delikatnie mąką,
Schłodzone kruche ciasto rozwałkować do wielkości foremki, dodając zapas po ok. 1,5 - 2cm z każdej strony (u mnie był to kwadrat 24x24cm). Spód podpiec przez ok. 10 min. W temp. 180st.C. Wyjąć z piekarnika i lekko ostudzić.
Na przygotowany spód ułożyć kolejno pasy nadzienia: szparagi -łosoś – szparagi – pomidorki – łosś - szparagi , etc, lub w dowolnie innej kombinacji.
Śmietankę rozkłócić wraz z jajami, doprawić ok. 1/3 łyżeczką soli i pieprzem, oraz wmieszać posiekany koperek. Masą jajeczną zalać warzywa na tracie. Na wierzchu ułożyć kawałki mozzarelli.
Piec ok. 30 min. w piekarniku nagrzanym do 180st. C. pod przykryciem z folii ALU. Po tym czasie zdjąć folię i przez kolejne ok. 10 min. jeszcze podpiekać, pozwalając by ser się lekko zarumienił.
Podawać ciepłe. Na zimno też całkiem nieźle smakuje.
Smacznego!

wtorek, 7 czerwca 2011

Placek jogurtowy z rabarbarem


Zupełnie nie pamiętam kiedy ostatni raz przygotowałam ciasto z kremem... Musiało minąć naprawdę wiele czasu, skoro nie potrafię odgrzebać w pamięci tego faktu. Kremy lubię, owszem, ale nie jakoś namiętnie. Jeśli już się decyduję – to wolę deser z dodatkiem kremu (na przykład taki letni i bardzo pyszny, mniammmm... - klik). Ciasta z kolei to ja najchętniej przygotowuję i zjadam, takie zwykłe, ucierane, albo kruche. Proste.


A że wciąż jeszcze sezon na rabarbar trwa (już niedługo!) - to placek z rabarbarem upiec się musiał. Nie sam. Trochę mu pomogłam. :) Połowę zjadła rodzina, a połowę zaniosłam do pracy. Zjedzone zostało do ostatniego okruszka, więc myślę, że taki znów najgorszy nie był. :D
Od siebie tylko dodam, że to całkiem fajny, puszysty placek. I owoce można w nim zmieniać do woli. Truskawki też będą super. :)



Jogurtowy placek z rabarbarem

5 jaj
400g cukru
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
200 ml oleju roślinnego (u mnie z pestek winogron)
220g jogurtu naturalnego (dałam gęsty, typu „grecki”)
500g mąki
2,5 łyżeczki proszku do pieczenia

oraz
ok. 500 g rabarbaru
2 łyżki cukru brązowego
ok. 50g płatków migdałowych

cukier puder do posypania wierzchu

Piekarnik rozgrzać do temp. 180 st.C. Dużą blaszkę (35x25cm) wyłożyć papierem do pieczenia, lub wysmarować masłem i oprószyć mąką.
Rabarbar umyć, osuszyć, pokroić na kawałki ok. 1-1,5 cm grubości. Posypać 2 łyżkami cukru – wymieszać.
Mąkę przesiać do oddzielnej miski wraz z proszkiem do pieczenia.
Oddzielić żółtka jaj od białek. Białka ubić na sztywną pianę.
Żółtka utrzeć z cukrem. Dodawać kolejno olej roślinny, jogurt, oraz ekstrakt waniliowy.
Ciągle ucierając – dodawać po trochę mąki.
Na koniec włożyć całą pianę i bardzo delikatnie wymieszać masę (najlepiej ręcznie łopatką silikonową).
Wyłożyć ciasto na przygotowaną blaszkę, Na wierzchu rozłożyć rabarbar. Posypać migdałami w płatkach.
Piec ok. 45 - 50 min. Gdyby ciasto zbyt szybko się rumieniło – przykryć z wierzch folią ALU.
Patyczek włożony w środek ciasta powinien być suchy.
Ostudzone ciasto oprószyć cukrem pudrem.

środa, 1 czerwca 2011

W oczekiwaniu na wakacyjny podmuch


Wczoraj był upał prawie nie do wytrzymania... Jak w środku gorącego lata.
W pracy zakończyliśmy pewien bardzo długi etap. Tak długi, że gdy opasłe tomiska dokumentacji w końcu zostały zamknięte i pożegnane – wszyscy poczuliśmy się jak za szkolnych lat... Zupełnie jak dzień, w którym odbiera się cenzurkę, zamyka pewien okres życia pracowitego, a otwiera czas wakacji, zabawy i odpoczynku. Uczucie dość surrealistyczne, zważywszy na to, że nikogo z nas nie czeka dwumiesięczna przerwa od obowiązków.


I już nic mi się nie chciało. Tylko leniuchować. I zajadać lodami. :) Obiad po najniższej linii oporu. Ale w wiosenno – letnim tonie.
A dzisiaj, znów nastał dzień jak co dzień. Zwykła droga do pracy, zwykłe obowiązki, nowe tematy, chłodny wiatr, brak upału i niechciany bąbel na stopie. Wakacyjny podmuch po nocy gdzieś odpłynął. To bez znaczenia, bo ten prawdziwy dopiero przede mną. :)



Sałata wiosenna mocno zielona
2-3 porcje

2-3 garści rukoli
pęczek zielonych szparag
nieduży brokuł
garść świeżo ukrojonych płatków parmezanu lub pecorino
garść orzeszków piniowych
ok. 2 łyżeczki gęstego octu balsamicznego
ok. 2 łyżeczki oliwy z oliwek extra vergine
sól do smaku (najlepiej gruboziarnistą – użyłam „maldon”)

Szparagi i brokuła umyć. Szparagom odciąć zdrewniałe łodyżki, a z brokuła powycinać różyczki.
W dużym garnku zagotować osoloną wodę. Różyczki brokuła i szparagi wrzucić na wrzątek i gotować ok. 3-5 min. (nie dłużej, warzywa powinny być lekko twarde, a nie rozgotowane). Odcedzić i zahartować zimną wodą. Odłożyć warzywa na papierowy ręcznik, aby wchłonął wodę.
Orzeszki piniowe uprażyć na suchej patelni.
Rukolę, szparagi i brokuła rozłożyć na talerze. Posypać płatkami parmezanu, orzeszkami, i solą, oraz skropić odrobiną oliwy, i octem balsamicznym.
Podawać od razu.
Smacznego!

piątek, 27 maja 2011

Zielsko, a dobre! Czyli rzecz o tarcie z wiosennym wnętrzem.


Jeśli jest coś, co ostatnimi czasy smakowało nam tak bardzo, że słowa tego nie oddadzą – to z pewnością była tym czymś właśnie ta tarta.
Rafał po pierwszym kęsie ze zdumieniem wyraził swoją pochwałę:
„O rany! Samo zielsko, a taaakie dobre!”.
No cóż, zdecydowanie podzieliłam opinię mojego męża. Nadzienie z botwinki, szpinaku, czosnku i świeżego rozmarynu było przepyszne. Wprost G E N I A L N E !


Nawet zielone szparagi, które są moim corocznym wiosennym hitem, podawanym we wszelkich możliwych kombinacjach – zwyczajnie zostały przyćmione. Tarta bezkonkurencyjnie położyła wszystko inne co ostatnio jedliśmy na łopatki.
Mam pomysł na ponowne wykorzystanie tego nadzienia. Przymierzam się do botwinkowo – szpinakowych pierożków. Czuję, że to będzie kolejny nasz domowy hit. :)
Tymczasem zachęcam – komu zielsko nie straszne – wypróbujcie tartę w barwach czerwieni! :)



Tarta z botwinką i szpinakiem
okrągła forma wielkości ok. 25-26cm

Kruche ciasto:
150g mąki pszennej
½ łyżeczki soli
1 łyżeczka cukru
75g zimnego masła – pokrojonego w małą kostkę
2 łyżki bardzo zimnej wody

Mąkę przesiać wraz z solą i cukrem na stolnicę lub do misy robota, dodać masło pokrojone na małe kawałki. Rozcierać, aż utworzą się małe grudki. Dodać 1 łyżkę zimnej wody i zagnieść ciasto, aż będzie gładkie. Gdyby wciąż było zbyt suche – dodać drugą łyżkę wody.
Uformować kulę, spłaszczyć ją dość mocno, zawinąć w folię spożywczą. Wstawić do lodówki na min. ½ godziny.


Nadzienie:
1 pęczek botwinki wraz z buraczkami
1 pęczek szpinaku
3 ząbki czosnku
2 łyżki oliwy (do smażenia)
1 gałązka świeżego rozmarynu
sól, pieprz do smaku

100ml śmietanki 30%
2 duże jaja
ok. ½ łyżeczki soli
pieprz
duża garść parmezanu w cienkich płatkach


Rozgrzać piekarnik do 180 st.C. Przygotować formę żaroodporną do tarty o średnicy 25 -26cm. Wysmarować masłem, lub spryskać oliwą i oprószyć mąką. Nadmiar mąki strząsnąć.
Kruche ciasto rozwałkować dość cienko, tak by uzyskać średnicę o ok. 3-4 cm większą niż foremka. Wykleić dno formy i ścianki. Widelcem zrobić kilka nakłuć. Włożyć do piekarnika i podpiekać ok. 10-12 min. Spody mają się ściąć i bardzo delikatnie zezłocić. (Można zastosować metodę podpiekania „na biało” czyli pod ciężarem np. z ziaren fasoli czy grochu).
Wyjąć formę z piekarnika i pozostawić na kratce do lekkiego ostudzenia.
W tym czasie przygotować nadzienie.
Szpinak i botwinkę dokładnie umyć, osuszyć (np. papierowymi ręcznikami). Liście i łodygi botwinki pokroić dość drobno, a buraczki – w słupki. Szpinak w zależności od wielkości listków pokroić lub pozostawić w całości. Czosnek i listki rozmarynu drobniutko posiekać.
Na głębokiej patelni rozgrzać 2 łyżki oliwy. Wrzucić botwinkę i mieszając od czasu do czasu dusić kilka minut, aż buraczki i liście zmiękną. Dorzucić szpinak, posiekany czosnek i rozmaryn. Smażyć kolejne ok. 3 min. Doprawić do smaku solą i pieprzem.
Jajka rozkłócić w misce wraz ze śmietankę. Doprawić solą i pieprzem.
Na ostudzony spód tarty wyłożyć warzywa. Zalać masą jajeczną (można trochę nożem „wymieszać” masę z nadzieniem warzywnym). Na wierzchu ułożyć płatki parmezanu.
Piec ok. 30 min. Do momentu aż masa jajeczna się zetnie, a góra tarty ładnie się zezłoci.
Podawać na ciepło. Na zimno również pyszne.
Smacznego!

sobota, 21 maja 2011

Szczęśliwe dziewczynki lubią makaron


Co robią małe dziewczynki na spacerze z mamą w słoneczny dzień?
Moja na przykład robi widowisko przed Dworem Artusa, tańcząc a'la „prima balerina”, tudzież śpiewając kompozycje własne. Tekst oczywiście tworzony jest na potrzebę chwili, nigdy dwa razy się nie powtarza i opiewa dziwy przyrody, tudzież zjawiska nadprzyrodzone. Jednym słowem, znaleźć tam można wszystko co w duszy gra niespokojnej duchem i ciałem czterolatce. :D
Ile dmuchawców jest w stanie „rozebrać” mała dziewczynka? Dostatecznie dużo, by mama dziewczynki:
a) poczuła się znudzona przedłużającą się zabawą
b) wyczerpała pomysły na milionowe ujęcie foto szczęśliwej Mai
a) zgłodniała w międzyczasie. :D

Na szybki posiłek jak zwykle prędki w przygotowaniu makaron. Ta wersja jest dość kaloryczna, więc nie polecam przesadzać z częstotliwością. Ale smakuje... mniammmm... :) My zajadaliśmy się wczoraj.



Rigatoni w sosie z gorgonzolą, szparagami i tymiankiem
na 3 porcje

pęczek zielonych szparag
makaron rigatoni (u mnie po 2 duże garście na / 1 os.)
100 g boczku wędzonego
ok. 400g kwaśnej śmietany 18% (lub 22%)
ok. 100g gorgonzoli lub innego sera pleśniowego
kilka gałązek świeżego tymianku
pieprz do smaku
ew. sól

Szparagi umyć, osuszyć, odciąć główki (odłożyć osobno), łodyżki pokroić na kawałki ok. 2cm długości.
Boczek pokroić w cieniutkie plasterki.
Na rozgrzaną, głęboką patelnię wrzucić boczek i smażyć kilka minut, aż lekko się zezłoci. Gdyby wytopiło się zbyt dużo tłuszczu - odlać. Wlać śmietanę, dodać listki tymianku, oraz wkruszyć ser. Gotować na niewielkim płomieniu, mieszając od czasu do czasu. Ser powinien się w całości rozpuścić, a śmietana nieco zgęstnieć. Na sam koniec doprawić do smaku pieprzem (ja daję sporo), oraz ewentualnie solą (tylko ostrożnie, bo ser pleśniowy jest słony sam w sobie!)
W tym samym czasie gdy przygotowujemy sos, należy gotować makaron (al dente) w dużej ilości osolonej wody. Ok. 5 minut przed końcem gotowania (a więc gdy makaron jest jeszcze nieco twardawy), do garnka dorzucić pokrojone szparagi i gotować razem. A na ok. 1-2 min. przed odcedzaniem dodać jeszcze główki szparag.
Gotowy makaron ze szparagami odcedzić i wrzucić do gorącego sosu śmietanowo - serowego. Wymieszać. Podawać od razu.
Smacznego!

niedziela, 15 maja 2011

Kuskus ze szparagami na piknik lub do pracy


Nareszcie zalała mnie wiosna. Również ta kulinarna. Długo na nią czekałam, zabiegana i zbyt zajęta, by poświęcić jej należną uwagę. Od kilku dni w końcu mam czas, by się nią delektować. Rano w drodze do pracy nasłuchuję szczebiocących wróbli. Przyglądam się ukwieconym drzewom i nie dowierzam, że tak prędko przekwitają.


W pracy z koleżankami analizujemy wpadające promienie słoneczne, a widok z naszego okna kuchennego na ogródek (w samym środku miasta) pozwala zrelaksować zmęczony od komputera wzrok. W drodze powrotnej do domu kupuję szparagi. Jak zwykle zielone, bo właśnie te lubię najbardziej. Wiem, że jak zawsze skończą się prędko, zanim zdążę się prawdziwie nimi nacieszyć.



Niby – sałatka. Chociaż wcale nie taka „niby”... Całkiem wiosenna i dość pożywna. Trochę nowalijek, kuskus, cytryna i oliwa. Zaletą tego typu potraw jest ich prostota i uniwersalność. Sprawdzają się w różnych sytuacjach. W ostatnich dniach podałam ją na późną obiado-kolację. To co pozostało zabrałam następnego dnia w szczelnym pudełeczku do pracy na drugie śniadanie. A wczoraj fajnie spędziliśmy czas w ogrodzie u przyjaciół. Przygotowałam podobną sałatkę, jako dodatek do grillowanych mięs.
Na majówkę, czy piknik w parku, albo na plaży też by się sprawdziło. Polecam. :)


Wiosenny kuskus ze szparagami

½ szkl. kuskusu
1 pęczek zielonych szparagów
½ pęczka rzodkiewki
1 dojrzałe awokado
kilka sztuk suszonych pomidorów z zalewy oliwnej
duża garść świeżej bazylii
garść rukoli
sok z 1-1 ½ cytryny (a najlepiej do smaku)
sól, pieprz do smaku
2-3 łyżki oliwy z oliwek extra vergine (u mnie ta, którą zalewałam suszone pomidory)

Kuskus przygotować na sypko (wg instrukcji na opakowaniu; nie zapomnieć o posoleniu).
Szparagi umyć, osuszyć, usunąć zgrubiałe końcówki. Przygotować al dente na parze lub włożyć do wrzącej wody i gotować ok. 4-5 min. (główki szparag powinny wystawać ponad wodę; zmiękną pod wpływem gorącej pary wodnej). Gotowe szparagi wyjąć z wrzątku i zahartować zimną wodą. Odciąć główki, a łodyżki pokroić na kawałki ok. 1-2cm długości.
Rzodkiewkę umyć, osuszyć, odciąć ogonki i pokroić na cieniutkie plasterki. Suszone pomidory pokroić w paseczki lub kosteczkę. Bazylię porwać (raczej nie kroić nożem, bo listki ściemnieją). Awokado przekroić na pół, usunąć pestkę, wydrążyć miąższ dużą łyżką z łupinki i pokroić w niezbyt drobną kostkę. Wszystkie składniki wrzucić do miski i od razu wlać sok z cytryny (zatrzyma ona proces utleniania się awokado). Dodać oliwę z oliwek, oraz sól i pieprz do smaku. Wymieszać. Można podawać od razu, ale najlepiej smakuje po kilku godzinach chłodzenia w lodówce (smaki się przegryzą).
Smacznego!

sobota, 7 maja 2011

A jeśli macie ochotę...

...dowiedzieć się co mnie inspiruje kulinarnie, to zapraszam Was do lektury na portal We-dwoje. :)

czwartek, 5 maja 2011

Zanim wrócę...


Przychodzą do mnie maile. I pytania. Zatroskane.
Padły nawet nieoczekiwane dla mnie prośby, abym nie kasowała bloga...
Chciałam Was uspokoić. I usprawiedliwić się.
Mój brak aktywności blogowej jest chwilowy (choć przedłużający się).
Nie zamierzam niczego kasować.
Nie zamykam bloga.
Oddaliłam się, ale tylko na trochę.
No tak już jest, że w życiu są sprawy ważne i ważniejsze. :)
Mnie teraz pochłaniają te ważniejsze.
Wszystko inne, czy mam na to ochotę, czy też nie, musiałam odłożyć na potem.
Ale już niedługo. Niedługo wrócę. :) Obiecuję.
I zrobię to mocno stęskniona.
Tymczasem dziękuję za wszystkie miłe słowa, którymi mnie obdarzyliście.
Dzięki nim łatwiej mi znosić blogową rozłąkę...
Jeszcze tylko troszeczkę. Mam nadzieję, że zdążę z wiosennymi smacznymi propozycjami. :)
Pozdrawiam wszystkich! I życzę mnóstwo promieni słonecznych! :)



Serniczki z jagodami i kruszonką
(12 serniczków wielkości mufinek)

Ciasto kruche:
100g mąki (u mnie krupczatka)
szczypta soli
50g masła
60g cukru trzcinowego
1 żółtko
1 łyżka syropu klonowego*

* Syrop klonowy bardzo przyjemnie wzbogaca smak ciasta i nadaje mu lekko "orzechowo - karmelowy" posmak.

Wszystkie składniki, oprócz żółtka, posiekać nożem, a następnie ugnieść kruszonkę. Podzielić na dwie części. Jedną część kruszonki odstawić do lodówki. Do drugiej – dodać żółtko i wyrobić kruche ciasto (powinno być dość gładkie). Gotowe ciasto podzielić na 12 części.
Przygotować formę do mufinek. Wyłożyć papierkami mufinkowymi. Dno każdego wgłębienia wylepić dość cienko jedną częścią kruchego ciasta. Wstawić do lodówki na ok. 30 min. Do schłodzenia.
Następnie rozgrzać piekarnik do 180 st.C i spody w foremkach podpiec ok. 10 min. Wyjąć z piekarnika i lekko przestudzić.

Masa serowa:
1 jajo
50g cukru pudru
2 łyżki maizeny (skrobii kukurydzianej)
2 łyżki ajerkoniaku (niekoniecznie)
skórka z 1 cytryny
250g twarogu 3-krotnie mielonego
oraz
ok. ½ szkl. Jagód (użyłam mrożonych**)

** jagody rozmroziłam, a następnie przez 3 godziny trzymałam na sicie, aby maksymalnie odsączyć

W międzyczasie, gdy spody się studzą – przygotować masę serową.
Jajko utrzeć z cukrem do białości. Cały czas ucierając dodawać kolejno: maizenę, ajerkoniak i skórkę z cytryny. Na sam koniec wmieszać bardzo delikatnie twaróg (jeśli robotem to na niskich obrotach).
Rozlać masę na podpieczone spody. Na środek każdej wyłożyć po 1 łyżeczce jagód, a na wierzchu posypać schłodzoną kruszonką.
Piec ok. 30 min. W 180 st.C. Serniczki (w papierkach) w miarę szybko wyjąć z formy mufinkowej (gdy tylko przestaną parzyć w dłonie). Dostudzić na kratce.
Smacznego!

niedziela, 17 kwietnia 2011

Trzysta i 4


Wiem, wiem. Trochę mnie nie było. Tutaj. Bo gdzie indziej duuużo mnie i intensywnie.
Nigdzie nie zaginęłam.
Nie wyjechałam.
I nawet nie zapomniałam.
Tak zwyczajnie, czas nie guma. Choć nie powiem, szkoda.
Bo robiłam tyyyle rzeczy.
Przemierzyłam tyyyle kilometrów na nogach. Bynajmniej nie turystycznie.
A w międzyczasie przeczytałam kilka setek stron. Jak zawsze z przyjemnością,
Bo co jak co, ale dzień bez książki, to tak jak dzień bez aparatu – stracony.


Ostatnie dwa, ba! nawet trzy tygodnie minęły...sama nie wiem kiedy.
Pstryk! I jeden tydzień za mną.
Pstryk! I i kolejny już tylko wspomnieniem.
Pstryk! A na blogu trzysta wpisów.
Równiusieńko.
Już?! No już. Nazbierało się.
Też nie wiem kiedy.
Pstryk! I moja Pszczółka 4 latka skończyła.
Już???! No już. Latka lecą.
Tortu nie było. Ale były słodkie buziaki. I prezenty. I świeczki w cieście zastępczym. Z jagodami z zeszłorocznych jeszcze zapasów.


A keks, to już taka przymiarka przedświąteczna.
Bardzo maślana. Lekko cytrynowa. I nie przesadnie słodka.
Nie omieszkam upiec kolejnego już za kilka dni.




Keks drożdżowy

ok. 1 szkl. bakalii namoczonych w rumie (owoce kandyzowane, rodzynki, kandyzowane skórki cytrusowe)
Bakalie namoczyć przynajmniej wieczór wcześniej.
Przed dodaniem do ciasta dobrze odsączyć z alkoholu.

Zaczyn:
½ szkl. letniego mleka
½ szkl. mąki
2 łyżeczki cukru
2 łyżeczki drożdży instant

Ciasto:
cały zaczyn
4 szkl. mąki
½ szkl. letniego mleka
6 łyżek cukru
szczypta soli
skórka otarta z 1 cytryny
½ łyżeczki mielonego kardamonu
4 jaja rozkłócone
300g masła w temperaturze pokojowej

Zaczyn:
Połączyć w naczyniu wszystkie składniki zaczynu. Wymieszać łyżką do uzyskania w miarę gładkiej konsystencji. Zostawić do czasu, aż zaczyn podwoi soją objętość.

Ciasto:
Do przesianej mąki dodać zaczyn, mleko, jaja, cukier, sól, kardamon i otartą skórkę z cytryny – wyrabiać ciasto do momentu aż będzie w miarę dobrze odchodziło od ścianek naczynia (lub dłoni). Dodać masło i wyrabiać ponownie przez ok. 10 min. Ciasto będzie teraz dość mocno kleiste i bardzo miękkie. Na koniec wmieszać odsączone bakalie.
Przykryć ciasto folią spożywczą i pozostawić do wyrośnięcia na ok. 2 godziny. Wyrośnięte ciasto przełożyć do dwóch keksówek (długości ok. 23cm)) i pozostawić pod przykryciem do kolejnego wyrośnięcia na ok. 1 godzinę.
Piec ok. 1 godziny w piekarniku rozgrzanym do 180 st.C. Gdyby ciasto od góry zbyt mocno się rumieniło – przykryć z wierzchu folią ALU.
Wystudzić na kratce.
Smacznego!

niedziela, 3 kwietnia 2011

Tondo di Piacenza


Zupełnym przypadkiem trafiłam w sklepie na okrągłe cukinie. U nas nie są one tak popularne jak te podłużne. A wielka szkoda, bo poza tym, że po prostu uroczo się prezentują – są idealne do faszerowania. Nie miałam żadnych dylematów typu" "brać czy nie brać?”... Oczywiście, że brać! Kto wie, kiedy znów taka okazja się nadarzy...
Wujek Google podpowiedział mi, że to wczesnowiosenna odmiana cukinii, zwanej Tondo di Piacenza. Brzmi bardzo włosko, prawda? :) Prawdę mówiąc, podczas mojej niedawnej wizyty w tym kraju – z ogromną zazdrością spoglądałam na stragany, na których grzecznie leżały sobie dokładnie takie same, pękate, zielone owoce. Nie powiem ile kosztowało mnie wysiłku, by zdusić w sobie przemożną chęć spakowania kilku sztuk do bagażu. Na szczęście (choć nie wiem, czy raczej jednak nie nieszczęście) straszakiem były niemałe opłaty za nadbagaż. :D


Farsz przygotowałam dość prosty, na bazie: kuskusu, ziół, odrobiny tuńczyka i suszonych pomidorów (niedawno je przygotowywałam, są już gotowe do jedzenia i smakują bossssko). Dopełnienie smaku przyniosło trochę świeżo wyciśniętego soku z cytryny i odrobina oliwy. Oczywiście użyłam oliwę, która przykrywa wspomniane wyżej suszone pomidorki. Jej smak i aromat przywołuje najlepsze wrażenia smakowe. :)
A całość..., no cóż,... delicious... :)




Cukinie faszerowane kuskusem

3 okrągłe cukinie
¼ szkl. kuskusu (suchego, przed zalaniem wrzątkiem)
½ świeżej papryki (u mnie czerwona)
tuńczyk w sosie własnym (op. 80g)
duża garść natki pietruszki
garść świeżych liści bazylii
kilka kaparów
3-4 szt. suszonych pomidorów z zalewy oliwnej
sól, pieprz
sok z cytryny (ilość do smaku)
1-2 łyżki oliwy extra vergine (u mnie aromatyczna oliwa, którą zalewałam suszone pomidory)



Kuskus przyrządzić na sypko wg instrukcji na opakowaniu.
Tuńczyka odsączyć. Paprykę i suszone pomidory pokroić w drobną kosteczkę. Natkę pietruszki posiekać. Listki bazylii porwać (lub pokroić). Wszystkie składniki włożyć do miski i dokładnie wymieszać. Doprawić do smaku solą, pieprzem i sokiem z cytryny. Na koniec wmieszać oliwę.

Cukinie umyć i osuszyć. Od strony z łodyżką odciąć „wieczko” (nie wyrzucać). Wydrążyć otwór w cukinii (używałam do tego specjalnej łyżki, służącej do wycinania kulek z owoców), pozostawiając jednak przy ściankach odrobinę miąższu (ok. 5-6 mm) i uważając by nie uszkodzić skórki. *
Faszerować przygotowanym farszem. Dno żaroodpornego naczynia lekko zwilżyć oliwą i poustawiać cukinie. Zapiekać ok. 30 min. W piekarniku nagrzanym do temp. 180 st.C.
Podawać ciepłe.
Smacznego!

* miąższ z cukinii można wykorzystać i pokrojony dodać do farszu. Ja jednak z tego zrezygnowałam, bo ten z moich cukinii miał zbyt dużo pestek.