środa, 14 października 2009

Gdy wichura za oknem...


Nie wiem jak Wy, ale ja dzisiaj najchętniej zwinęłabym się w kłębek, przykryła po same uszy kocem i w ogóle nie spoglądała w kierunku okna. Bo to co za oknem się dzieje – wprawia w totalne osłupienie. To niemożliwe, że mamy połowę października, a miesiąc temu jeszcze były letnie temperatury. Wichura jaka dzisiaj za oknem się toczy jest przerażająca. Deszcz głośno stuka w parapety, a wiatr hula z taką prędkością, że z niepokojem spoglądam, czy zaraz wraz z oknami nie wpadnie do mieszkania. Dzisiaj, gdy wracałam z synem ze szkoły do domu, mijaliśmy połamane, ogromne drzewa. Przeogromna fala zalewała świat kotłującymi się liśćmi. A mój dość drobny synek niemal nie musiał nogami ruszać – wiatr pchał go z taką siłą... Z ulgą wróciliśmy do domu... Gorąca herbata i ciepło domowych kątów - to zdecydowanie najprzyjemniejsze chwile...
Właściwie w taki dzień powinnam rozgrzać piekarnik i upiec coś pachnącego, coś co poprawi szary nastrój szarej jesieni. Nie rozgrzałam, nie upiekłam. Ciężko mi dzisiaj dać się ponieść kulinarnej fantazji. Może jutro...
A żeby tak zupełnie bez przepisu nie pozostał dzisiejszy wpis, pokażę niewielką przekąskę, którą robiłam kilka dni temu. Nic wielkiego, nic wykwintnego, w sumie nawet trochę to fast-foodowe, choć w wydaniu domowym nawet fast – food ma zupełnie inne oblicze. Częstujcie się. :) Smacznego. :)


Quesadillas z kurczakiem i czerwoną papryką

250g piersi z kurczaka
½ łyżeczka soli
1 łyżeczka mielonego kuminu

Pierś z kurczaka pokroić w niewielką kostkę. Posypać solą i kuminem – wymieszać dokładnie, by przyprawy oblepiły jak najwiekszą ilość kawałków. Pozostawić na przynajmniej 30 min.

1 niewielka czerwona cebula (ok. 80-100g)
1 ząbek czosnku
½ łyżeczki mielonego kuminu
szczypta (ok. ¼ łyżeczki) sproszkowanej papryczki chilli, lub papryki wędzonej (w wersji nieostrej)
2-3 łyżki oliwy
1 czerwona papryka (ok. 150g)
sól do smaku
4 duże pszenne tortille
200g grubo utartego sera cheddar (lub innego dobrze topliwego)
dodatkowo oliwa do smażenia

Cebulę drobno posiekać. Czosnek przecisnąć przez praskę lub utrzeć na drobnej tarce.
Paprykę czerwoną pozbawić gniazda nasiennego i pokroić w niezbyt dużą kostkę.
Na patelni rozgrzać oliwę, wrzucić cebulę i mieszając smażyć ok. 1 min. Dodać kumin, sproszkowaną papryczkę, przygotowane mięso i czosnek. Smażyć kilka minut, często mieszając. Dodać pokrojoną czerwoną paprykę. Smażyć jeszcze kilka minut, do momentu, aż mięso całkowicie się zetnie. W razie potrzeby dosolić do smaku. Zdjąć z ognia.
Położyć na większym talerzu jedną tortillę. Rozłożyć na na niej równomiernie połowę farszu, posypać połową utartego sera. Na wierzch ułożyć drugą tortillę. Rozgrzać dużą patelnię, bardzo delikatnie naoliwioną. Zsunąć z talerza na patelnię quesadillas i smażyć na małym ogniu, aż spód się troszkę zarumieni. Zsunąć z powrotem na talerz, przykryć drugim dużym talerzem, przewrócić energicznym ruchem „do góry nogami” i ponownie przełożyć na patelnię, by zezłocić drugą stronę.
Gotowe przełożyć na talerz, przekroić na ćwiartki. W identyczny sposób przygotować drugi quesadillas z pozostałych składników.
Podawać na ciepło lub zimno z dodatkiem guacamole.
Smacznego!

poniedziałek, 12 października 2009

Jubileuszowe wypieki, czyli Weekendowa Piekarnia #46



Dla mnie to dopiero 5 miesiący zmagań z chlebowym ciastem i rozgrzanym do 'czerwoności' kamieniem, a tymczasem Weekendowa Piekarnia pracuje pełną parą już cały rok pod czujnym okiem Matki Piekarenki Alicji. :) Alu, przy tej okazji – dzisiaj Tobie należą się ode mnie podziękowania za wszystkie zachęty i doping. :) Dziękuję Kochana! :**
A w tej jubileuszowej edycji, w której gospodarzy nam Tatter :), wybrałam dwie z trzech smacznych propozycji: mocno aromatyczne bagietki, oraz bajgle.
Bagietki były pewniakiem. :) Lubię pieczywo z aromatycznymi dodatkami, więc rozmaryn, cebulka i ser jak najbardziej mieściły się w ramach moich zainteresowań. :)
Bajgle zainteresowały mnie głównie dlatego, że... nigdy nie jadłam tego pieczywa. Wygrała więc ciekawość. :) Co prawda z tropu zbił mnie dodatek słodu, ale za podpowiedzią Gospodyni – wymieniłam go na muscovado. Niestety, nie mam porównania jak moje bajgle dalece odbiegają smakiem od oryginału. Tak czy siak, te domowe wyszły całkiem fajne i przyjemnie się je chrupie. :)
Oba rodzaje pieczywa smaczne, proste w wykonaniu i chyba niekłopotliwe, skoro takiemu laikowi jak mnie udało się je wykonać. :D

Tatter, Alu, dziękuję za wspólną kulinarną zabawę. :)



Bagietki z kozim serem, czerwona cebulka i rozmarynem
cytuję za Tatter z bloga Palce lizać!

Pate fermentee:
300g bialej pszennej maki chlebowej
195g wody
1 lyzeczka soli
nieco ponad 1/2 grama drozdzy swiezych* lub 1/8 lyzeczki drozdzy instant

Wlewam wode do miski. Drozdze wsypuje do wody, mieszam i dodaje make i sol. Gdy skladniki polacza sie, zakrywam miske folia i zostawiam na 12-16 godzin w temp. 21C.

Ciasto wlasciwe:
550g bialej pszennej maki chlebowej
150g maki pszennej razowej
415g wody
18g soli
15g swiezych drozdzy lub 1 1/2 lyzeczki drozdzy instant
cale pate fermentee

Dodatki:
150g sera koziego twardego, pokrojonego w kostke
90g posiekanej czerwonej cebulki, podsmazonej na masle, wystudzonej i odsaczonej
10g posiekanego z grubsza swiezego rozmarynu

Do duzej miski wkladam wszystkie skladniki za wyjatkiem zaczynu i dodatkow. Mieszam, a pozniej wykladam mase ciasta na stol i stopniowo dodajac po kawalku pate fermentee, zagniatam spojne, niezbyt luzne ciasto (ok. 8 - 10 min). Dodaje ser, cebulke i rozmaryn. Zagniatam, az skladniki zostana rownomiernie rozmieszczone w ciescie. Temp. Ciasta 23 st.C.

Zostawiam do wyrosnicia na 1 1/2 godziny, skladam po 45 minutach. Natepnie dziele na 4 czesci (mozna na 6 mniejszych), formuje lekkie kule, zakrywam i czekam 20 minut. Ksztaltuje bagietki i zlaczeniami w gore ukladam je pomiedzy faldami plotna.

Zostawiam do wyrosniacia szczelnie przykryte na 1 1/4 godziny. Pieke na kamieniu w piecu rozgrzanym do 240C przez 20 minut, obnizam temperature do 220C i pieke kolejne 10 - 15 minut.





Bagels
cytuję za Tatter z bloga Palce lizać!

15 swiezych drozdzy lub 1 1/2 lyzeczki instant
2 lyzeczki slodu diastatycznego w proszku
350g letniejwody
600g bialej pszennej maki chlebowej (mozna mieszac z Manitoba)
2 lyzeczki soli
4 lyzki oleju

2 lyzki syropu slodowego
1-2 bialka roztrzepane z 1 lyzka zimnej wody
mak, sezam do posypania

Drozdze rozprowadzam w wodzie. Do miski wsypuje make, slod i sol. Wlewam wode z drozdzami, mieszam, dodaje olej. Po dokladnym polaczeniu sie skladnikow, wykladam ciasto na stol i zagniatam je przez 8-10 minut, gluten ma byc mocno rozwiniety. Zostawiam na 1 godzine w temp 24C.

Wyjmuje ciasto na stol, dziele na 20 czesci (ok. 48g kazda) i z kazdej formuje ksztaltne okragle buleczki. Zostawiam je na 5-10 minut, po czym splaszczam je nieco i kciukiem robie dziurke w srodku kulki. Na palcu lub drewnianym trzonku obracam ciastem, az dziurka w srodku stopniowo sie powiekszy, a musi byc dosc spora (zmniejszy sie znacznie podczas rosniecia ciasta).

Zostawiam bagles do wyrosnecia na 10-15 minut. Rozgrzwam piec do 220C i na ogniu stawiam duzy garnek z woda i dodatkiem ekstraktu slodowego. Gdy woda zawrze, zmniejszam ogien odrobine i wkladam po kilka buleczek. Gotuje 1 minute i przekladam je na druga strone. Wyjmuje na czyste plotno po 30 sekundach. Gdy przestygna, ukladam je na naoliwionej blasze, smaruje bialkiem, posypuje makiem, sezamem, lub zostawiam "golaski". Pieke 30 minut.

środa, 7 października 2009

Brownies, koniak i złote perełki, czyli Weekendowa Cukiernia #13



Uffff! Ten wykrzyknik powinien wystarczyć za wszystko! Cokolwiek nie napiszę w dalszych słowach, to: „uffff!” i ewentualnie: „Anoushka! Masz u mnie przechlapane!” :D mieści w sobie cały ładunek, który mam do przekazania. :D
Bo wiecie... (wiem, wiem, od „bo” nie rozpoczyna się zdania, ale ja dzisiaj muszę, inaczej się uduszę)... Bo wiecie, od początku wiedziałam, że propozycja Anoushki w ramach 13 (! nomen omen!) wydania Weekendowej Cukierni – nie była przeznaczona dla normalnych ludzi. :D Chociaż nie, od początku nie, dopiero od drugiego początku. Bo ten pierwszy początek mnie zauroczył! Na gorąco, po lekturze zaproszenia do WC (nie mylić z szaletem, ani tym, w którym Anoushka się ostatnio rozbijała, ani żadnym innym) – ciasto wydało mi się cudowne. I dopiero ponowna lektura – rozłożyła mnie na łopatki. I to był ten drugi początek, już nie tak entuzjastyczny. ;-D
Nie skłamię, jeśli powiem Wam, że po kilkakroć zbliżałam się do przepisu – za każdym razem delikatnie jak do jeża i za każdym razem zmykałam czym prędzej. Nie ma mowy! Nie dam się wmanewrować w taką katorżniczą robotę! :D
I chyba ostatecznie na głowę upadłam, bo jak widzicie, po blisko miesiącu podchodów do jeża - uległam. Kolców nie ma, za to osypały mnie złote perełki. :)
O nie! Nie! Nie napiszę, że ciasto okazało się banalnie proste w wykonaniu. Może rzeczywiście nie AŻ TAK trudne, jak się spodziewałam, ale upierdliwe do granic możliwości. Chyba jeszcze nigdy w życiu, do jednego ciasta nie zużyłam tylu naczyń! Bałagan w kuchni przerósł moje najśmielsze wyobrażenie, a rąk brakowało co najmniej ze dwa razy.
Anoushko, mam nadzieję, że już więcej nie masz w zanadrzu takich wynalazków! :D

Jak widzicie na fotkach, dokonałam jednej zasadniczej korekty – zamiast tradycyjnego w kształcie ciasta – wykonałam indywidualne deserowe porcje. Nie była to zmiana od razu założona, a wynikła w trakcie pracy. Otóż wykonany wg przepisu (nic nie zmieniałam) krem koniakowy, miał niebezpiecznie mało stałą konsystencję. Wolałam nie ryzykować podania płynącego ciasta. Tak więc w moim wykonaniu, ze specjalną dedykacją dla Anoushki :D, oddaję pucharki (brzmi lepiej niż szklanki:D) pełne koniaku i złotych perełek. :)

Przepis cytuję dokładnie za Anoushką, bo poza formą podania, wszystko jest bez zmian.
Acha, nie! nie miałam tortenguss, więc wykonałam go domową metodą: żelatyna, odrobina wody, sok z cytryny i cukru do smaku. I już. :)
I jeszcze Acha! nr 2 – moim skromnym zdaniem (już po degustacji), śmietanki jest za dużo. Dla mnie wystarczyłaby połowa przepisowej porcji. Mam wrażenie, że skądinąd bardzo smaczny krem pâtissière – został smakowo przez śmietankę zbyt mocno zdominowany.
Poza tym, fajne, dobre i mega kaloryczne. :D

A do Poleczki się uśmiecham i pytam, czy spóźnialskich jeszcze przyjmuje? :)



Pierre Hermé, brownies, koniak i złote perełki:
przepis pochodzi z książki Pierre'a Hermé "Mes desserts préférés" Agnès Vienot Editions, 2003, str. 195
cytuję za Anoushką

Złote perełki, czyli rodzynki:
120 g żółtych rodzynek (koniecznie muszą być żółte, bo wtedy ładnie wyglądają:))
70 g wody
70 g koniaku (można zastąpić rumem)

Rodzynki umieścić w niewielkim garnuszku. Zalać je wodą i zagotować. Gotować przez 1-2 minuty do momentu, aż woda prawie całkowicie wyparuje.
Zdjąć garnuszek z ognia, zalać koniakiem i podpalić, starając się przy okazji nie poparzyć paluchów, tudzież nie puścić z dymem kuchni ;)
Potrząsać płonącym garnuszkiem do moment, aż płomień zgaśnie. Przełożyć do szklanej miseczki, dokładnie przykryć i ostudzić. Przechować w lodówce nawet do 5 dni. Rodzynki najlepiej przygotować dzień wcześniej.


Brownies:
70 g poszatkowanej gorzkiej czekolady
130 g miękkiego masła
2 jajka średniej wielkości, w temperaturze pokojowej, delikatnie ubite
125 g cukru
60 g przesianej mąki
100 g grubo poszatkowanych orzechów pecan

Nagrzać piekarnik do 180°C. Wysmarować tortownicę o ø 22 cm masłem i wyłożyć papierem do pieczenia.
Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej. Zdjąć z ognia i odczekać, aż jej temperatura spadnie do 45°C (gdy robiłam pierwszym razem, nie miałam termometru... i też wyszło ;)).
Masło delikatnie wymieszać przy pomocy silikonowej łopatki do momentu, aż uzyska kremową konsystencję (oczywiście użyłam miksera na najwolniejszych obrotach ;)) Dodawać, cały czas dokładnie mieszając, czekoladę, jajka, cukier mąkę oraz orzechy pecan.
Przełożyć ciasto do tortownicy. Piec około 10-13 minut. Ciasto powinno mieć suche brzegi i delikatnie kleić się po środku. Wyjąć z piekarnika i pozostawić do ostygnięcia.
Ciasto, dokładnie zawinięte, można przechowywać przez 2 dni w lodówce lub przez miesiąc w zamrażalniku.

Crème pâtissière:
125 g pełnotłustego mleka
1/2 laski wanilii
2 małe żółtka
25 g cukru
11 i 1/2 g przesianej Maïzeny (lub mąki ziemniaczanej)
12 i 1/2 g miękkiego masła

Laskę wanilii rozciąć i wyskrobać nasionka. Zalać wszystko mlekiem. Zagotować. Zdjąć z ognia, przykryć i odstawić na 30 minut.
Przygotować dwie miski o różnej średnicy tak żeby jedną można było włożyć do drugiej. Wypełnić większą lodem (użyłam jednej metalowej miski, którą uprzednio wstawiłam do zamrażarki na godzinę).
W garnuszku z grubym dnem, ubić razem żółtka, cukier oraz przesianą Maïzenę. Dodać ¼ mleka i nadal ubijać. Gdy wszystko dokładnie się połączy i będzie miało taką samą temperaturę, dodać resztę mleka. Wyjąć laską wanilii.
Podgrzewać delikatnie krem bez przerwy ubijając, aż do momentu, gdy się zagotuje. Gotować 1-2 minuty cały czas ubijając. Zdjąć krem z ognia i przełożyć do mniejszej miski i ustawić ją w misce z lodem. Schładzać cały czas energicznie mieszając, żeby nie porobiły się grudki. Gdy krem osiągnie temperaturę 60°C dodać po trochu masło mieszając, aż dokładnie się rozpuści i połączy z kremem. Ostudzić.
Szczelnie przykryty crème pâtissière można przechowywać do 2 dni w lodówce.


Krem z koniakiem :
340 g śmietanki (użyłam 35%)
4 g żelatyny
3 i 1/2 łyżki koniaku (lub rumu jeżeli rodzynki macerowały się w rumie)
190 g kremu pâtissière

Namoczyć listki żelatyny w zimnej wodzie. Odcisnąć i odstawić na bok.
Ubić delikatnie śmietankę (ubiłam mocniej niż delikatnie ;)). Odstawić na bok.
Rozpuścić żelatynę w garnuszku. Dodać koniak i dokładnie wymieszać. Dodać ¼ kremu pâtissière i wymieszać. Jeżeli temperatura kremu jest wyższa niż 21°C, wstawić miskę z kremem do zimnej wody.
Dodać pozostały krem pâtissière, delikatnie wymieszać. Na końcu dodać ubitą śmietankę i ponownie wymieszać.


Przezroczysta polewa:
Jeżeli macie już dosyć i na samą myć o kolejnej chwili spędzonej przy garach, robi się Wam słabo, to możecie użyć galaretki z jabłek lub pigwy. Galaretką, przed użyciem, należy delikatnie podgrzać. Jeżeli macie ochotę przygotować samemu polewę, oto przepis ;)

50 g cukru
1 opakowanie przezroczystej polewy żelującej do tart owocowych
150 g wody
skórka z połowy cytryny i pomarańczy
łyżeczka soku z cytryny
1/4 laski wanilii
3 listki mięty

Wymieszać polewę żałującą z cukrem. Odstawić na bok.
Wodę podgrzewać z rozkrojoną wanilią, skórką cytryny i pomarańczy. Gdy jest letnia, dodać, cały czas mieszając drewnianą łyżką, wymieszany cukier z polewą. Zagotować, zmniejszyć ogień i gotować około 3 minut. Dodać sok z cytryny i ponownie zagotować. Zdjąć garnek z ognia, dodać listki mięty, przykryć i odstawić na około 15 minut. Odcedzić polewę i pozostawić do całkowitego ostygnięcia w temperaturze pokojowej. Jeśli polewa za mocno się zetnie wystarczy ją delikatnie podgrzać.
Polewę można przechowywać w lodówce przez tydzień lub po prostu ją zamrozić.


Końcówka:)
Odsączyć rodzynki na sitku. Przed użyciem osuszyć je dodatkowo ręczniczkiem papierowym. Przełożyć ciasto ponownie do tortownicy, lub użyć obręczy ze stali nierdzewnej (ta ostania świetnie się sprawdza).
Wylać na ciasto połowę kremu. Na krem wyłożyć rodzynki (zostawić do dekoracji ¼ rodzynek) i przykryć ponownie kremem. Wygładzić starannie wierzch.
Wstawić ciasto na godziną do zamrażalnika. Tak przygotowane ciasto, dokładnie zawinięte w folię można przechowywać w zamrażalniki przez 2 tygodnie.

Udekorować ciasto pozostawionymi rodzynkami oraz świeżym winogronami. Polać zimną polewą i wstawić do lodówki na godzinę.

niedziela, 4 października 2009

Tarta z figami i gorgonzolą



Od dwóch dni walczę z paskudnym bólem gardła. :( Chodzę nadęta, zmęczona, nie w sosie i w dość kiepskim nastroju. Wszystko przez to paskudne gardło. To zadziwiające, jak ból potrafi w jednej chwili odebrać radość z wszystkich, nawet tych najbardziej ulubionych rzeczy. Funkcjonuję w miarę normalnie, robię wszystko to co zazwyczaj. Ostatecznie nie jestem obłożnie chora, ale wszystkie zmysły nastawione są na odbieranie nieprzyjemnych bodźców. Bombarduję organizm chemią, stosuję płukanki z najgorszego chyba w smaku specyfiku – i nic. Wielkie nic. Jak bolało, tak boli.
Wybaczcie, że Was tu raczę tak śmiertelnie nudnym tematem, ale słowo daję... na nic innego nie mam siły. Mam ochotę po prostu się pożalić. Może ktoś pożałuje i pogłaszcze mnie po główce? :D


A ja w zamian, za to pogłaskanie, nakarmię was wirtualnie smakołykiem, który przygotowałam w ostatni piątek, dosłownie na przysłowiowe pięć minut przed tym, jak ból zaatakował. I całe szczęście, bo czułabym niepowetowaną stratę, gdybym musiała oddać swoją porcję mężowi i obejść się smakiem. :-)
A wszystko zaczęło się od tego, że małżonek zrobił mi niespodziankę i kupił kilogram fioletowych, dojrzałych fig. Radość dla mnie tym większa, że nie tak prosto w moim mieście kupić figi! A jak już spotkam (od wielkiego dzwonu!) w co lepiej zaopatrzonym sklepie – to ceny są zwyczajnie koszmarne (no bo czy 5 pln /1 sztukę to nie koszmarna cena?). Tak więc figi trafiły do kuchni, a ja w pierwszej kolejności zrobiłam z nich kolejny (po śliwkowym, którym pochwaliłam się ostatnio) – chutney. Po raz kolejny z nieocenionego przepisu od Bey. :)

Kilka fig, które mi pozostały – wykorzystałam do fajnej tarty (rety, jaka była pyszna!), a właściwie, jak to u mnie ostatnio – do tart w wersji mini. :)
W pamięci miałam niedawny wpis Karolci o figowych tartach (bardzo, bardzo mi się podobały!) i właśnie to stało się głównym bodzćem do własnych kulinarnych działań. :)
Karolci, dziękuję za inspirację, a Was zapraszam do stołu. :)



Mini – tarty z gorgonzolą, figami, boczkiem i orzeszkami piniowymi

Kruche ciasto:
150g mąki (użyłam krupczatki, ale może być zwykła pszenna)
½ łyżeczki soli
1 łyżeczka cukru
75g zimnego masła – pokrojonego w małą kostkę
1-2 łyżki bardzo zimnej wody (zuzyłam 2 łyżki)

Mąkę przesiać wraz z solą i cukrem na stolnicę lub do misy robota, dodać masło pokrojone na małe kawałki. Rozcierać, aż utworzą się małe grudki. Dodać 1 łyżkę zimnej wody i zagnieść ciasto, aż będzie gładkie. Gdyby wciąż było zbyt suche – dodać drugą łyżęk wody.
Uformować kulę, spłaszczyć ją dość mocno, zawinąć w folię spożywczą. Wstawić do lodówki na min. ½ godziny.

Nadzienie:
3 dojrzałe, fioletowe figi
kilka plasterków wędzonego boczku bardzo cieniutko krojonego (ilość taka, by wypełnić pojedynczą warstwą dno foremek (lub jednej dużej)
ok. 80-100 g gorgonzoli (użyłam łagodnej)
2 jaja
6 czubatych łyżek śmietanki 36%
ok. ¼ łyżeczki soli i pieprz (szczypta)
ok. 2-3 łyżki orzeszków piniowych

Rozgrzać piekarnik do 180 st.C. Przygotować kilka małych foremek do tart (u mnie wyszło 6 o średnicy 11cm) lub jedną większą o średnicy 25 -26cm.
Kruche ciasto rozwałkować dość cienko, na grubość 1,5 -2 mm. Wykleić foremki. Delikatnie ponakłuwać ciasto widelcem. Włożyć do piekarnika i podpiekać ok. 10-12 min. Spody mają się ściąć i bardzo delikatnie zezłocić. (Można zastosować metodę podpiekania pod ciężarem np. z ziaren fasoli, choć nie jest to absolutnie konieczne).
Wyjąć foremki z piekarnika i pozostawić na kratce do lekkiego ostudzenia.
W tym czasie przygotować nadzienie.
Figi delikatnie umyć pod bieżącą wodą, dokładnie osuszyć papierowym ręcznikiem. Poprzekrawać w ósemki.
Plastry cieniutko krojonego boczku podsmażyć na suchej patelni (chodzi o to, by wytopić nadmiar tłuszczu, a sam boczek by stał się lekko chrupiący). Wyłożyć boczek na dno kruchych spodów. Następnie ponakładać małe kawałeczki gorgonzoli.
W miseczce rozkłócić 2 jajka. Wymieszać ze śmietanką, solą i pieprzem.
Jajeczną masę wylać równomiernie do wszystkich przygotowanych tart. Na wierzchu każdej z nich rozłożyć po 4 kawałki fig. Posypać orzeszkami piniowymi.
Wstawić do piekarnika i piec ok. 30min., aż masa się zetnie i ładnie zezłoci.
Podawać na ciepło. (Na zimno tez pyszne, próbowałam. :)).
Smacznego! :)

czwartek, 1 października 2009

Weekendowa Piekarnia #44 i powrót do #43

Ależ to był tydzień! Narzuciłam sobie takie tempo, że już bardziej chyba nie można. O nie powiem, było nieźle, bo robiłam to co lubię i co przyjemność dużą sprawia. :) Postawiłam sobie za punkt honoru zrobić więcej, niż zdrowy rozsądek nakazuje i... chyba warto było. :)
W związku z powyższym ucierpiał blog, który z ciężkim sercem odłożyłam na te dni na bok. Nawet za bardzo go nie otwierałam, by nie kusił. Dlatego wybaczcie, że na komentarze pod ostatnim wpisem nie odpowiedziałam. Mówią jednak, że co się odwlecze, to nie uciecze. ;-)



Mocno spóźniona chciałam dzisiaj nadrobić zaległości związane z Weekendową Piekarnią #44, tym bardziej, że obiecałam to naszej gospodyni Alicji. :) Do piekarniczej pracy przystąpiłam już w zeszły piątek, więc to co dzisiaj zaprezentuję, tak naprawdę jest już tylko wspomnieniem zamkniętym w zdjęciach. Z dwóch propozycji Ali, wybrałam rustykalny chleb z gruszkami. I co to był za chleb! C u d o w n y !!! Z delikatną skórką, mięciutki wewnątrz, lekko słodki i te duże kawałki gruszek, które raz po raz zdobiły jego wnętrze. To był chleb idealny do serów. Z ogromną przyjemnością zajadałam z kawałkami cieniutko pokrojonego dojrzałego sera koziego. A ponieważ w tym samym czasie przygotowałam mega – pyszny chutney śliwkowy z przepisu, którym niedawno podzieliła się Bea – więc mało powiedzieć, że to była trójca doskonała. :)


Pozwolę sobie jeszcze na słówko o chutney'u... polecam go z całego serca! :) Jest absolutnie przepyszny! Tak bardzo, że pierwszą przygotowaną porcję pozostawiłam do jedzenia na bieżąco, a kolejną (już gotową) – jutro będę wekowała.

W kwestii pieczywa to jeszcze nie koniec. :) Ano bowiem jak wiadomo kobieta zmienną jest (ach ta niestałość! paskudna cecha :D) i postanowiłam powrócić jeszcze do Weekendowej Piekarni #43, tej samej, której gospodarzyła nam Bea - i upiec chleb, który wcześniej najmniej mnie zainteresował ze wszystkich trzech propozycji. Mowa o chlebie z cukinią i orzechami laskowymi. I dobrze się stało, że tak mnie wzięło na te powroty, bo to bardzo udany wypiek był. :) Smakował nam wszystkim, a najbardziej przykleił się do niego mój szanowny małżonek, który jest wielkim fanem orzechów. :)

Alu i Beatko, dziękuję za super przepisy! :*



Rustykalny chleb z gruszkami
cytuję za Alicją z bloga Kuchnia Alicji

Proporcje na 6 chlebów o wadze 400g

900-950g mąki pszennej T55-tortowa czy chlebowa może być
100g mąki żytniej T130-można dać razową lub biała i razowa pół na pól
25g soli
30g świeżych drożdży
700g wody lub wody zmieszanej z mlekiem
80g miodu
80g masła
1 łyżeczka ziaren wanilii
400g gruszek pokrojonych w kostkę

Uwaga : ciasto jest dosyć lepkie! Można je wyrobić ręcznie lub robotem (również w maszynie do chleba)

W dużej misce wymieszać 900g mąki pszennej, mąkę żytnią i sól. Zrobić wgłębienie i umieścić w nim pokruszone drożdże oraz wodę i miód (można też wcześniej rozpuścić drożdże w małej ilości wody). Najpierw mieszać ciasto drewnianą łyżką zaczynając od środka, następnie wyrobić ciasto ręką, aż będzie spójne (jeśli ciasto bardzo mocno się klei do rąk, można pozostawić je na 5-10 min, by mąka wchłonęła jak najwięcej wody).
Następnie dodajemy masło w kawałkach i wyrabiamy (najpierw delikatnie, potem mocniej), by wytworzył się gluten. Jeśli wyrabiamy mikserem – najpierw 5-7 min na średniej szybkości, później 7-9 min na wyższej szybkości. Na koniec wyrabiania ciasto ma być jednolite, miękkie i elastyczne, nie klei się do ręki (czuć jego lepkość, jego kawałki jednak nie przyczepiają się do ręki).
Dodać kawałki gruszki oraz wanilię delikatnie wyrabiając ciasto i dodając jak najmniej mąki. Przykryć ściereczką i odstawić na ok. 2 godziny (ciasto ma podwoić objętość).
Przełożyć ciasto na lekko posypaną mąką stolnicę i odgazować składając je 2-3 razy. Podzielić na 6 równych części (ok. 400g każda), lekko ( musiałam podsypać sporo mąki)posypać mąką i lekko uformować w niezbyt ścisłą kulę. Pozostawić na 15 min. Następnie uformować końcowe, ścisłe kule, ułożyć je na papierze do pieczenia pozostawiając min. 5 cm odstępu między nimi. Przykryć ściereczką i odstawić na 1h30.
W tym czasie przygotować szablon *do ozdoby : powiększyć obrazek do potrzebnych nam rozmiarów, wydrukować i wyciąć (najlepiej na sztywnym papierze/kartonie).
Piekarnik nagrzać do 220°C wstawiając małe naczynie z wodą.
Chleby lekko spryskać wodą, przyłożyć szablon i posypać mąką (najlepiej żytnią uprzednio przesianą); zdjąć szablon i ewentualnie pozbyć się nadmiaru mąki.
Piec chleby 30 min, następnie wyłączyć piekarnik, uchylić drzwiczki i pozostawić chleby jeszcze na 5 min. Studzić na kratce.


Pszenno-orkiszowy chleb z cukinią, ziemniakami i orzechami
Cytuję za Beą z bloga Bea w Kuchni

(przepis oryginalny – ‘Le Menu’ nr 9/2009)
na 2 keksówki ok. 24 cm długości

zaczyn :
550 g mąki T45
250 g jasnej mąki orkiszowej
25 g drożdży
200 ml letniego mleka
ciasto :
200 ml wody
50 g stopionego masła
2,5 łyżeczki soli
200 g ziemniaków ugotowanych dzień cześniej (w mundurkach)
150 g cukinii
150 g orzechów laskowych

Zaczyn : drożdże rozdrobnić i dobrze rozpuścić w mlekiem. Obydwie mąki wymieszać, zrobić wgłębienie i wlać mleko z drożdżami. Zasypać odrobiną mąki i pozostawić na 25-30 minut, aż drożdże ruszą.
Ziemniaki zetrzeć na grubych oczkach; cukinię zetrzeć na mniejszych oczkach i lekko odcisnąć. Orzechy lekko uprażyć na suchej patelni i wystudzić, rozdrobnić.
Wymieszać wszystkie składniki ciasta i zaczynu i wyrobić na jednolitą masę (uwaga : ciasto jest bardzo lepkie). Przykryć ciasto i odstawić do wyrośnięcia (aż podwoi objętość).
Następnie podzielić ciasto na dwie części i przełożyć je do wysmarowanych oliwą i wysypanych otrębami keksówek, odstawić ponownie na 25-30 minut.
Piec chleby 10 minut w 220ºC, następnie obniżyć temperaturę do 180ºC i piec je jeszcze 35-40 minut. Wyciągnąć chleby z formy i studzić na kratce.

sobota, 26 września 2009

Mini - tarty na Dzień Jabłka



Dwa lata temu w Dniu Jabłka - wpisem „jabłkowym” - rozpoczął swój żywot ten blog.
Dzisiaj z wielką radością, już po raz trzeci, przyłączam się do wspólnej zabawy, pod opieką gospodyni Tatter. :)
Muszę Wam powiedzieć, że jabłka najchętniej zjadam po prostu na surowo. Każdego dnia. Z niewielką przerwą na przełomie wiosny i lata, kiedy to stare jabłka już nie są tak smaczne, a nowych jeszcze nie ma.
Miłość do tego owoca szczęśliwie udało mi się zaszczepić mojej córeczce, która nawet kilka razy dziennie potrafi przynieść w swojej małej rączce jabłuszko: „mamo, umyj”. :) Ale jest też porażka... Syn nieczęsto sięga po nie rękę. :( Włożone do szkolnego pudełka śniadaniowego – niejednokrotnie wraca z powrotem do domu. :( Znacznie lepiej ma się sprawa z jabłkowymi wypiekami. Szarlotki i wszelakie jabłeczniki – choć już bez witaminowej bomby – zjadane są chętnie.
Zresztą, dobrego jabłecznika – sama nie potrafię sobie odmówić. :) To ciasto – magnes. :D Pamiętam doskonale moje obie ciąże, podczas których codzienny kawałek szarlotki był tak samo nieodzowny, jak pogłaskanie brzucha. :D
Z okazji dzisiejszego Dnia Jabłka chciałam zaproponować mini – tarty z owocami zapieczonymi pod pyszną śmietanową pierzynką (z aromatyczną nutką waniliową). Pomysł na ten deser – zrodził się kilka dni temu, gdy zajadałam się przepyszną tartą z gruszkami, z przepisu Ani Truskawkowej. Ponieważ ciasto od pierwszego kawałka podbiło moje serducho – pomyślałam sobie, że warto wykorzystać przepis i spróbować zrobić podobną tartę z jabłkami zamiast gruszek. Przy okazji wprowadziłam małe zmiany: kruche ciasto wykonałam ze swojego ulubionego przepisu (wg Pierre Herme'a), do powiększonej ilości masy śmietanowej dodałam ziarenka wanilii, zrezygnowałam z dodatku czekolady, a dużą foremkę do tarty – zamieniłam na kilka mniejszych.
Jabłkowe tarty wyszły równie pyszne. :) Wam polecam obie wersje. :) A Truskawkowej Ani dziękuję za inspiracje. :)



Mini – tarty z jabłkami pod śmietanową pierzynką

Kruche ciasto:
250 g przesianej mąki
125g masła
125 g cukru pudru
1 jajko

Mąkę przesiać na stolnicę lub do misy robota, dodać masło pokrojone na małe kawałki. Rozcierać, aż utworzą się małe grudki. Dodać przesiany cukier puder – wymieszać, a następnie wbić całe jajko. Zagniatać, niezbyt długo, aż będzie gładkie.
Uformować kulę, spłaszczyć ją dość mocno, zawinąć w folię spożywczą. Wstawić do lodówki na min. ½ godziny.

Piekarnik rozgrzać do 200 st. C. Przygotować foremki do mini tart – wysmarować masłem lub olejem roślinnym, oprószyć lekko mąką.

Schłodzone ciasto rozwałkować na grubość ok. 2-3 mm. Wykrawać okręgi wielkości odpowiadającej średnicy foremek + wysokość rantu. Wyłożyć foremki ciastem (mnie wyszło 8 foremek o średnicy 11cm). Podpiec ok. 10-15 min. Lekko złociste wyjąć z piekarnika i trochę ostudzić.

Dodatkowo:
4 jabłka
3 jajka
ok. 250 ml śmietany kremówki (użyłam 36%)
3 łyżki cukru*
1 laska wanilii*

2-3 łyżki brązowego cukru trzcinowego


* można zamiennie użyć kupny cukier z dodatkiem prawdziwej wanilii

Rozkłócić jajka. Dodać cukier śmietanę i ziarenka z laski wanilii. Dobrze wymieszać.
Jabłka obrać, pozbawić gniazd nasiennych, podzielić na plasterki gr. ok. 3mm. Układać plasterki (na zakładkę) na ostudzonych spodach.
Masę śmietanową rozlać do wszystkich foremek. Brązowym cukrem oprószyć lekko wystające spod masy części jabłek.
Zapiekać kolejne ok. 30 min. (masa śmietanowa powinna się ściąć).
Smacznego!

środa, 23 września 2009

Z widokiem w dół... na ziemniaki po bombajsku. :D


816 schodów... 408 w stronę jedną i tyleż samo w stronę powrotną... 816 schodów o łącznej wysokości blisko 80m... Niby nie tak znowu dużo, ale tam na samej górze – widok imponujący.
Znający Gdańsk, zapewne już wiedzą, gdzie byłam i co robiłam. :)
Otóż właśnie tyle stopni prowadzi na sam szczyt wieży mariackiej. Moja siedmioletnia latorośl liczyła niestrudzenie. Ja stałam na straży ewentualnej pomyłki. :D Wieżę sforsowaliśmy w kilka minut (choć w górę było ciut trudniej niż w dół, zwłaszcza dla mnie :D), a potem... kamery, wywiady... :D :D Hihihihi, ok, ok... trochę się zagalopowałam. :D na górze czekała nagroda w postaci wspaniałej gdańskiej panoramy, która z tej wysokości rozpościerała się naprawdę szeroko, z widokiem na Zatokę włącznie.
Oczywiście, ta atrakcja przeznaczona była głównie dla synka, bo ja na wieży byłam już mnóstwo razy.
Tak było kilka dni temu i zaręczam, że od tamtej pory – widok z góry nic, a nic się nie zmienił. :D


Za ziemniakami jakoś szczególnie nie przepadam. Poza jednym wyjątkiem (no może dwoma ;-))... u w i e l b i a m ziemniaki pieczone (w piekarniku, na grillu czy w ognisku), ale także trudno mi odmówić sobie ziemniaczków smażonych na patelni. Mama i babcia robiły chrrrupiące talarki, pyszne, że palce lizać! Mogłam ich zmieścić naprawdę dużą porcję, choć o kaloryczności wolę nie wspominać. ;-)
A ja tym razem, po powrocie z wyżej wspomnianej wieży – podałam taką właśnie odmianę podsmażanych na chrupko i niezwykle aromatycznych ziemniaczków. Swój smak zawdzięczają orientalnym przyprawom. Uwielbiam ich wspaniały zapach, zwłaszcza ten „świeży”, który wydobywa się podczas ucierania w moździeżu.
Miętowa raita – dopełniła smaku tego prostego obiadu. :)




Ziemniaki po bombajsku
inspirowane przepisem Jamie'go Oliver'a
na 3 porcje

ok. 1 kg ziemniaków
ok. 2cm kawałek świeżego imbiru
1 łyżeczka ziaren kolendry
1 łyżeczka nasion kuminu (kmin rzymski)
1 łyżeczka garam masala
spora szczypta chilli w proszku
sól do smaku

olej do smażenia

Ziemniaki obrać, umyć, pokroić w grubą kostkę (na pół, jeszcze raz na pół i ponownie na pół). Włożyć do osolonej wody i zagotować. Gdy woda zawrze - od razu odcedzić ziemniaki (nie gotować dłużej, bo będą się na patelni rozpadać!). Odstawić do odparowania.
Nasiona kuminu i kolendry utrzeć w moździerzu. Imbir obrać i drobno utrzeć.
Na głębokiej patelni rozgrzać olej (miej więcej tyle by cienką warstwą zakryć dno patelni. Wrzucić utarty imbir i smażyć kilkanaście sekund. Włożyć ziemniaki, wsypać utarty kumin i kolendrę, oraz garam masala i chilli w proszku. Dobrze przemieszać, by ziemniaki oblepiły się przyprawami. Smażyć pod przykryciem, mieszając od czasu do czasu. Smażyć aż ziemniaki będą miękkie w środku, a na zewnątrz uzyskają złocistą, chrupiącą skórkę. Pod koniec smażenia doprawić do smaku solą.
Podawać ciepłe posypane natką kolendry lub z dodatkiem miętowej raity (przepis poniżej).


Raita miętowa

1 op. jogurtu bałkańskiego (powinien być bardzo gęsty)
1 ząbek czosnku – przeciśnięty przez praskę
sól, pieprz do smaku
ok. 1/3 łyżeczki curry (lubię ostre, ale łagodne też pasuje)
łyżeczka soku z cytryny (ew. octu winnego)
1 średni świeży ogórek - obrany i pokrojony w niezbyt drobną kostę
bardzo duża garść świeżych listków mięty (raczej nie pieprzowej) – drobno porwane lub pokrojone

Wszystkie składniki włożyć do miseczki, wymieszać. Odstawić do lodówki na min. 1 godzinę, aby smaki się „przegryzły”.

niedziela, 20 września 2009

Weekendowa Piekarnia #43



To było bardzo przyjemne wydanie Weekendowej Piekarni. :) Z trzech propozycji gospodyni Bey – wybrałam dwa wypieki: jeden na słodko i jeden tradycyjny, „kanapkowy”. :)
Brioszka z Neuchâtel była pierwsza. Dwie keksówki wypełnione gorącym, maślanym ciastem – pięknie napełniły dom wspaniałym aromatem. Jedna zniknęła jeszcze tego samego dnia, zanim na dobre zdołała ostygnąć. Głównie za sprawą szanownego małżonka (ale ja dzielnie dotrzymywałam towarzystwa :D), który autentycznie nie mógł się oderwać od drożdżowej bułeczki. Wiem w czym tkwił sekret... R. nie przepada za słodkimi wypiekami. A ta brioszka była taka słodka – nie słodka... :) Do tego puszysta, leciutka i bardzo pachnąca. :) Ja zajadałam z figowymi powidłami i baaardzo mi to zestawienie smakowało. :)

A dzisiaj upiekłam bułeczki z bulgurem i płatkami owsianymi. Bułeczki przeszły nieco inną drogę, niż przewidywał przepis. Bo po pierwsze, bulgur, którego nie posiadałam – zastąpiłam z powodzeniem kuskusem. Po drugie, wykorzystałam podpowiedź Bey i kuskus najpierw ugotowałam (tzn. zalałam wrzątkiem, a on sam się ugotował :D). Po trzecie, moje ciasto przeleżakowało całą noc w lodówce (wszystko przez nieplanowane, spontaniczne wyjście z domu na dłużej). A po czwarte formę chlebową – zamieniłam na 20 zgrabnych, małych kuleczek. :)
Z piekarnika wyjęłam śliczne, złociste bułeczki, o przepięknym miąższu. Na razie zjadłam tylko testowo jedną, ale i tak mogę powiedzieć, że smakowała cudnie! Środek bułeczki był taki jak lubię, ani zbyt suchy, ani zbyt mokry.
Nie będę nawet próbowała porównywać obu wypieków i typować lepszego. Oba w swojej kategorii były super! :)

Beatko, dziękuję za wspaniałe przepisy! Wszystko pyszne! :)



La Taillaule, brioszka z Neuchâtel
Cytuję za Beą z bloga Bea w Kuchni

500 g mąki T45 (tortowej)
2,5 łyżeczki drożdży w proszku (lub 20 g świeżych)
1,5 łyżeczki soli
200-250 ml letniego mleka (u mnie minus 2 łyżki)
2 jajka
60 g cukru
10 g miodu
75 g miękkiego masła
100-125 g rodzynek
otarta skórka z 1/2 cytryny
+ jajko do posmarowania

Mąkę wymieszać z solą i drożdżami. Zrobić wgłębienie i umieścić w nim jajka, cukier, miód i mleko. Powoli wymieszać składniki, wyrobić gładkie ciasto (ok. 10 minut); możemy ewentualnie dodać odrobinę mąki, jeśli ciasto jest zbyt klejące, jednak nie więcej niż łyżkę za każdym razem. Następnie partiami dodawać masło i skórkę cytrynową i dalej wyrabiać. Na koniec dodać rodzynki i raz jeszcze wyrobić ciasto (ma być dosyć ‘miękkie’ i elastyczne).
Przełożyć je do miski, przykryć i odstawić do wyrośnięcia na ok. godzinę.
Następnie złożyć ciasto kilka razy (można podzielić je na dwie mniejsze części) i spłaszczyć, formując mniej więcej kwadrat. Boki kwadratu złożyć do środka tak, by się stykały, a następnie zrolować ciasto. Umieścić je w natłuszczonej keksówce lub foremce chlebowej, przykryć i zostawić do wyrośnięcia na ok. 45 minut (do 3/4 wysokości formy). Po wyrośnięciu posmarować wierzch ciasta rozkłóconym jajkiem, a następnie ponacinać (dosyć głęboko) ostrymi nożyczkami naprzemiennie – raz z lewej, raz z prawej strony.
Mniejsze brioszki pieczemy ok. 20-25 min w 200°C (jedną większą pieczemy ok. 45-55 minut); w połowie pieczenia możemy nieco obniżyć temperaturę, a jeśli brioszka zbyt szybko brązowieje – nakryć ją folią aluminiową.
Tradycyjnie, po wyjęciu z piekarnika, smaruje się brioszkę gładką konfiturą morelową i wodą; można też posypać ją zrumienionymi płatkami migdałowymi.


Chleb z bulgurem i płatkami owsianymi
Cytuję za Beą z bloga Bea w Kuchni

Przepis oryginalny pochodzi z książki “The Bread Bible” Beth Hensperger

proporcje na 3 mniejsze chlebki lub na 20-24 bułki
(szklanka – 240 ml)

zaczyn :
7 g suchych drożdży
2 łyżki jasnego cukru trzcinowego
2/3 szklanki kaszy bulgur
2 1/4 (540 ml/g) szklanki letniej wody
2 szklanki (255 g) białej mąki chlebowej

ciasto :
1 1/4 szklanki (131g) płatków owsianych
1/4 szklanki (37,5 g) drobnych otrębów pszennych (lub innych)
1/4 szklanki (60 g) jasnego cukru trzcinowego (pominelam)
3 łyżki oleju słonecznikowego (lub innego o delikatnym smaku)
1 łyżka drobnej soli morskiej
3 – 3 1/2 szklanki (382.5 g – 446 g) białej mąki chlebowej

Do dużej miski wlać wodę; dodać drożdże, 2 łyżki cukru oraz bulgur. Odstawić na 5 minut.
Dodać 2 szklanki mąki i energicznie mieszać / wyrabiać przez 2 minuty, aż masa będzie jednolita. Przykryć i odstawić na godzinę, aż zaczyn ‘ruszy’.
Do zaczynu dodać płatki owsiane, otręby, cukier, olej i sól. Energicznie wymieszać / wyrobić przez minutę. Dodawać partiami mąkę (po ½ szklanki) i wyrabiać aż ciasto będzie odstawać od ścianek miski. Przełożyć ciasto na umączony blat i wyrabiać przez 4 minuty, aż ciasto będzie jednolite i elastyczne (możemy ewentualnie dodać odrobinę mąki, jeśli ciasto jest zbyt klejące, jednak nie więcej niż łyżkę za każdym razem). Przełożyć ciasto do natłuszczonej miski i lekko ‘obtoczyć’ je o natłuszczone ścianki miski, następnie przykryć folią spożywczą i pozostawić do wyrośnięcia na ok. 1,5 – 2 godziny aż podwoi objętość.
Odgazować ciasto i przełożyć na umączony blat.
Jeśli chcemy upiec chleby - natłuścić 3 keksówki o wymiarach 20×10cm; jeśli chcemy upiec bułeczki – wyłożyć blachę papierem do pieczenia.
Cisato podzielić na trzy części (chleby) lub na 20-24 porcje (bułki). Przykryć ściereczką i odstawić do wyrośnięcia na 45 minut (do podwojenia objętości).
Piekarnik nagrzać do 190°C, naciąć chleby i piec je 35-40 minut (bułki pieczemy ok. 20-25 minut).
Po wyciągnięciu z piekarnika pozostawić chleby w foremkach przez ok. 5 minut, następnie wystudzić je na kratce.

piątek, 18 września 2009

Podpatrzone u Ani...


Truskawkowa Ania podpatrzyła u Jamie'go Oliver'a. A ja podpatrzyłam u Ani. :) Jeden rzut oka i zrobiłam się głodna. :) Niestety, to nie był TEN moment. :D
Macie tak? Że niektóre momenty są bardziej, a inne mniej sprzyjające? :) Ja mam, dlatego z niektórymi przepisami, które mnie zainteresowały – ląduję niemal natychmiast w kuchni, a inne nabierają 'mocy urzędowej”. :D „Moc urzędowa” (ściśle związana z kulinarną listą bez końca) nie jest określona. Po prostu trwa. Aż się skończy. :D
Kilka dni temu buszowałam troszkę po blogu Ani i znów natknęłam się na „kurczaka Jamiego”. Zaiskrzyło jeszcze mocniej. W sumie nawet bardzo mocno, bo od razu przepis poszedł łączami do drukarki. A zaraz potem już kręciłam się w kuchni.
Ziemniaki piekłam z pomidorkami dziesiątki razy, ale z mięsem nigdy ich nie łączyłam. Więc można powiedzieć, że w takim wydaniu to był debiut. Udany. Smaczny. :)

Truskawkowa Aniu... mam nadzieję, że Twoje paragrafy już Cię nie prześladują... Ale na wszelki wypadek dalej trzymam kciuki za Ciebie. :*



Udka kurczaka pieczone młodymi ziemniakami i pomidorami
wg Jamie Oliver'a
cytuję za Anią z bloga Strawberries from Poland (z moimi uwagami)

Składniki (na 4 porcje):

700 g młodych ziemniaków, oskrobanych
4 udka z kurczaka
oliwa
400 g pomidorków cherry, sparzonych i obranych ze skórki (ale to nie jest konieczny zabieg) *
garść lisków świeżego oregano, szałwii i estragonu (posiekanych)
czerwony ocet winny
sól i pieprz

W garnku gotuję całe ziemniaki w osolonej wodzie. **

Nagrzewam piekarnik do 200 st. C.
Mięso nacieram oliwą, solą i pieprzem, umieszczam na gorącej patelni (skórką do dołu). Smażę je po 10 minut z każdej strony, po czym przekładam do blaszanej formy. Między kawałkami kurczaka rozkładam ugotowane ziemniaki. Trzonkiem od noża delikatnie je rozgniatam (nie mogą być rozwalone, mają tylko popękać).
Między ziemniaczki wkładam obrane ze skórki pomidory.

W miseczce mieszam posiekane zioła, szczyptę soli, 4 łyżki oliwy i 1 łyżkę octu winnego. Mieszam to dokładnie, po czym rozkładam mieszankę po warzywach i kurczaku. Warzywa można jeszcze trochę posolić i popieprzyć.

Piekę całość przez ok. 40 minut.

* użyłam pomidorów Lima, pokrojonych na ćwiartki (ze skórkami)
** ja nie gotowałam do miękkości, ale zdjęłam garnek z gazu i odcedziłam ziemniaki z wody, zaraz po tym jak woda mocno zawrzała

środa, 16 września 2009

Gruszki zapiekane w Crème brûlée


Między jedną dziesiątką, a drugą złapał mnie wilczy głód na coś dobrego...

To znamienne, że gdy zaczynamy brać się za coś ważnego, pilnego, lub po prostu koniecznego do wykonania – to natychmiast pojawia się co najmniej setka pokus, by zająć się czymś innym (zwykle przyjemniejszym i mniej pilnym :D), albo nagle okazuje się, że niedokończony sweterek, który wraz z drutami odłożyliśmy do szafy pół roku temu naraz jest nam niezbędny i czym prędzej musimy go dokończyć. :D U mnie takie zachowania są nagminne. :D Już na studiach, podczas każdej sesji, przygotowania do egzaminów dzielone były pomiędzy tym co konieczne, a tym co wcześniej leżało i nie mogło się doprosić o ukończenie. ;-)


Przez ostatnie dwa dni w mojej kuchni przewijał się prawdziwy tajfun. Czerrrwony. 5 dziesiątek kilogramów dojrzałych, pachnących i słodkich pomidorów lądowało w garnkach, by potem zamienić się w domowy przecier pomidorowy. :) Taki najzwyklejszy, który zimą posłuży do zup, zapiekanek, sosów, etc.
I chociaż mój wierny pomocnik ze specjalną przystawką powoduje, że proces przecierania jest prosty i szybki (nie to, co ręczna udręka, przez którą przechodziłam jeszcze 3 lata temu) – to jednak między jedną, a drugą dziesiątką kilogramów już zaczęłam kombinować co by tu zrobić, by oderwać się od bądź co bądź dość nudnego zajęcia. :D
Krojąc pomidory wydumałam, że mam ochotę na gruszki. Oczywiście nie mogły to być jabłka, czy śliwki, które akurat miałam, ale koniecznie gruszki, których w domu nie było! Ach, jak fajnie było się oderwać od tych pomidorów i pobiec na targ! :D W drodze kombinowałam co z tych gruszek przygotuję. Różne rzeczy snuły się po głowie, w tym niedawna tarta gruszkowa Ani. Do tarty zapewne jeszcze powrócę, bo kusi mocno, ale ostatecznie stanęło na gruszkach zapieczonych w crème brûlée.
Ajjj... co ja Wam będę pisać... Każdy kto już crème brûlée próbował – wie jaki to cud – miód... :) A kto jeszcze nie miał okazji – niech nie zwleka. Pyszność nad pysznościami!
I jeszcze tylko dodam, że gruszki baaaardzo, ale to baaardzo dobrze się czują w takim aksamitnym deserze. :)

A 50 kg czerwonych pomidorów już zostało zamknięte w słoiczkach i czeka na zimę, i wiosnę :)



Gruszki zapiekane w Crème brûlée
na 8 porcji (przy naczynkach o średnicy ok. 11cm)

500 ml śmietanki kremówki (dałam 36%)
1 duża laska wanilii
6 żółtek
5 łyżek drobnego cukru

4 niezbyt duże gruszki – w miarę dojrzałe (ale nie takie bardzo miękkie)

ok. 7 -10 łyżeczek brązowego cukru trzcinowego lub muscovado

Piekarnik nagrzać do temperatury 100 st.C. Przygotować wodną kąpiel.

Śmietankę wlać do rondelka. Laskę wanilii przekroić wzdłuż na pół i ostrzem noża zdjąć ziarenka – ziarenka i obie połówki laski wrzucić do śmietanki. Rondelek postawić na ogień i mieszając od czasu do czasu – zagotować. Zdjąć z ognia, wyłowić laski wanilii (już nie będą potrzebne, służyły tylko do dodatkowego aromatyzowania). Odstawić śmietankę na kilka minut do lekkiego ostudzenia.
W misce wymieszać żółtka z 5 łyżkami drobnego cukru – nie ubijać! tylko delikatnie połączyć, tak by masa nie została napowietrzona.
Do masy jajecznej, cały czas ostrożnie mieszając - dodawać stopniowo ciepłej śmietanki – najpierw po jednej łyżce, a potem aż do wyczerpania płynu.
Gruszki obrać, przekroić wzdłuż na pół, pozbawić ogonka i gniazd nasiennych. Na wybrzuszeniu każdej połówki gruszki zrobić kilka nacięć nożem.
Nalewać gotową masę (przez sitko) do połowy wysokości do niskich, szerokich naczynek żaroodpornych. Na środku każdego z nich ułożyć po jednej połówce gruszki (wybrzuszeniem do góry). Uzupełnić naczynka masą śmietanowo- jajeczną.
Piec w piekarniku w kąpieli wodnej ok. 45 – 50 min. aż masa się zetnie (dotknięta palcem powinna być sprężysta, nieco „budyniowa”). Wyjąc z piekarnika i ostudzić.
Chłodzić w lodówce min. 4-5 godzin.
Bezpośrednio przed podaniem – każdą porcję posypać cieniutką warstwą 1-2 łyżeczkami (w zależności od wielkości foremek) brązowym cukrem i skarmelizować przy pomocy palnika.
Smacznego!

sobota, 12 września 2009

Weekendowa Cukiernia #12 - cz.2



A oto i czas na moją prezentację drugiego słodkiego wypieku w trwającej 12 edycji Weekendowej Cukierni. Ola zaproponowała zabawę w rolowanie. :) Rolować lubię, więc z przyjemnością zabrałam się do pracy (której notabene za wiele nie ma).
Rolady zazwyczaj są dość widowiskowe i atrakcyjnie prezentują się na stole, więc to idealne ciasta na przyjmowanie gości. Ta, czekoladowa z pysznym wnętrzem z aksamitnego mascarpone – dodatkowo jest baaardzo smaczna. :) W moim wydaniu, jak już wcześniej wspominałam – zamiast malin okraszających krem - pojawiły się piegi z borówek amerykańskich. :) Owocowe piegi... brzmi przyjemnie, prawda? :)
Z uwag dotyczących samego wykonania: w moim przypadku przepisowe 12 minut pobytu ciasta w piekarniku – okazało się ciut za długie. Sądzę, że 10 min. byłoby wystarczające. Te dwie dodatkowe minutki poskutkowały tym, że ciasto odrobinę wyszło za suche i niestety pękało podczas rolowania. Nie widać tego na zdjęciach, bo polewa z czekolady świetnie wszystko zamaskowała. :)
A ciasto pycha! Polecam! :)


Rolada czekoladowa z nadzieniem z serka mascarpone i malinami
cytuję za Olą z bloga Sweet Spoon

Składniki:
4 jajka
100 g drobnego cukru
100 g mąki
3/4 łyżeczki proszku do pieczenia
4 łyżki kakao
50 g gorzkiej czekolady, startej
cukier waniliowy - 16 g

Białka ubić na sztywną pianę, pod koniec ubijania wsypywać partiami cukier, ciągle ubijając. Partiami wlewać żółtka i nadal ubijać. Do masy przesiać mąkę z proszkiem do pieczenia, kakao na końcu wsypać startą czekoladę. Delikatnie wymieszać, tak żeby piana nie opadła.
Bawełnianą ściereczkę delikatnie posypać cukrem waniliowym. Płaską formę o wymiarach 28x35cm wyłożyć papierem do pieczenia. Wlać masę, wyrównać. Piec około 12 - 15 minut w temperaturze 180ºC. (nie dlużej, bo rolada pęknie podczas zwijania). Natychmiast po upieczeniu ciasto przełożyć na ściereczkę papierem do góry. Zerwać powoli papier, a roladę z ręczniczkiem zwinąć, wzdłuż dłuższego boku. Pozostawić do całkowitego ostudzenia. Ważne jest żeby wszystko robić, kiedy rolada jest jeszcze gorąca. Nie czekamy aż ostygnie!

Składniki na krem:
250 g serka mascarpone
50ml śmietany 18%
2 łyżki cukru pudru (ilość cukru możemy zmniejszyć w zależności od upodobań)
Składniki zmiksować.

Dodatkowo:
250g malin lub wiśni (dałam borówkę amerykańską, a maliny do ozdoby)

Składniki na polewę:
100 g gorzkiej lub mlecznej czekolady
30 g masła (dałam śmietankę 36%)

Masło rozpuścić z czekoladą na najmniejszym ogniu, mieszając.


Ostudzoną roladę rozwinąć, usunąć ręczniczek. Natychmiast posmarować nadzieniem z serka mascarpone, ułożyć maliny i z powrotem zawinąć. Włożyć na kilka godzin do lodówki. Przed podaniem polać polewą.

czwartek, 10 września 2009

Weekendowa Cukiernia #12 - cz.1



Do tej edycji Weekendowej Cukiernii nie mogłam nie przystąpić. Po pierwsze dlatego, że to 12 wydanie, a ja lubię liczbę 12. No lubię i już. :D Nie, nie, żadne tam urodziny w tym dniu, czy inne takie. Po prostu „dwunastka' jest mi bliska z bliżej nieokreślonych powodów... :D Zatem po pierwsze mam już za sobą. A po drugie: gospodyni Ola zaproponowała moje smaki, więc z dużymi wyrzutami sumienia (no bo miałam OGRANICZYĆ słodkie :( ) postanowiłam mimo wszystko dać rodzinie i sobie trochę smacznej przyjemności. :)
Zanim jednak pochwalę się pierwszym deserem – chciałabym trochę ponarzekać... Nie na przepisy (hihi, już widzę jak Oli serce zamarło :D), ale na... kupne maliny... :( Naprawdę, nie wiem, czy tylko ja mam w tym roku takiego pecha, czy może innym też się to przydarza...? Maliny kupuję „na wygląd”, tzn. wybieram zawsze te, które najładniej i najświeżej wyglądają; sprawdzam też, czy od spodu kobiałka na pewno jest sucha (mokre od soku owocowego, mogą świadczyć o nie pierwszej już świeżości). No i cóż... Przychodzę do domu, dobieram się do pięknie wyglądających malin i okazuje się, że pod pierwszą, ewentualnie drugą warstwą – owoce wcale nie są już tak atrakcyjne. Pal licho, jeśli chodziłoby tylko o ich kształt (delikatne są, więc pod ciężarem mają prawo „przygasnąć”), ale one zwykle są pokryte pleśnią. :( Drażni mnie to okrutnie, bo zawsze przynajmniej połowa ląduje w koszu. :(
Tak było i tym razem, gdy maliny kupiłam specjalnie do sernika na zimno. Moja złość i rozdrażnienie sięgnęło zenitu. Obiecałam sobie, że koniec! Koniec wyrzucania pieniędzy w błoto! Lubię maliny, ale mówię kategoryczne NIE takiemu marnotrawstwu!
Do wnętrza sernika wylądowały zatem borówki amerykańskie, a z niewielkiej ilości ocalałych malin zrobiłam sos do polania deseru. Deser zmienił troszkę swoją kolorystykę, ale nadal smakował super. :) Troszkę może szkoda, że niezbyt mocno stężał. Ale prawdę mówiąc, czułam że tak będzie. :D
Do pokazania czeka jeszcze druga propozycja Oli, czyli czekoladowa rolada (oczywiście w moim wydaniu też bez malin), ale ponieważ zbrakło mi czasu, by sfotografować – więc poświęcę wkrótce jej osobny wpis. :)

Olu, dziękuję za wspólną kulinarną zabawę. :)


Sernik na zimno z białą czekoladą, owocami i ciasteczkami amaretti
cytuję za Olą z bloga Sweet Spoon – z moimi uwagami

Składniki:
300g białej czekolady
600g serka kremowego
284ml śmietany kremówki
50g cukru pudru
250g malin (mogą być mrożone, wtedy wcześniej trzeba je rozmrozić na bibułce) –
5 łyżek dżemu malinowego
85g ciasteczek amaretti
150g borówki amerykańskiej
50g wiśni(opcjonalnie)

Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej (rozpuszczałam z odrobiną słodkiej śmietanki, by uniknąć przypalenia czekolady) .
Keksówkę o pojemności 900g wyłożyć folią spożywczą.

W dużej misce zmiksować razem serek, śmietanę i cukier. Następnie stopniowo, cały czas miksując na małych obrotach wlewać ostudzoną czekoladę. Ucierać aż do połączenia się składników.
70g malin wymieszać z 2 łyżkami dżemu.
Do keksówki o pojemności 900g wlać połowę masy a następnie delikatnie rozłożyć na niej maliny wymieszane z dżemem. Przykryć resztą masy serowej. Na wierzchu równomiernie rozłożyć ciasteczka amaretii. Przykryć folią i wstawić do lodówki na min. 6 godzin, najlepiej na całą noc.

Odłożyć na bok ok 7 malin. Resztę podgrzać w garnuszku razem z pozostałym dżemem i wiśniami (jeśli używamy). Podgrzewać na małym ogniu, aż zmiękną. Używając blendera zmiksować owoce a następnie przetrzeć je przez sitko, aby pozbyć się pestek. Sos powinien być dość gęsty. Ostudzić.

Serniczek wyjać z lodówki, usunąć folię i ostrożnie przełożyć na talerz, tak aby ciasteczka znalazły się na spodzie. Pozostałe maliny ułożyć na wierzchu ciasta razem z borówkami. Ostudzony sos delikatnie wylać na owoce.
Podawać od razu.