Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czerwona porzeczka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czerwona porzeczka. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 23 lipca 2015

Duet z przypadku. :) Czerwone porzeczki i orzechy laskowe.


Dwa ostatnie tygodnie to była prawdziwa gonitwa. Z czasem, z terminami, z zamykaniem projektów. Ostatnie zdjęcia, przepisy, kropki na końcu zdania. :) Tyle tego było, że gdy nadchodziła północ, albo i później - od nadmiaru emocji i zmęczenia ciężko było zasypiać.
Z poczuciem dobrze spełnionych obowiązków, dotrzymanych terminów i mam nadzieję – nie najgorszych zdjęć – czas powoli pakować bagaże i w końcu uciekać z wielkiego miasta w kierunku natury. Z północy na południe. Znad morza (a uściślając nie morza, tylko Zatoki) – w góry moje ukochane i najpiękniejsze. :)
Znacie to uczucie ekscytacji, gdy zbliża się długo wyczekiwany moment, prawda? :) Właśnie tego doświadczam i znów pewnie nie będę mogła spać, bo w głowie natłok myśli. A wszystkie oscylują wokół pięknych tatrzańskich panoram, tras i szlaków, które chciałabym zrealizować. I żeby tylko pogoda dopisała! :)


poniedziałek, 15 lipca 2013

Tarta migdałowa z czerwoną porzeczką



Miniony tydzień był zdecydowanie szalony. Pracowałam na pełnych obrotach, biegałam po sklepach z prędkością perszinga, miotałam się tu i tam, leczyłam strzykanie w kościach (jednak starość nie radość, jak już zaczyna strzykać to seriami, a co! :), a na koniec wypłakiwałam się E. w rękaw. A jeszcze potem nie mogłam spać, piekłam ciasto z porzeczką (radosna twórczość własna, czyli co masz pod ręką to wrzuć do gara), a koniec końców wykulałam piętnaście jagodzianek, bo jak już zaczynam piec to też seriami (jakaś równowaga w przyrodzie być musi ;-)). Ach! Odwiedziłam jeszcze rodzinnie kaszubski jarmark i jak zwykle w takich wypadkach – nie odmówiliśmy sobie dokonania małego zaopatrzenia w lokalne produkty.


poniedziałek, 30 lipca 2012

Dużo, dużo owoców – pyszna, pyszna tarta :)


Zgodnie z pozostawioną niedawno obietnicą – powracam dzisiaj do książki „A piece of cake” autorstwa Leili Lindholm. Tym razem już nie z teorią, a praktyką. :)
Przyznaję uczciwie, wahałam się w kwestii wyboru wypieku – przepisy zawarte w książce – są proste i zachęcające, ale jednocześnie trudno znaleźć jakieś zupełnie nieznane perełki. Postawiłam zatem podstawowe kryterium – cokolwiek, ale niech będzie mocno owocowo. W końcu kiedy, jak nie teraz? . :)
Tarta nazwana u Leili „berry royal” wydała się być idealna. Dużo owoców zatopionych w pieczonej miksturze na kruchym spodzie... :)


Problem pojawił się podczas pracy... Ja po prostu nie umiem bezkrytycznie podchodzić do przepisów. :D Nawet jeśli jest idealny – zwykle coś od siebie dodaję, albo przeciwnie – odejmuję. :D
Tutaj zaistniało i jedno i drugie. Z czego najważniejszy jest fakt, że podwoiłam w stosunku do oryginalnego przepisu ilość owoców, a zmniejszyłam ilość mikstury, zmieniając jednocześnie trochę jej skład. Być może, zmian bym nie wprowadziła, gdyby udało mi się ze stuprocentową pewnością ustalić polski odpowiednik nabiału zwanego „cheese curd”. Pomysły były różne, niestety wykluczające się. Pozbyłam się kłopotu – usuwając z przepisu tajemniczy składnik. W końcu śmietanka z jajkami, jak wiadomo pysznie się ścina i bez twarożków. Pomniejsze zmiany przemilczę, zwłaszcza, że i tak ujęłam je w zmodyfikowanym przepisie. :)

Tarta oczywiście zniknęła w okamgnieniu i zdecydowanie okazała się godna uwagi wszystkich domowych łasuchów. :)
Wam również polecam. :)



Tarta z owocami jagodowymi
inspirowane przepisem na berry royale wg „A piece of cake” Leili Lindholm - z moimi zmianami

Kruche ciasto:
240g mąki (u mnie krupczatka)
150g bardzo zimnego masła
30g cukru
szczypta soli
1 duże jajko
ok. ½ łyżki zimnej wody

Mąkę przesiać na stolnicę lub do misy robota, dodać zimne masło pokrojone w kostkę. Rozcierać, aż utworzą się małe grudki. Dodać cukier i szczyptę soli – wymieszać, a następnie wbić całe jajko i wodę. Zagnieść szybko ciasto. Gdyby ciasto nadal było zbyt grudkowate i nie zbiło się w kulę – można dodać jeszcze odrobinę wody.
Kulę ciasta spłaszczyć, zawinąć w folię spożywczą i pozostawić na ok. 30 min. w lodówce do schłodzenia.

Śmietanowa mikstura:
3 jajka
ok. 60g cukru
200g śmietany 36% (używam Piątnicy w kubeczku – jest b. gęsta)

Jaja ubić z cukrem. Wmieszać śmietanę.

Oraz:
ok. 60g mielonych migdałów
ok. 40g jasnego cukru trzcinowego
ok. 300g owoców jagodowych (u mnie mieszanka czarnej i czerwonej porzeczki, jagód leśnych, malin)

Nagrzać piekarnik do temp. 180st. C (grzałki góra – dół).
Przygotować dużą formę do tarty (28-30cm) – posmarować masłem. Ciasto rozwałkować do średnicy ok. 5cm większej niż średnica formy. Wyłożyć formę ciastem (również ścianki boczne). Odciąć wystające ponad rant naddatki ciasta. Nakłuć w kilku miejscach widelcem. Podpiekać spód ok. 20 min.
Wyjąć z piekarnika i lekko przestudzić (kilka minut). Mielone migdały wymieszać z cukrem trzcinowym. Mieszanką wysypać równomiernie spód kruchego ciasta. Nałożyć umyte i osuszone owoce i zalać śmietanowo – jajeczną miksturą. Od razu wstawić do piekarnika. Zapiekać kolejne ok. 45min., aż masa jajeczna się zetnie. Ostudzić przed podaniem.
Smacznego!



środa, 17 sierpnia 2011

Letni deser kremowy z owocami


Jak trudno wraca się do zwykłej codzienności po urlopowym lenistwie – wie na pewno każdy. Może gdybym urlopów i wyjazdów doświadczała kilka razy do roku – z większą łatwością przechodziłabym z jednego stanu ducha do drugiego.


Tymczasem nie ma lekko, do następnego wypoczynku daleko, daleko... i chciałam tego, czy nie – do zwykłego cyklu dnia na nowo trzeba się było przyzwyczajać. Początki trudne były nie tylko w pracy, w domu też łapałam się li tylko szybkich i niezbędnych prac.


Podobnie było w kuchni. Byle po najniższej linii oporu, byle bez większego wysiłku, wliczając w to, ku uciesze dzieci - obiady „wyjściowe” na mieście (ale również u Babci, która jak wieść niesie robi najlepsze "schaboszczaki":)). Ale nawet, gdy taki leń pourlopowy człowieka trzyma w garści – to jakoś trzeba zrekompensować sobie różne takie niedogodności. I to najlepiej w postaci słodkości. No niestety! Gotować się nie chce, ale na słodkie nijak ochota odejść nie zamierza. :)


Przygotowując ten deser, zdecydowanie się nie napracowałam. Tak naprawdę wystarczy pomachać kilka razy łyżką i krem gotowy. Już kiedyś pokazywałam na niego przepis (a sam pomysł na krem bez dodatku jajek pochodzi stąd) . Tym razem to tylko mała powtórka z nową aranżacją smaków. Nic wielkiego, ale jaka przyjemność... :)




Kremowy deser z czerwoną porzeczką i borówką amerykańską
(na 5 porcji – np. szklanki pojemności 200ml)

500g mascarpone
ok. 2/3 puszki zagęszczonego mleka skondensowanego (u mnie mleko z Gostynia, 1 puszka = 533g)

oraz dodatkowo:
drobno otarta skórka z 1 cytryny
sok z ½ cytryny
1 łyżka limoncello

kilka biszkopcików savoiardi
ok. 200g borówki amerykańskiej
ok. 200 g czerwonej porzeczki

Mascarpone, mleko zagęszczone, limoncello, sok i skórkę z cytryny – włożyć do miski i mieszać ręcznie lub robotem na wolnych obrotach, aż do połączenia składników.
Przygotować szklaneczki lub inne naczynka. Napełniać warstwami: pokruszone biszkopciki savoiardi - krem – owoce – krem – owoce (albo w dowolnej innej kombinacji).
Owinąć naczynka folią spożywczą i schować do lodówki na min. 2-3 godziny do schłodzenia (a najlepiej na całą noc).
Smacznego!

czwartek, 12 sierpnia 2010

Placek z owocami dla zakręconych inaczej...

Sprawa ma się tak: dzisiejszy wpis jest poniekąd na zamówienie. Dzisiejszy wpis jest z dedykacją. :) Dość szczególną, bo poświęconą moim koleżankom i kolegom z pracy. :) Dlaczego o nich i dla nich? Bo to osoby, które tworzą klimat miejsca, w którym spędzam połowę dnia. Bo z nimi pracuję. Bo z nimi piję kawę i jadam posiłki. Bo z nimi rozprawiam o kulinariach i polityce. Bo dzielimy się emocjami. Bo narzekamy na podobne sprawy. Bo podobne nas bawią. Bo wszyscy mają dystans i potrafią się śmiać z samych siebie. Bo nadajemy na podobnych falach. Bo z przyjemnością każdego dnia otwieramy drzwi pracowni. Bo u nas jest... zajefajnie... :D
Z tych, oraz tysiąca innych powodów, przedstawiam dzisiaj najbardziej odjazdowy po tej stronie globu zespół architektów. Panie i panowie, zaczynam od płci pięknej. I alfabetycznie, żeby baby się nie potłukły. :D



Po pierwsze: Dorotka, zwana przez nas Doris.
Doris spodziewa się dziecka. Zasadniczo od niedawna, informacją o czym raczyła się podzielić, gdy ja urlopowałam. ;/ Nie wiem jak mogła mi to zrobić! Moja Doris! Przecież siedzimy biurko w biurko i razem chrupiemy marchewki! Doprawdy, mogła chyba poczekać z tymi sensacjami (przecież jasne, że nie z ciążą) na powrót swojej T...Aj, pominę milczeniem, mogła poczekać na mój powrót ?! :D
Doris jest malutka, drobniutka i wielbi czerwony kolor. I torebki. Ponoć ma ich 25 sztuk. :D A to jeszcze nie jest jej ostatnie słowo w tej kwestii... Doris ogląda bajki dla dzieci i wielbi Pet Shopy. Rozkłada i składa komputery, podpina monitory, dyski i Bóg jeden wie co jeszcze potrafi wpiąć, wypiąć, lub zapiąć...
Doris porządkuje. Porządkuje wszystko, wszędzie, nałogowo, szaleńczo i co najmniej tak namiętnie jakby chodziło kochanie... :D Myszkę swoją pucuje z 5 razy dziennie (komputerową rzecz jasna, o innej nic nie wiem). Pucuje na błysk i poślizg.
Z Dorotą lepiej nie zadzierać. :D Co prawda, w pracowni jest łagodna jak baranek (którego o mały włos nie adoptowałam), ale gdy załatwia tzw. „sprawy” - to konkretnie. Drżyjcie przed nią panowie budowlańcy! (i pracownicy PZU!). Bo z Doris nie ma żartów! :D



Po drugie: Kasia vel Gretchen.
Moi drodzy, Kasia jest piękna! Mówię Wam, chodzący ideał. W sumie siedzący też. W obu pozycjach prezentuje się równie atrakcyjnie, zwłaszcza gdy pierś wypnie do przodu. Długie blond włosy, figura jak z wybiegu i niebieskie oczy. Cera od niedawna na kuracji wazelinowej.
Kto by powiedział, że to matka i żona... Niestety! Gretchen jest w posiadaniu małżonka Dextera! Wielka to strata dla wszystkich facetów, którzy robią maślane oczy na widok pięknej Katarzyny. A trochę ich się po pracowni przewija każdego dnia. Śmiem przypuszczać, że gro z nich przychodzi tylko dla Gretchen! Niestety powtórnie! Piękna Katarzyna wydaje się być nieczuła na umizgi i zaloty. Niestety po raz trzeci! Gretchen ma jednak pewną słabość... nie do czego jednak, a do kogo... Pan Lucek to..., pan Lucek tamto... Jeśli komu w pracowni zaszwankuje komputer, to jasne, że piękna Katarzyna gmerała w ukryciu, by ściągnąć do pracowni pana Lucka... :D Ale oczywiście Gretchen prędzej sczeźnie, niż się do tego przyzna. :D Na nieszczęście Katarzyny, pan Lucek (chyba) nie czuje mięty... :D W sumie na szczęście, bo Dexter przecież jest w pobliżu i czuwa. :D
Ps. Sczeznąć według Gretchen oznacza – cytuję dosłownie: „sklęsnąć się w sobie i paść”. :D Cokolwiek to znaczy. :D



Po trzecie: Maja czyli Pamela.
Pamela, ach Pamela...! Uosobienie kobiecości! Ten biust! Ta talia! I wszystko naturalne, zero naciągania, zero odsysania, zero liftingu! Bo Pamela moi drodzy – to kobieta czynu! Zdrowe śniadanka, zdrowe sałatki, pomidorki, czasem nawet jakiś bigosik ze świeżej kapustki się urodzi, ale zasadniczo, jak na gwiazdę przystało – Pamela po prostu realizuje program „w zdrowym ciele – zdrowy duch” i ma wykupione wszystkie możliwe karnety świata: siłownia, pajace (czytaj: aerobic & co.) i tym podobne. Żeby nie było: realizowane niemal codziennie. Do tego rower 5 razy w tygodniu (no może 3) – to chleb powszedni wysportowanej na wszystkie strony Pamelci.
Myślicie, że to koniec??? Ach! Bynajmniej! Słuchajcie uważnie, bo powiem to tylko raz i nie będę powtarzać: Pamela walczy! Uważajcie mężczyźni, bo zadarcie z tą kobietą – może być przykrym przeżyciem... Kick boxing to argument przeciwko nieuprzejmym gościom... :D
Na koniec, nie mogę nie wspomnieć o telewizyjnej karierze Pameli. Jednak coby nie powiedzieć, nadane imię (o pardon! sceniczny pseudonim) – zobowiązuje. :D


Po czwarte: Patryk, o konspiracyjnym pseudonimie: Dexter.
Tak, tak! Ten sam, co był wspomniany przy pięknej Katarzynie. Bo Dexter jest szczęśliwym (jak sądzę) małżonkiem blond anielicy.
Dexter ma ze 2 m wysokości, a może nawet i więcej..., kto to zgadnie? Przecież i tak nikt w pracy nie podskoczy tak wysoko z miarką. W sumie może dalmierz dałby radę rozwiązać tę spędzającą z powiek tajemnicę... :D
Nie wiem na pewno, czy Dexter ma coś wspólnego ze św. Patrykiem, ale sądząc po jego wrodzonej łagodności – to wielce możliwe... Milion nagrody dla tego, kto złapie Dextera gdy rzuca mięsem. Pół miliona dla tego, kto dostrzeże na jego twarzy choć cień irytacji... :D Trudno powiedzieć, czy Dextera cokolwiek rusza... Kamienny spokój w każdej sytuacji. Dostojny prawie jak Wenus z Milo... Ups, znaczy jak boski Apollo. :)
Boskość – boskością, jednak Dexter to prawdziwy mężczyzna. Taki z krwi i kości. A prawdziwy mężczyzna nie jada miodu. Prawdziwy mężczyzna żuje pszczoły. Dexter zdecydowanie miodu nie jada...


Po piąte: Maciej, a konkretnie Leoncio.
Leoncio, moi drodzy, to prawdziwe ciacho. Może nawet kremówka. :D Z mega odlotowym, odjazdowym, wypasionym tatuażem na... Nie, nie..., to miejsce pomińmy milczeniem... :D Dość powiedzieć, że tattoo o indiańskim motywie zachwyci każdą kobietę. Każdą. Każdą rasową kobietę. No dobra, nierasową też. (Ps. u nas nierasowych nie ma rzecz jasna :D). Nie powiem ani słowa o tym co się działo, gdy tajemnica tatuażu została przypadkiem odkryta... Albo powiem... Albo nie.
W każdym razie, szczęśliwa małżonka Leoncia...! Ona tam zagląda każdego dnia... :D
Poza tym Leoncio ma ciężkie życie. Nooo..., nie dosłownie rzecz jasna... :) Facet z takim tatuażem nie może przecież narzekać na ciężkie życie. :D Co najwyżej na nadmiar wrażeń. :D A tych zapewne Leonciowi nie brakuje... Gdzie Leoncio nie wdepnie – tam kobiety, kobiety, kobiety... Niestety, wszystkie nadmiernie rozgadane. :D Żeby jeszcze gadały z sensem, a tymczasem plotą trzy po trzy, a nawet piąte przez dziesiąte.
A Leoncio tymczasem lubi spoookój... i ciiiiiszę... I wszystkie słodycze świata. A! I kawę! Kawę Leoncio lubi najbardziej. :)
Uprasza się wszystkie fanki Leoncia (nie fanki też, w końcu co im szkodzi) – o mocne trzymanie kciuków za niego, bo zbliża się wielkimi krokami godzina ZERO! Już za momencik, już za chwileczkę Maciej vel Leoncio zakończy żywot studencki. A my będziemy świadkami narodzin mgr inż. arch. Leoncia. :D



Po szóste i siódme: Agnieszka i Jędrzej.
No nie razem. Osobno. Ale będzie razem, bo oni dołączyli do naszego zespołu na okres wakacyjny, na studenckie praktyki.

Agnieszka. Agnieszka nie ma ksywy. Wielkie to zaniedbanie i jakoś naprawić by wypadało, ale nie dzisiaj, nie teraz, bo to zbiorowe zadanie i burzę mózgów wpierw przejść trzeba.
O Agnieszce trudno cokolwiek powiedzieć... Cicha, spokojna, mówi niewiele... Widać czyny, ważniejsze u niej niż słowa. Agnieszka może i nie ma pseudonimu, ale za to ma talenty. Urodzona artystka! Kto zobaczy jej magiczne pudełeczko z biżuterią – ten pojmie wszystko. Zwinne paluszki Agnieszki, tutaj przytną, tam zagną, tu wywiną... rachu ciachu i gotowe.
W tajemnicy Wam powiem, że Agnieszka ma pióra. Prawdziwe! Zielone! Prawdę mówiąc, przez te pióra zzielenieć z zazdrości można! Która kobieta nie chciałaby się okryć pawimi piórami...? Ach Agnieszka... tej to się jednak w życiu poszczęściło... :)

Jędrzej. Z Jędrkiem to jest taka sprawa, że chłopak ma słabe serce. Nie przypuszczam, by z powodu wad wrodzonych. Ani też bynajmniej z tych nabytych. Tutaj idzie raczej o tkliwość serducha na kobiece wdzięki. Do tej pory, Jędruś prowadzał się tylko z taką jedną, piękną Moniką, a tu naraz tyle kobiet! Pięknych kobiet! Cóż tu począć... pompka wzięła była i zaszwankowała od nadmiaru wrażeń... Jakie szczęście, nie na długo! Jędruś już jest dzieckiem nowej ery i do życia podchodzi z powagą. Każde dziecko wie, że fura, skóra i komóra zdecydowanie są passe. Dziś kobiety łowi się na czarną porzeczkę w ogródku mamy! Jędruś z taką jedną z naszej pracy chce hasać i pląsać na łonie przyrody, wśród maminych marchewkowych grządek i krzaczków malin...
A musicie wiedzieć, że w pląsach Jędrzej jest dobry. Ba! Świetny jest! Jędrzej karierę robi! Jędrzej wydeptał (tfu! wytańczył znaczy) już dziury na deskach teatralnych! Jędrzej – Żyda i Ruska w skrzypku gra! Jędrzej nawet przed kamerą się nie ugnie. Jędrzej ma parcie na szkło! :)
Wkrótce Jędruś znów poczuje zew kariery i odjedzie w siną dal...


Tak pokrótce prezentuje się pewien zespół pewnych architektów z pewnej pracowni... W opisie zabrakło co prawda jeszcze dwoje właścicieli firmy, ale zważywszy na okoliczności – nie wypada mi wciągać Ich w ten cały pokręcony ambaras. :) Niech więc wystarczą tylko słowa, że Szefostwa można nam zazdrościć. :)
Dodam jeszcze, że do naszej pracy nawet w poniedziałkowy poranek człowiek śmiga z ochotą. :)

To już jest koniec. No, prawie koniec...
Mam świadomość, że jeśli pominę milczeniem moją osobę – to zostanę w pracy obdarta ze skóry. :D Albo Pamela wywoła mnie na sparing (boks, kisiel, mokry podkoszulek – wszystko jedno), a wtedy marnie ze mną będzie... :D

A zatem: Małgosia vel Tiffany. Matka Polka. Od niedawna rowerem przemierza połowę drogi z pracy do domu. Zdaniem Pameli, ma „niezłą bajerę” i zagarnia na wyłączność wszystkie co fajniejsze kąski płci męskiej. (Słowo daję, Pamela kłamie!). Gdy zamilknie na 5 minut – pytają, czy się rozchorowała. :D „Taka jedna”, którą Jędruś kusi ogródkiem mamy... :D Kulinarna gwiazda, przynajmniej w oczach współpracowników. :) Od czasu do czasu podtucza pracowe towarzystwo domowym ciachem. A na dokładkę personalna. :D Na szczęście tylko w przenośni. :D

Ufff, doprawdy ciężką pracę wykonałam. :D
Jeśli kto przypadkiem nie zasnął lub nie uciekł z przerażeniem w trakcie lektury i dotarł aż do tego miejsca – dopowiem, że na załączonych zdjęciach widać bardzo letni, bardzo maślany i bardzo mięciutki placek drożdżowy. Całkiem niedawno taki sam, tylko ze zwiększoną ilością owoców (i dodatkowo z czerwoną porzeczką , obok brzoskwiń i borówki amerykańskiej) upiekłam dla swoich koleżanek i kolegów z pracy. Zniknął jak woda, więc mam nadzieję, że smakował. Zresztą piec dla nich to czysta przyjemność, bo jak każda próżna kobieta uwielbiam pochwały. :D



Placek piekłam, bazując na przepisie Gosi z bloga Sweet art na półfrancuskie placuszki z truskawkami. Za pierwszym razem, stosowałam się do receptury i próbowałam wwałkować zimne masło, tak jak zakładał przepis. Niestety wysokie temperatury powietrza powodowały, że masło w mgnienia oku się rozpływało. Dlatego przy kolejnym razie zrezygnowałam z tej metody i miękkie masło w temperaturze pokojowej – po prostu dodałam do reszty składników i razem zagniotłam. Od siebie dodałam też drobno startą cytrynową skórkę, która wzbogaca smak. Polecam, bo to fajny przepis i dobre ciacho. :)


Placek drożdżowy z letnimi owocami
na podstawie przepisu Gosi z bloga Sweet art - z moimi zmianami

na ciasto:
380g mąki pszennej, przesianej
100g mleka (1/2szkl)
30g świeżych drożdży lub 7g suchych drożdży
100g cukru
2 jaja
skórka otarta z 1 dużej cytryny
szczypta soli
180g masła w temperaturze pokojowej

2-3 brzoskwinie
ok. 200g borówki amerykańskiej
ok. 100g czerwonej porzeczki

lukier:
sok z 1 cytryny
cukier puder

Jeśli używamy drożdży świeżych, to należy rozprowadzić je w lekko podgrzanym mleku razem z 1/3 mąki, wszystko dobrze wymieszać i pozostawić na kilkanaście minut do wyrośnięcia.
Jeśli używamy suchych drożdży, to należy rozprowadzić je w 4 łyżeczkach lekko podgrzanego mleka z łyżeczką cukru, wymieszać i pozostawić na kilkanaście minut do wyrośnięcia.

Jaja roztrzepać z cukrem i solą. Dodać pozostałą mąkę, drożdżowy rozczyn i drobno utartą skórkę z cytryny. Połączyć wszystkie składniki. W trakcie zagniatania dodać masło. Zagniatać aż do uzyskania gładkiego ciasta.
Jeśli będzie się zbyt mocno kleiło do rąk, to najlepiej nie podsypywać go mąką, ale lekko nasmarować dłonie oliwą. (Ja wyrabiałam ciasto robotem).
Włożyć je do miski, przykryć ściereczką i pozostawić ok. 1.5 – 2 godz. do wyrośnięcia.
Rozwałkować ciasto na grubość ok.1-1,5 cm, do wielkości odpowiadającej dużej płaskiej blasze (tej z piekarnika). Blachę wyłożyć papierem do pieczenia, a na niej ułożyć ciasto. Można dodatkowo już na blasze porozciągać je palcami.
Na wierzchu ułożyć umyte i osuszone owoce.
Odstawić w ciepłe miejsce na ok.30-45min. do ponownego wyrośnięcia.

Wstawić do nagrzanego do 200st. C piekarnika. Piec ok. 25-30min. Ostudzić przed lukrowaniem.

W małym garnuszku połączyć sok z cytryny z cukrem pudrem (w ilości takiej, by powstała dość gęsta masa). Następnie postawić garnuszek na kuchence na najmniejszym ogniu i cały czas mieszając, podgrzewać (dość krótko) do momentu aż lukier straci na gęstości i pozwoli się przelewać (wciąż musi być biały!). Zdjąć z ognia i szybko polukrować ciasto, zanim lukier znów zacznie gęstnieć.
Smacznego!

niedziela, 2 maja 2010

Kruche babeczki... „ibum” :D


Idę o zakład, że niejednej (niejednemu) z Was przebiegło przez myśl: „oszalała chyba! Babeczki Ibum?! Ki diabeł?! Reklama?!”. Wszak każdemu polskiemu konsumentowi „Ibum” kojarzy się z apteką i całkiem realnym medykamentem...
Otóż moi drodzy, oświadczam na wstępie, że moje dzisiejsze babeczki nie zostały nafaszerowane apteczną chemią; nie ma też w dzisiejszym wpisie żadnej ukrytej reklamy. :D Winna Wam zatem jestem wyjaśnienie. :)

Był fajny słoneczny dzień, a ja już szczęśliwie w domu po pracy mogłam się oddać zaczynającemu się weekendowemu lenistwu. Ostatnimi czasy niewiele piekę słodkości, z powodów, o których pisałam Wam niedawno. Ale tym razem po prostu mnie „wzięło”. :) Ciągnęło mnie do kuchni i zwyczajnie chciało mi się coś domowego. Chciało mi się „coś ładnego”, jak to ma w zwyczaju mówić Maja na wszelkie słodkości. :D Informacja dla zorientowanych (żeby nie było niedomówień :D) - w rozumieniu 3-letniej Mai – wszelakie słodycze nie są absolutnie „tłuste i tuczące” (pamiętacie? :D).
Niejakim problemem było ustalenie kwestii na co „ładnego” miałybyśmy ochotę... Jako, że sezonowego rabarbaru, ani truskawek jeszcze w moim regionie nie ma (ale to już niedługo!) - podjęłam jednogłośną decyzję o tym, by dalej eksplorować zakamarki zamrażalki i czyścić go z zalegających zeszłosezonowych owoców. Zresztą, mam ich jeszcze wciąż tyle, że zapewne w niedługim czasie ponownie przyjdzie mi jakiś owocowy deser czy ciasto popełnić. :)




Tym razem wytargałam woreczek z czerwoną porzeczką. Prawdę mówiąc nie miałam na „podorędziu” żadnego gotowego przepisu i w sumie nie był szczególnie potrzebny. Zagniotłam kruche ciasto z przepisu, z którego korzystam nader często (przepis wg Michela Rouxa). A reszty, co do nadzienia, już pewnie się domyślacie...

Wstęp był nieco przydługi, ale zakończenie będzie krótkie. :) Gdzie te „ibum”??? Ibum to sprawka Mai. Trzeba przyznać, że logika i skojarzenia małego dziecka są nader zadziwiające...
„Mamusiu, co robimy? Coś ładnego?”.
„Robimy babeczki z porzeczkami”.
„Babeczki ibum?”
„....??? Nieeee...Z porzeczkami.”
„Acha! Ładne te ibum!”
„Yyyy...”

Więc już zostało. Upiekłyśmy babeczki ibum. :) Zwykłe, owocowe, kwaskowe ibum. :D




Kruche babeczki z czerwonymi porzeczkami
(proporcje na ok. 25 babeczek)

Kruche ciasto:
250 g przesianej mąki
125g masła
125 g cukru pudru
1 jajko

Dodatkowo:
1-2 łyżki rozpuszczonego masła do smarowania foremek
mąka do oprószenia

Mąkę przesiać na stolnicę lub do misy robota, dodać masło pokrojone na małe kawałki. Rozcierać, aż utworzą się małe grudki. Dodać przesiany cukier puder – wymieszać, a następnie wbić całe jajko. Zagniatać, niezbyt długo, aż będzie gładkie.
Uformować wałek o średnicy ok. 5 - 6cm, zawinąć w folię spożywczą. Wstawić do lodówki na min. ½ godziny.

Piekarnik rozgrzać do 180 st. C. Przygotować foremki do babeczek (tartaletek) – wysmarować rozpuszczonym masłem, oprószyć lekko mąką.

Schłodzone ciasto pokroić na plasterki ( u mnie grubości ok. 1 cm). Każdy plasterek rozwałkować dość cienko do wielkości odpowiadającej średnicy foremek. Wyłożyć foremki ciastem.
Piec na biało przez ok. 10 min. (najlepiej metodą obciążenia suchą fasolą czy grochem).
Wyjąć z pieca, usunąć obciążenie. Faszerować.

Nadzienie:
350-400g mrożonej porzeczki (bez wcześniejszego rozmrażania, a w sezonie oczywiście świeże)
2-3 łyżki cukru

Owoce wymieszać z cukrem.

Oraz:
3 białka
1 szkl. drobnego cukru

Białka wraz z cukrem ubić na bardzo sztywną pianę.

Do każdej foremki z kruchym ciastem włożyć po czubatej łyżce owoców. Na wierzchu wycisnąć szprycą lub nałożyć łyżką porcję ubitej piany (ok. 1 czubata łyżka).
Ponownie wstawić do nagrzanego do 180 st.C. piekarnika. Piec ok. 30 min. aż piana się zetnie i zamieni w bezę.
Smacznego!