niedziela, 31 sierpnia 2008

Kumin i zapiekanka z grillowanych warzyw

Z kuminem zapoznałam się dokładnie rok temu. Wtedy nie miałam jeszcze bladego pojęcia o tym, jak fantastyczna jest to przyprawa, jak szerokie ma zastosowanie i jak cudny aromat roztacza wokół potrawy.
Kumin, albo kmin rzymski (Cuminum cyminum) – niezastąpiona w kuchni arabskiej, meksykańskiej, hinduskiej, a nawet chińskiej. Ale i wielu innych się pojawia, wspomnę chociażby o Hiszpanii, czy Chile. Wyglądem przypomina znany na polskich stołach kminek zwyczajny, ale to zupełnie dwa różne nasiona. Dwa różne smaki. Dwa różne aromaty.
Kmin rzymski to jeden z ważniejszych składników przyprawy curry. A starożytni Egipcjanie, Grecy i Rzymianie ponoć (tak wyczytałam) używali go jak pieprzu, ze względu na jego dość ostry smak.


Ci, którzy śledzą moje wpisy, zapewne zauważyli, że kumin pojawia się w nich regularnie. Sypię go może nie tyle hojną ręką (w sensie ilości), co po prostu często. Dodaję go właściwie wszędzie tam, gdzie tylko to możliwe. A tak się składa, że wiele potraw i składników lubi towarzystwo kuminu. :) Pieczone ziemniaki z kuminem – to moja miłość nie do zdarcia. Dynia i kmin, czy to w postaci pieczonej, puree dodanego do makaronu, czy zupy – tworzą świetny mariaż. Mięso potraktowane tą przyprawą, nabiera zupełnie innego smaku. Dlatego chętnie przyrządzam gulasze, wszelkie enchilade i zapiekanki (choćby jak ta ostatnia z tortilli), czy mięsne nadzienia do pierożków i faszerowania wszelakiego. Soczewica (vide hinduska zupa Dal), marchewka (zupa krem z marchewki i soczewicy) ciecierzyca podana na sto sposobów, czerwone ziarna fasoli, pomidory – wszystkie kochają kumin.
A już najbardziej nie wyobrażam sobie bez kuminu bakłażana. Jestem przekonana, że tych dwoje zostało specjalnie dla siebie stworzonych! Marokański dżem z bakłażanów – powoduje, że nie mogę przestać jeść. A stanowi dla mnie bazę do tysiąca i jednej potrawy. :)
Moja fascynacja tą przyprawą trwa. Mam wrażenie, że spektrum jej zastosowania jest tak szerokie, że ile przykładów bym nie wymieniła – i tak nie widać będzie końca jej możliwości.

Wczoraj zajadaliśmy się potrawą przepyszną. Jej bazą były trzy najpyszniejsze warzywa świata (dla mnie tymi warzywami numer jeden to cukinia (!), pomidor i bakłażan) plus mozzarella. Oczywiście najważniejszym dodatkiem, jak nie trudno się domyśleć był kumin. :) Mozzarella dostała podwójne zadanie: ta w środku potrawy – miała się pięknie rozpuścić i ciąąągnąć najdalej jak się da, a ta na zewnątrz – trochę się przypiec i utworzyć chrupiącą skorupkę. Mnie skorupka wyszła średniej jakości, ale to za sprawą strajkującego obecnie piekarnika.
Banalną w swej prostocie resztę – poznacie w przepisie. Zapraszam. :)




Zapiekane grillowane warzywa z mozzarellą

Porcja dla 2 -3 osób średnio głodnych

2 bakłażany, raczej cienkie, nie pękate
4 średnie cukinie

1 puszka (400 g) dobrej jakości pulpy pomidorowej
2-3 ząbki czosnku (ja daję duuużo)
2 łyżeczki sproszkowanego kuminu (a najlepiej świeżo utartego)
szczypta chilli
sól, pieprz do smaku
1 łyżka oliwy + dodatkowo 1 łyżeczka

2 kulki mozzarelli – pokrojone w cieniutkie plastry

Bakłażana pokroić w plastry grubości ok. 1cm. Posolić z obu stron i zostawić na pół godziny, do puszczenia soku. Osuszyć papierowym ręcznikiem. Zgrillować lub usmażyć na patelni spryskanej oliwą.

Cukinię pokroić w plastry i również zgrillować.

W głębokiej patelni, albo garnku lekko zeszklić na 1 łyżce oliwy czosnek (w żadnym razie nie dopuścić by się zarumienił). Po chwili wrzucić utarty kumin i mieszając przesmażyć kilkanaście sekund. Wlać pulpę pomidorową. Doprawić do smaku solą, pieprzem i chilli. Dusić kilka minut, aż woda z pomidorów wyparuje, a sos lekko zgęstnieje.

Rozgrzać piekarnik do 180 st.C.
Przygotować naczynie żaroodporne (najlepiej okrągłe).
Na dno wylać 1 łyżeczkę oliwy i dodać odrobinę sosu pomidorowego – tylko tyle żeby całość lekko pokryła dno naczynia.
Układać warstwy:
Plastry bakłażana – sos pomidorowy – plastry cukinii – plastry mozarrelli.
W zależności od wielkości naczynia układać kolejne warstwy, aż do wykończenia składników. Warstwami kończącymi powinny być sos pomidorowy i mozzarella na wierzchu.
W zależności od indywidualnych preferencji zapiekać dłużej do uzyskania chrupiącej skorupki serowej, lub tylko kilka minut, jeśli mozzarella z góry ma być również miękka i ciągnąca.
Smacznego!

sobota, 23 sierpnia 2008

Kwiaty cukinii

Mało mam ostatnio czasu na blogowe przyjemności. Obowiązki, zwłaszcza te zawodowe, ale i fakt, że wakacje i okres letni powoli, acz nieuniknienie, dobiegają końca, a ja chciałabym spędzić jak najwięcej czasu z dziećmi na słońcu i na rowerowych przejażdżkach – wszystko to powoduje, że blog przez ostatnie dni, został przeze mnie niemal opuszczony. I choć do kuchni jak najbardziej zaglądam, a nawet gotuję ;-) i od czasu do czasu uda mi się co nieco uwiecznić na zdjęciach, to brakuje czasu, by tutaj zaprezentować nowy przepis. I zapewne dzisiaj byłoby tutaj pusto, gdyby nie fakt, że po raz pierwszy udało mi się dostać kwiaty cukinii!

Powiecie: phi! cóż takiego?! A jednak, dla mnie to wydarzenie jedyne w swoim rodzaju, bo w moim mieście takiego rarytasu, nie wiedzieć czemu, nikt nie sprzedaje. Wielokrotnie pytałam sprzedawców na targu, na którym zaopatruję się w warzywa i owoce – o te kwiaty. Wszyscy bezradnie rozkładali ręce i wręcz wpadali w głębokie zdziwienie, że jak to? jadalne kwiaty? Podobnie rzecz ma się, gdy pytam o maleńkie cukinie, naprawdę maleńkie, takie w granicach 10cm długości. Nikt takich nie sprzedaje. Wciąż w wielu przypadkach pokutuje u nas przekonanie, że cukinię należy „utuczyc” do gigantycznych rozmiarów i dopiero wtedy wypchnąć do sprzedaży. :(
Odchodziłam zatem z kwitkiem, marząc sobie o tych cudnych, żółtych kwiatach i małych cukiniowych owocach, które szczęśliwie (albo może nieszczęśliwie, skoro u nas taki problem z ich kupieniem) jadłam podczas swojej toskańskiej wędrówki. Tam, na każdym, najmniejszym nawet targu – kwiatów cukinii było zatrzęsienie. Piękne, duże, niezwykle świeże.
No cóż, ojczyzną cukinii są właśnie Włochy, więc nic dziwnego, że tam na temat uprawy i możliwości przyrządzania cukinii na setki sposobów – wiedzą chyba wszystko. U nas, choć coraz lepiej na rynku spożywczym, chyba jeszcze wiele wody w Wiśle upłynie, nim to co w innych krajach jest powszechnie stosowane, w końcu i u nas stanie się „normalne”.



Wracając jednak do cukinii… Roślina wydaje dwa rodzaje kwiatów: męskie i żeńskie. Żeńskie, to te z zalążkiem cukiniowego owocu. Męskie rosną samodzielnie. I to właśnie męskie należy zrywać, jeśli chcemy, by roślina bez szkody mogła dalej owocować. Aczkolwiek oba rodzaje są jadalne i jednakowo pyszne.

Kilka dni temu, na tym samym targu, o którym pisałam powyżej, udało mi się (drogą czystego przypadku) dotrzeć do sprzedawczyni, która wraz z mężem prowadzi własną cukiniową uprawę.
Nie łatwo było ich nakłonić, by zechcieli przywieźć dla mnie kwiaty. Oczywiście (nie żartuję!) nie mieli zielonego pojęcia o jadalności tych kwiatów. Summa summarum, po wielu prośbach – zgodzili się urwać 10 sztuk (mało, ale na początek dobre i to! :)). Przywieźli. 4 małe sztuki. :( Sprzedawczyni tłumaczyła się, że ostatnie deszcze (rzeczywiście było ich trochę i czasem nawet gwałtowne) mocno zniszczyły kwiatostan. Dostałam te 4 sztuki i choć daleko im do włoskiego ideału, jaki mam ciągle w pamięci – pobiegłam jak na skrzydłach do domu, by je przygotować.
Możliwości przyrządzenia kwiatów cukinii jest chyba nie mniej, jak samych owoców. Można je usmażyć, ugotować z ich dodatkiem zupę, dodać do makaronu, przygotować zapiekanki, tartę, dania jednogarnkowe… i pewnie jeszcze wiele innych zastosowań.
Ja postanowiłam przyrządzić, to co jadłam w Toskanii, czyli faszerowaną cukinię. Faszerować możemy chyba wszystkim, na co przyjdzie nam ochota. Pełna dowolność. :)
Postawiłam na możliwie najprostsze nadzienie: ricotta, mozzarella i parmezan. A do tego dla kontrastu smakowego i kolorystycznego: kilka zielonych listków świeżej bazylii i czerwonych suszonych pomidorów, które przyjechały do mnie zupełnie niedawno z samego serca Toskanii. :)
Jeszcze dzisiaj oblizuję się na myśl, o wczorajszej przekąsce. Cudownie chrupiąca, piękna i pyszna! Niestety, w celach obiadowych nie starczyło. ;-)




Kwiaty cukinii faszerowane trzema serami

Nadzienie

Na każdy kwiat cukinii potrzebne:
1 łyżka ricotty
1 kuleczka mozzarelli mini, pokrojona na małe cząstki
1 łyżka świeżo drobno startego parmezanu
1 połówka suszonego pomidora, pokrojona w małą kosteczkę lub cienkie paseczki
2-3 listki świeżej bazylii, porwane na kawałki
pół łyżeczki oliwy extra vergine
pieprz do smaku
ewentualnie sól (gdyby okazało się mało słone)

Przy 4 kwiatach, pomnożyłam ilość składników razy 4. :)
Wszystkie składniki nadzienia wymieszałam.
Kwiaty cukinii delikatnie opłukałam pod małym strumieniem bieżącej wody. Ostrożnie osuszyłam ręcznikiem papierowym. Usunęłam ze środka pręciki. Każdą cukinię nadziewałam częścią farszu; zamykałam kwiaty, skręcając górną część płatków.

Na panierkę:
1 jajko
Szczypta soli
Ok. 2 łyżki mąki pszennej (ilość najlepiej samemu dobrać w zależności od wielkości jajka)

oliwa do głębokiego smażenia – mocno rozgrzana

Z jajka, mąki i soli przyrządziłam ciasto, niezbyt gęste, o konsystencji ciasta naleśnikowego. Pojedynczo zanurzałam w nim faszerowane kwiaty i od razu ostrożnie wkładałam do nagrzanej oliwy. Smażyłam dość krótko, przewracając kilkakrotnie, by kwiaty z wszystkich stron równomiernie usmażyły się na złoty kolor. Wyjmowałam na papierowy ręcznik i zostawiałam przez chwilę, do wchłonięcia tłuszczu.

Najlepiej smakują ciepłe.
Smacznego!




Kwiaty, które dostałam były właśnie żeńskie, wraz z maluśkimi cukinkami. Więc miałam dodatkową frajdę, bo takich maleństw naprawdę u nas się nie kupi. Były tak jędrne, właściwie pozbawione pestek (stan zalążkowy, w ogóle niewyczuwalne) i cudownie chrupały pod zębami. Właściwie aż szkoda było je zjadać. ;-)

środa, 13 sierpnia 2008

Sernik z jagodami

Wygląda na to, że fascynacja sernikami przeżywa u mnie pełen rozkwit. Zaskakuję siebie, łapiąc się na tym, że przeglądając słodkie przepisy ze szczególną uwagą zatrzymuję się przy sernikach właśnie. W ostatnim miesiącu upiekłam ich kilka (!), a z każdym kolejnym kęsem – mam coraz większą ochotę na jeszcze i jeszcze.
Rodzina się śmieje, że przysłowiowa płyta mi się zacięła na sernikach, zupełnie identycznie jak swego czasu miało to miejsce z czekoladą. ;-)
Żałuję, że z braku czasu nie podzieliłam się z Wami przepisem na fantastyczny w smaku sernik z czereśniami. Podbił moje serce niemal na równi z Agusiowym sernikiem cassis, prezentowanym zupełnie niedawno. Z tym sernikiem załapałam się dosłownie na ostatnie, pieruńsko drogie już czereśnie. W chwilę po tym - zniknęły ze straganów. Może zatem niech chociaż fotka stanie się zapowiedzią, a w przyszłym roku powrócę z nim w czereśniowym sezonie.

A dzisiaj będzie o serniku jagodowym. A ściślej rzecz biorąc – borówkowym, bo niestety i nasza pachnąca leśna jagoda właściwie jest już nie do zdobycia. Swoją drogą, czy to nie okropne, że wszystkie najlepsze letnie owoce – tak szybko się kończą? Mimo, że staram się nie uronić ani jednego „owocowego dnia” i niemal co dzień wracam do domu z pobliskiego targu z pełnymi rękoma – to zawsze czuję ten sam żal, że oto czas na truskawki, czy czereśnie, jagody, maliny, itd. minął bezpowrotnie i znów przyjdzie czekać cały długi rok, by rozkoszować się świeżymi, soczystymi owocami.
Ale wracając do sernika, może to i lepiej, że zamiast jagody leśnej, użyłam borówki amerykańskiej. Jagódki choć przepyszne, mają tę wadę, że ochoczo puszczają soki. Przy podjadaniu saute – to ich zaleta, ale już przy słodkich wypiekach – te soki potrafią niejakiego ambarasu narobić. Z borówką właściwie tego problemu nie ma i pięknie zachowują swój zgrabny kształt, a ciasto nie płynie od soków.
Dzisiejszy sernik jest niezmiernie prosty i szybki w wykonaniu. Z użytych proporcji wychodzi dość niski. Gdyby wykonać go na kruchym spodzie, z bokami, to z powodzeniem mógłby robić za serową tartę.
Tymczasem zapraszam na kawałek ciasta. :)





Sernik z jagodami

Spód:

50 g masła w temp. pokojowej + dodatkowo do wysmarowania foremki
150 g kruchych ciastek typu digestive
1 łyżka syropu złocistego (golden syroup)

Nadzienie:

500 g kremowego serka
2 jajka
120 g miałkiego cukru
1 łyżka ekstraktu z wanilii
1 łyżka mączki kukurydzianej (maizena)

ok. 300 g borówki amerykańskiej oprószonej w 1 łyżeczce mączki kukurydzianej


Nagrzać piekarnik do temp. 160 st.C. Foremkę o średnicy 25 cm wysmarować masłem i lekko oprószyć mąką.

W malakserze rozdrobnić ciastka digestive na maleńkie okruszki (można też ręcznie, np. miażdżąc ciastka wałkiem, wyłożone na czystej ściereczce). Dodać miękkie masło i syrop złocisty. Zagnieść kruszonkowe ciasto. Wyłożyć spód wysmarowanej masłem foremki i wstawić do nagrzanego piekarnika na 10 min. Następnie wyjąć i pozostawić do odparowania.

Jajka ubić z cukrem na puszystą, jasną masę. Ubijając dodawać kolejno: mączkę kukurydzianą i ekstrakt z wanilii. Następnie dołożyć serek i na wolnych obrotach miksera połączyć z masą (nie miksować zbyt długo, by zbytnio nie napowietrzyć twarogu).
Wylać 2/3 masy do foremki. Wyłożyć gęsto borówką. Rozprowadzić równomierną cienką warstwą pozostałą część masy serowej. Piec ok. 60 minut. Włożony w środek ciasta patyczek powinien być suchy.
Smacznego!


poniedziałek, 11 sierpnia 2008

Zapiekanka z czerstwych tortilli



Gdy tortillowe placki zbyt długo zalegają mi w lodówce – oczywiście tracą na swej elastyczności. Stają się suche i łamliwe. Do rolowania już się nie nadają, ale mam sposób na wykorzystanie tych sucharków. Przyrządzam przepyszną zapiekankę: połamane suche tortille przekładam sosem, którego najważniejszym składnikiem są pomidory (poza sezonem najlepsza będzie dobrej jakości puszkowana pulpa z włoskich pomidorów), oraz dodatki, które za każdym razem możemy dobrać według upodobania. Ja w najróżniejszych kombinacjach wykorzystuję najczęściej: czerwoną fasolkę (zwykle z puszki), bakłażana, cukinię, kolorową paprykę, awokado, brokuła, mielone mięso drobiowe, wieprzowe lub wołowe i co mi tam jeszcze w ręce wpadnie.
Na wierzchu zapiekanki obowiązkowo musi być kawałek mozzarelli lub cheddara (ale i każdy inny miękki ser się nada), bo nic tak nie cieszy oko, jak piękna, złocista, chrupiąca skorupka. ;-) Zapiekanka ma wielkie powodzenie w moim domu, a męska część rodziny domaga się jej częściej, niż jestem w stanie uzbierać wysuszonych tortilli. W takim wypadku, oczywiście zastępuję je po prostu świeżymi. :)




Zapiekanka z czerstwych tortilli

Sos:

1 puszka pulpy pomidorowej lub ok. 1 kg świeżych pomidorów (jeśli mięsiste, mało wodniste – to 60-70 dag powinno wystarczyć)
2-3 ząbki czosnku, drobno rozstarte
Garść ulubionych świeżych ziół (u mnie oregano, tymianek, majeranek), drobno posiekanych (jeśli zamieniamy na zioła suszone, to wystarczą niewielkie szczypty)
1-2 łyżeczki oliwy z oliwek extra vergine
Sól, pieprz do smaku

Pulpę pomidorową wylać do miseczki. Jeśli używamy świeżych pomidorów – sparzyć wrzątkiem, obierać ze skórki, wyciąć gniazda nasienne i pokroić w niewielką kostkę. Połączyć pomidory ze startym czosnkiem, oliwą z oliwek, solą, pieprzem, oraz posiekanymi ziołami. Zafoliować miseczkę i wstawić do lodówki na min. 1 godzinę, żeby smaki się połączyły (ja zazwyczaj sos przygotowuję w wieczór poprzedzający; aromaty mają całą noc na uwolnienie).

Nadzienie:

Ok. 30 dag drobiowego mięsa mielonego
1 średniej wielkości główka cebuli
1 puszka czerwonej fasolki, odcedzona i przepłukana pod bieżącą wodą
1 nieduża czerwona papryka
1 łyżeczka utartego kuminu
1 łyżeczka utartej kolendry
1 łyżeczka wędzonej słodkiej papryki w proszku
Sól, pieprz do smaku
2-3 łyżki oliwy do smażenia

Kilka suchych tortilli (pszennych lub kukurydzianych) – połamanych na kawałki
1 kulka mozzarelli, posiekana i dobrze odsączona na sitku

Cebulę pokroić w drobną kosteczkę. Wrzucić na głęboką patelnię na oliwę. Mieszając, smażyć, aż się lekko zeszkli. Wsypać przyprawy: kumin, kolendrę i wędzoną paprykę – przemieszać. Dodać surowe, mielone mięso. Smażyć, aż mięso się dobrze zetnie. Wlać przygotowany wcześniej sos pomidorowy. Dodać pokrojoną w kostkę świeżą paprykę, oraz czerwoną fasolkę. Dusić kilka minut, do momentu, gdy mięso będzie miękkie, a sos odparuje i zgęstnieje. Jeśli jest taka potrzeba – doprawić jeszcze solą i pieprzem.

Przygotować żaroodporne naczynie. Wylać dno odrobiną oliwy. Wyłożyć jedną warstwę tortilli, a następnie nadzienia. Czynność powtarzać, aż do wyczerpania składników. Ostatnią warstwą (przed serem) powinno być nadzienie. Na wierzch wyłożyć mozzarellę. Odstawić na min. ½ godziny (w temp. pokojowej), by czerstwe tortille nasiąkły sosem.
Zapiekać w piekarniku rozgrzanym do 180st.C, aż ser się rozpuści i ładnie zapiecze.
Smacznego!

niedziela, 27 lipca 2008

Uff - jak gorąco!

„Stoi na stacji lokomotywa,
Ciężka, ogromna i pot z niej spływa:
Tłusta oliwa.
Stoi i sapie, dyszy i dmucha,
Żar z rozgrzanego jej brzucha bucha:
Buch – jak gorąco!
Uch – jak gorąco!
Puff – jak gorąco!
Uff – jak gorąco!
Już ledwo sapie, już ledwo zipie,
A jeszcze palacz węgiel w nią sypie. (…)”






Fala upału, jaka nawiedziła moje strony, już daje się we znaki. Dopiero kilka dni naprawdę gorących, a ja już czuję się jak ta tuwimowska lokomotywa. ;-) Ledwo sapię i ledwo zipię, a słońce bezlitośnie daje o sobie znać. Pomyśleć, że kilka dni temu narzekałam w rozmowie z mężem, że cóż to za lato byle jakie i deszczowe… Wygląda na to, że matka natura usłyszała moje utyskiwania i postanowiła dać mi nauczkę.

W taki dzień jak dzisiaj najchętniej robiłabym… NIC… Wielkie NIC. I tylko piła, piła, piła… Najlepiej zwykłą, czystą wodę. Ewentualnie z plasterkiem cytryny. Nie mogę jednak pominąć kawy. Kawa to ten napój, bez którego nie wyobrażam sobie dnia. I nie ma znaczenia, czy jest to dzień zimny, deszczowy, letni, czy upalny. Nie piję jej dużo. Zwykle jedną, maksymalnie dwie filiżanki. Ale jest obowiązkowa każdego dnia, zwłaszcza ta poranna, która pozwala mi otworzyć zaspane oczy.
Teraz, gdy gorąco rozleniwia każdy centymetr mojego ciała – z przyjemnością wypijam zimną, pyszną, kremową cafe frappe.
Pozwolicie, że nie będzie dzisiaj przepisu? Dzisiaj jest mój dzień lenistwa. ;-)


poniedziałek, 21 lipca 2008

Sajgonki




Fajne jest to, że można z nimi eksperymentować. Za każdym razem wychodzą zupełnie inne. Nigdy nie trzymam się sztywno jednego przepisu. Najchętniej improwizuję, wykorzystując różne składniki i różne przyprawy. Stałymi ingrediencjami są dla mnie czosnek, imbir i sos sojowy. Cała reszta zależy od chwilowego kaprysu i chęci. Najbardziej chyba smakują mi sajgonki w wersji mięsnej, ale i wegetariańskim nie powiem nie. Wtedy mięso zamieniam na słupki cukinii, papryki, pędy bambusa, kiełki sojowe, itp. Chętnie dodaję egzotyczne sosy: ostrygowy, rybny, albo słodki chilii.
Uwielbiam tę cieniuteńką jak bibułka, smażoną, chrupiącą ryżową otoczkę. Nieodmiennie zachwyca mnie grubość (a właściwie cienkość) tego ciasta. Nie bez kozery nazywana jest papierem…
Dzisiaj przygotowałam taką oto prostą, szybką w wykonaniu wersję mięsną.





Sajgonki
(ok. 16 szt.)

2 łyżki oleju arachidowego lub słonecznikowego
300 g drobiowego mięsa mielonego
2 ząbki czosnku
2 cm kawałek świeżego imbiru
2 łyżeczki sosu sojowego
½ łyżeczki utartego pieprzu syczuańskiego (można zastąpić czarnym)
1 marchewka
½ łyżeczki oleju sezamowego
100 g suchego makaronu ryżowego wstążki
5-6 grzybków mun
Ok. 100 g kapusty pekińskiej
garść świeżej kolendry

okrągły papier ryżowy (zużyłam 16 szt.)
olej do smażenia

Makaron ryżowy połamać na niewielkie kawałki, zalać wrzątkiem i zostawić na kilka minut by zmiękł. Odcedzić.
Grzyby mun również zalać wrzątkiem i zostawić do napęcznienia. Odcedzić i pokroić dość drobno.

Przygotować pozostałe składniki: czosnek i imbir obrać, drobno utrzeć. Marchewkę obrać, pokroić w słupki. Kapustę pekińską i listki kolendry poszatkować.

W woku lub głębokiej patelni rozgrzać 2 łyżki oleju. Wrzucić imbir, oraz czosnek – bardzo krótko przesmażyć. Dodać mielone mięso. Smażyć, mieszając, aż mięso się zetnie. Doprawić sosem sojowym i pieprzem syczuańskim. Wrzucić pokrojoną marchewkę i grzyby mun. Smażyć, aż mięso będzie miękkie (można podlać odrobiną bulionu lub wody). Na krótką chwilę przed wyłączeniem z ognia – dolać olej sezamowy. Przemieszać. Zdjąć z ognia. Wmieszać makaron ryżowy, kapustę pekińską i listki kolendry.

Papier ryżowy zwilżać z obu stron ciepłą wodą (ja używam pędzla z naturalnego włosia). Nakładać farsz, zwijać jak krokiety. Smażyć na oleju z wszystkich stron, do lekkiego zezłocenia.
Smacznego!


czwartek, 17 lipca 2008

Lody z karmelizowanymi bananami

W ciągu ostatniego roku, czyli odkąd nabyłam maszynkę do robienia lodów, przetestowałam wiele lodowych przepisów. Zdarzały się różne: lepsze, gorsze, niektóre naprawdę pyszne. Jednak do niewielu z tych przepisów (nawet dobrych) wracam regularnie. Jednego jestem już pewna, najsmaczniejsze lody to te, przygotowywane na creme anglaise. Ich struktura, ale przede wszystkim smak są najlepsze. Nie oznacza to oczywiście, że do uproszczonych lodów, tych bezjajecznych nigdy nie wrócę. Nie, skądże znowu. :) Lubię poszukiwać, kto wie, czy nie trafię jeszcze na jakąś ciekawą lodową perełkę.
Dzisiaj jednak chciałam podzielić się przepisem na lody, które dla mnie są poniekąd smakowym odkryciem. I śmiem twierdzić, że ze wszystkich lodów, jakie dotychczas robiłam – absolutnie najlepsze. Takie, do których chce się wracać. Dlaczego smakowym odkryciem? Przyczyna leży w bananie. :) To owoc, który toleruję tylko na surowo, w niezmienionej świeżej postaci. Nie przepadam za bananami przetworzonymi. Dlatego też nie często jadam bananowe ciasta, placki, racuchy, jogurty, itp.
Z tymi lodami jest inaczej. Dla mojego podniebienia to prawdziwy ewenement. :) Ich bazą jest podobnie, jak przy prezentowanych niedawno lodach cafe latte – krem angielski, a dodatkiem smakowym – karmelizowane banany.
Przepis poraz kolejny zaczerpnęłam od Michela Roux’a i za jego radą podałam lody na dodatkowej porcji podsmażonego na maśle, z dodatkiem cukru - banana. Oczywiście zetknięcie zimnego loda z gorącym owocem – powoduje dość szybkie rozpływanie tego pierwszego, ale smakowy mariaż tych dwojga spowodował, że to przede wszystkim ja - mmmm… rozpływałam się z zachwytu. :)




Lody bananowe z rodzynkami
Wg Michel Roux’a

30g masła
50g drobnego cukru
1 dojrzały banan, ok. 180 g, pokrojony w plasterki (ja dałam dwa banany)
Sok z 1 cytryny
1 porcja creme anglaise (przepis podawałam tutaj) z 25g cukru i bez wanilii
60g rodzynek sułtańskich

Przygotować creme anglaise.
Przygotować dużą miskę wypełnioną spora ilością kostek lodu.
Na patelni podgrzać masło, dodać cukier, a następnie plasterki bananów. Podgrzewać na średnim ogniu ok. 1-2 minuty, aż banan lekko się skarmelizuje. Dolać sok z cytryny, wymieszać.
Dodać wszystko do gorącego kremu angielskiego, mieszając szpatułką.
Przelać masę do miksera i miksowac ok. 1 minutę. Przelać przez sitko do miski. Miskę z masą ustawić w dużej misce z lodem. Od czasu do czasu mieszać szpatułką, żeby nie powstał kożuch.
W międzyczasie zblanszować rodzynki we wrzątku. Odsączyć.
Schłodzoną dobrze masę bananową wlać do maszynki do lodów i ukręcić aż lody będą zwarte, o kremowej konsystencji. Rodzynki wrzucić na minutę przed wyjęciem lodów z maszynki.
W razie potrzeby domrozić w zamrażalniku.

czwartek, 10 lipca 2008

Sernik cassis

Obiecałam swego czasu, że gdy nad polskim morzem pojawi się sezon na czarną porzeczkę – pierwszym wypiekiem z jej udziałem będzie Agusiowy sernik cassis.
Słowo się rzekło. :) Ciasto już od pierwszego kęsa podbiło nasze serca. Zresztą, czy mogło być inaczej? To nie przypadek, że gdy mam ochotę na coś nowego i na bank pysznego – przeglądam archiwum Mojej kuchni nad Atlantykiem. :)
Po tych wszystkich razach, gdy mówiłam, że właściwie nie lubię serników – nie pozostaje mi chyba nic innego jak odwołać własne słowa… Lubię serniki. Lubię dobre serniki. Lubię serniki nietypowe, przełamane wyraźnym smakiem dodatkowego składnika. :) A taki właśnie jest ten sernik z dodatkiem czarnej porzeczki. Lekko kwaskowy, wilgotny, kremowy, pyszny. :)
Zachęcam do wypróbowania przepisu, naprawdę warto!




Sernik cassis
Cytuję za Agnieszką z Mojej kuchni nad Atlantykiem

tortownica o średnicy 22-23cm

100g migdałów bez skórki uprażonych na suchej patelni

800g kremowego serka typu philadelphia
1 op. cukru waniliowego lub 2 łyżeczki ekstraktu waniliowego
280g drobnego cukru
2 łyżki mąki
skórka starta z 1 cytryny
4 jajka

125g czarnych porzeczek (mogą być mrożone)
1 łyżka likieru crème de cassis
1 łyżka cukru pudru

Polewa:
300g kwaśnej gęstej śmietany (może być creme fraiche)
2 łyżki cukru pudru
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego

Mielimy w malakserze migdały na drobne okruszki (nie na pył - mają przypominać raczej bułkę tartą) i wysypujemy nimi boki i dno natłuszczonej wcześniej tortownicy. Jeśli nie mamy pewności co do szczelności formy lepiej wyłożyć ją wcześniej folią aluminiową. Nagrzewamy piekarnik do 170ºC.

Do malaksera nakładamy ser, mąkę, cukier, wanilię i skórkę cytrynową i miksujemy przez 15 sek aż będzie gładkie. Dodajemy jajka i jeszcze miksujemy przez 10 sek (nie za długo, żeby masa się nie rozrzedziła). Przekładamy do miski.

W blenderze miksujemy: porzeczki, cukier puder i likier cassis. Robimy to dość długo, żeby otrzymać idealnie gładką masę (nie polecam malaksera, bo nie zmiksuje on tak dokładnie jak blender; jeśli ktoś ma cierpliwość i akurat taka zachciankę może porzeczki przetrzeć przez sito, ale nie jest to konieczne). Dodajemy 1 szkl masy serowej i króciuteńko miksujemy aż masa będzie miała jednolity kolor.

Ostrożnie wykładamy jasną masę serową na migdały w tortownicy. Wstawiamy do piekarnika na 25 min. Po tym czasie wyjmujemy z piekarnika i ostrożnie łyżka i małymi porcjami nakładamy masę porzeczkową. Ponownie wstawiamy do piekarnika na 30 min. Studzimy sernik przez 20 min.

W miseczce mieszamy ze sobą składniki polewy i wykładamy na przestudzony sernik, zostawiając wolny 1 cm szerokości pas wokół brzegu. Wstawiamy sernik ponownie do piekarnika na 10 min i pozostawiamy w nim do całkowitego ostudzenia. Po wyjęciu z piekarnika w stawiamy sernik do lodówki na całą noc. Można ozdobić wierzch całymi porzeczkami.





Moje uwagi:
Użyłam serka kremowego Delfiko. Swoim paskudnym zwyczajem – podwoiłam ilość czarnych porzeczek (to cudowny owoc, nie mogłam się oprzeć ich urokowi ;-)). Niestety nie posiadam likieru creme de cassis, więc pominęłam jego dodatek w cieście.
Ciasto piekłam w kąpieli wodnej. Co prawda w przepisie nie było o tym słowa, ale doświadczenie nauczyło mnie, że w MOIM piekarniku jest to najpewniejsza metoda pieczenia sernika.
Ciasto znacznie dłużej musiało przebywać w piekarniku (po nałożeniu masy porzeczkowej – ok. 1 godziny, zamiast przepisowych 30 minut). Przyczyna tak długiego pieczenia zapewne leży w rodzaju użytego sera, oraz zwiększonej ilości musu porzeczkowego.
Polewę z zapieczonej kwaśnej śmietany – zamieniłam na warstwę śmietany kremowej, ubitej wraz z żelatyną. Oczywiście warstwa nie pieczona, tylko nakładana po wystudzeniu sernika.

wtorek, 8 lipca 2008

Ravioli z bobem

Dziwne? W pierwszym odruchu właśnie takie mi się wydało, gdy wpadł mi w rękę przepis Jamie Oliver’a. Ale po chwili zastanowienia: właściwie dlaczego nie? Jeśli są pyszne ze szpinakiem, to dlaczego nie miałyby być równie dobre z bobem?
Zważywszy, że do kulinarnych eksperymentów nie trzeba mnie zbytnio namawiać i chętnie próbuję wszelakie, nawet najdziwniejsze połączenia – zakasałam rękawy i w godzinę miałam gotowe małe pierożki. Bazę farszu oprócz bobu, stanowiła ricotta. Mariaż rzeczywiście niecodzienny, ale jak się okazało zupełnie możliwy. Dodatek listków mięty - nadał świeżego, rześkiego aromatu. Bardzo delikatnie, ale jednak wyczuwalnie przebijał przez dominujący bób. Smak całości ciekawy. Za sprawą bobu – ravioli wyszły bardzo syte. Mnie wystarczyło dosłownie kilka sztuk, by najeść się do syta.

Ciasto na ravioli przyrządziłam z proporcji: 2 jajka + ok. 200g semoliny (przepis na ciasto makaronowe podawałam tutaj).





Ravioli z bobem, miętą i serem ricotta
Wg Jamie Oliver’a – lekko zmodyfikowałam proporcje


250g łuskanego bobu, plus trochę do przybrania (dałam ok. 300g łuskanego – przed obraniem 500g świeżego bobu)
mała garść posiekanej świeżej mięty
2 łyżki oliwy z oliwek, plus trochę do przybrania
170g serka ricotta (dałam całe opakowanie 250g)
garść tartego parmezanu, plus trochę do przybrania
sok z jednej cytryny (zamieniłam na limonkę)
sól i świeżo mielony pieprz
½ kilograma ciasta na ravioli (u mnie ciasto z 2 jajek + ok. 200 g semoliny)


Jeśli bób jest mały i miękki, możesz użyć surowego, jeśli jest większy i twardy blanszuj go w nie osolonej, gotującej się wodzie, (jeśli skórka nadal będzie twarda należy ją usunąć). Podziel bób na dwie części. Jedną zgnieć na jednolita masę lub drobno posiekaj, a drugą pozostaw w całości. Do miski wrzuć obie części bobu, miętę, ricottę i wlej oliwę z oliwek. Delikatnie wymieszaj wszystkie składniki, dodaj parmezan, sok z cytryny i dopraw do smaku solą i pieprzem. Na rozwałkowane ciasto kładź łyżeczką nadzienie i formuj ravioli. Gotuj w lekko osolonej wodzie przez 3-4 minuty, aż pierożki staną się miękkie. Danie udekoruj ziarnami bobu, posiekaną miętą i tartym parmezanem, podawaj skropione oliwą z oliwek.


sobota, 5 lipca 2008

Ziemniak z niespodzianką

Ziemniaczany Tydzień


W pobliżu mojego domu funkcjonuje niewielki bar, w którym już od kilku lat niezmiennie serwują to samo: faszerowane pieczone ziemniaki. Nie jestem tam stałym bywalcem (raczej przypadkowym), ale ponieważ lokal leży na trasie moich codziennych wędrówek, zerkam co się dzieje. A tam zwykle ruch! Przy stołach zgłodniali turyści, a w miskach parują gorące ziemniaki. A wewnątrz tych ziemniaków najróżniejsze farsze. Lista menu całkiem imponująca: ze dwadzieścia (jak nie więcej) możliwości dostępnych nadzień. Są i takie dla mięsolubnych (np. mięso mielone w pikantnym sosie pomidorowym) , są i dla wegetarian. Tych bezmięsnych zdecydowanie więcej i stanowią je głównie najróżniejsze sałatki: począwszy od sałatki z rodzimych nowalijek, poprzez sałatkę grecką, różne sałatki na bazie fasoli, czy tuńczyka, a skończywszy na owocach morza. Jest w czym wybierać.
Z okazji ziemniaczanego tygodnia, kulinarnej zabawy prowadzonej przez Olgę Smile – takie pieczone, faszerowane ziemniaki podałam dzisiaj swojej rodzinie.
Trudno powiedzieć, że to szybki w wykonaniu obiad. Prosty i owszem, ale niestety trochę czasochłonny, a to za sprawą samych ziemniaków (a potrzebujemy raczej duże okazy), które należy upiec na miękko. Co prawda postanowiłam sobie trochę dopomóc i najpierw podgotowałam ziemniaki w wodzie, ale i tak nie uchroniło to od prawie godzinnego pieczenia w piekarniku. Przygotowanie sałatki, to najszybsza część pracy do wykonania. Ja przyrządziłam bardzo proste nadzienie z bakłażana i sosu jogurtowo – majonezowego z kiszonym ogórkiem, kaparami i świeżymi ziołami.
Jeśli skusicie się na takiego ziemniaka – puśćcie wodze fantazji i nafaszerujcie go tym, na co aktualnie najbardziej macie ochotę. Możliwości są właściwie niewyczerpane. :)

Ach! Jest jeszcze jeden minus tego dania: jak każda sałatka nie jest zbyt fotogeniczne. ;-)





Ziemniaki faszerowane bakłażanową sałatką

2 bardzo duże ziemniaki
– porządnie wyszorować, w osolonej wodzie obgotować w mundurkach (można pominąć ten etap). Osuszyć papierowym ręcznikiem z wody. Przygotować dwa kawałki foli aluminiowej, ułożyć na środku każdego z nich jednego ziemniaka, polać odrobiną oliwy, posolić, ewentualnie doprawić (wg uznania) papryką w proszku. Szczelnie owinąć ziemniaki i piec w piekarniku nagrzanym do 220 st.C do czasu, gdy będą miękkie w środku (sprawdzać drewnianym patyczkiem grillowym).

Farsz:
1 bakłażan
½ cebuli pokrojonej w kosteczkę
1-2 łyżki oliwy
½ łyżeczka utartego kuminu

2 łyżki majonezu
2 łyżki jogurtu typu greckiego
1 ząbek czosnku
1/3 łyżeczki octu z sherry (albo winnego)
3 ogórki konserwowe – pokrojone w kostkę
1 łyżka drobnych kaparów
1 łyżka posiekanej świeżej mięty
1 łyżka posiekanego świeżego majeranku
Sól, pieprz do smaku

Bakłażana umyć, osuszyć, pokroić na 1cm grubości plastry. Posolić z obu stron i pozostawić na 15-30 min. by puścił sok. Po tym czasie osuszyć ponownie papierowym ręcznikiem. Pokroić w kostkę.

Na rozgrzanym na patelni tłuszczu zeszklić poszatkowaną cebulę. Dodać kumin, przesmażyć. Wrzucić kostki bakłażana i smażyć, aż zmięknie.

W miseczce wymieszać majonez z jogurtem. Wycisnąć ząbek czosnku, dodać ocet z sherry, pokrojone ogórki, kapary, świeże zioła. Doprawić do smaku solą i pieprzem. Wszystko razem wymieszać. Dołożyć bakłażana.

Wyjąć z pieca upieczone ziemniaki. Otworzyć folię, pozwolić przez chwilę odparować. Częściowo rozkroić ziemniaki, ale tak by dalej były połączone, wydrążyć część ziemniaczanego miąższu i wmieszać go do przygotowanego farszu. Napełnić ziemniaki farszem.
Smacznego!

piątek, 4 lipca 2008

Nie całkiem zwyczajne placki ziemniaczane

Ziemniaczane, bo oczywiście z ziemniaków. :) Nie całkiem zwyczajne, bo z kilkoma pysznymi, typowymi śródziemnomorskimi dodatkami, nadającymi plackom zupełnie nową jakość. Cukinia dodaje lekkości i łaciatych efektów wizualnych. Parmezan i feta –specyficznej słoności i przyjemnej, serowej kleistości. Świeża mięta cytrynowa przenika do placków swoim niepowtarzalnym, orzeźwiającym i aromatycznym wielce aromatem.
Te placki są hitem w moim domu. A zaczęło się dawno temu, zupełnie niewinnie przepisem Bajaderki





Placki ziemniaczane z cukinią

1 kg ziemników
2 średniej wielkości cukinie
2-3 ząbki czosnku
2 jajka
1/2 szkl. mąki
100 g greckiej fety
1/2 szkl. parmezanu świeżo startego
1/2 szkl. posiekanej świeżej mięty cytrynowej
pieprz do smaku
sól

olej do smażenia

Ziemniaki umyć, obrać i zetrzeć na tarce o grubych oczkach. Umytą i osuszoną cukinię (razem ze skórką) zetrzeć osobno. Ziemniaki i cukinię lekko osolić, i pozostawić na kilka minut, by warzywa puściły sok. Porządnie odcisnąć i razem wymieszać w dużej misie. Wbić jajka i wyciśnięte ząbki czosnku – wymieszać. Dodać mąkę, pokruszoną fetę, starty parmezan, oraz miętę. Doprawić pieprzem. Wszystko ponownie dokładnie wymieszać. W razie potrzeby dosolić do smaku.
Smażyć z obu stron na złoto na patelni z rozgrzanym tłuszczem.
Smacznego!

czwartek, 3 lipca 2008

Ciasto na lato

Gdy ciepło za oknem, ciężko się zabrać za ciasta, które wymagają pieczenia dłuższego niż kilka minut. Leniwe członki najchętniej za nic by się nie zabierały. Mnie się jednak udało zdążyć przed największym gorącem (które notabene nad morzem nie jest nadmiernie uciążliwe) i porwałam się na mały wypiek. Pracy z nim naprawdę niewiele, a sam pobyt ciasta w rozgrzanym piekarniku trwał może 15 minut.
Mowa o prostej roladzie. Robiłam już ją wiele razy, więc dokładnie wiedziałam czego się spodziewać: puszystego, miodowego ciasta (pomysł zaczerpnięty stąd, lekko przeze mnie zmodyfikowany), otulającego warstwę ubitej śmietany i owoców jagodowych. Lekko i pysznie. Akurat na letnie dni.
Zapraszam na kawałek ciasta. :)




Miodowa rolada z owocami

3 jajka
½ szkl. cukru
100 g masła w temp. pokojowej
¾ szkl. mąki
Szczypta soli
3 łyżki miodu
1 łyżeczka sody oczyszczonej

375 ml śmietanki 30%
1 łyżka cukru pudru
Ok. 2 szkl. drobnych owoców (jagody, maliny, poziomki) – dobrze osuszone
Cukier puder do oprószenia

Piekarnik rozgrzać do temp. 180 st.C.
Przygotować dużą blachę (używam takiej załączonej do piekarnika, o wewnętrznych wymiarach 32x32cm), wyłożyć papierem do pieczenia.

Jajka ubić z cukrem na puszystą masę. Dalej ubijając - dodać miękkie masło, a następnie przesianą mąkę i szczyptę soli.
Miód lekko podgrzać. Zdjąć z ognia i dodać sodę oczyszczoną, energicznie wymieszać (tak by nie było grudek). Miodową masę wlać do ciasta i wszystko razem połączyć.

Ciasto wylać na blachę, rozprowadzić szpatułką równą warstwą.
Piec dość krótko, do momentu gdy ciasto ładnie zbrązowieje, a wetknięty w ciasto patyczek będzie suchy (u mnie trwa to ok. 13 -15 minut, ale radzę mimo wszystko czuwać przy piekarniku).
Odstawić do ostygnięcia na ok. 30 min.

Ubić śmietanę kremową z cukrem pudrem.
Wyłożyć na ostygnięty spód, rozsmarować. Posypać owocami. Pomagając sobie papierem, na którym pieczone było ciasto – zwijać w roladę.
Trzymać w lodówce (najlepsze po kilku godzinach, gdy całość porządnie się schłodzi). Bezpośrednio przed podaniem oprószyć cukrem pudrem.

*Jeśli mamy odwagę (ja mam), ostygnięte ciasto odkleić od papieru do pieczenia i delikatnie przewrócić je „do góry nogami”, tak by wierzchnia strona znalazła się pod spodem. Po zwinięciu w roladę, pozwoli uzyskać ładniejszy wygląd ciasta.