Czasem bywa tak, że trudno zadowolić naraz wszystkich członków rodziny. Syn błaga o pieczarki, w zasadzie w jakiejkolwiek postaci, ale najlepiej gdyby były smażone. Mąż co raz dopytuje o swoją ulubioną zupę z ciecierzycą, której już tak dawno nie robiłam (notabene chodzi o zawiesistą zupę Jamiego Olivera z „Mojej włoskiej wyprawy”). A Pszczółka jak zwykle nie prosi o nic. Ona najchętniej nie jadłaby nic. No może naleśniki, ewentualnie makaron. Najchętniej bez dodatków. A mnie to już czasem wszystko jedno, byle tylko nie trzeba było dla każdego osobno gotować. Bo i tak się zdarzało.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gorący kociołek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gorący kociołek. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 16 stycznia 2017
Zupa na chłodne dni. Z ciecierzycą, pieczarkami i makaronem.
Czasem bywa tak, że trudno zadowolić naraz wszystkich członków rodziny. Syn błaga o pieczarki, w zasadzie w jakiejkolwiek postaci, ale najlepiej gdyby były smażone. Mąż co raz dopytuje o swoją ulubioną zupę z ciecierzycą, której już tak dawno nie robiłam (notabene chodzi o zawiesistą zupę Jamiego Olivera z „Mojej włoskiej wyprawy”). A Pszczółka jak zwykle nie prosi o nic. Ona najchętniej nie jadłaby nic. No może naleśniki, ewentualnie makaron. Najchętniej bez dodatków. A mnie to już czasem wszystko jedno, byle tylko nie trzeba było dla każdego osobno gotować. Bo i tak się zdarzało.
wtorek, 25 października 2016
Energetyczna fasolowa z dynią i jarmużem
Tej jesieni postawiłam na aktywność ruchową. Brzmi jakbym dotąd tylko leżała, zatem stop…i jeszcze raz... :)
Tej jesieni postawiłam na zwiększoną ilość ruchu. Do dotychczasowej, wcale nie małej aktywności fizycznej, dołożyłam kolejne „co nieco”: sporo fitnessu na trampolinach i trochę zumby. Nowe wyzwania zabierają mi niemało czasu, ale też i przynoszą mnóstwo radości. Pot się leje przez całe 60 intensywnych minut, 5 dni w tygodniu.
czwartek, 12 listopada 2015
Jej Pomarańczowość Dynia!
Trudno wyobrazić sobie jesień bez dyni, prawda? Dla mnie, od wielu, wielu sezonów - to jej nieodzowny symbol, który cieszy oko na każdym kroku. Tak pięknie i zachęcająco prezentują się wystawy mojego miasta, zapraszające dyniowym uśmiechem do środka sklepów, kawiarni czy restauracji. Nie zawsze mam potrzebę wejścia do środka, ale często przystaję na krótką chwilę, aby nasycić się miłym dla oka widokiem jesiennej kompozycji.
Na moich domowych parapetach również pysznią się kolorowe, malutkie ozdobne sztuki. Dzięki nim w domu zrobiło się jakby cieplej, a w duszy powiewa nostalgia... :)
środa, 19 sierpnia 2015
Podejmij challenge z Cuisine Companion - rozwiązanie I etapu konkursu
Wybrać jedną recepturę z kilkudziesięciu to prawdziwe wyzwanie. :)
Przeczytałam uważnie każdy przepis, który mi przysłaliście. Z konieczności odłożyłam na bok te, które nie mieściły się w ramach warunków konkursowych (np. wymagały użycia piekarnika), a potem, czytając po raz drugi - wyobrażałam sobie smak Waszych potraw. :) To była niezwykle pyszna wędrówka i bardzo chętnie do wielu z Was wprosiłabym się do stołu. :)
Z całego wachlarza najróżniejszych propozycji, wybrałam tę, która najmocniej zadziałała na moje zmysły. Niby prosta receptura „jednogarnkowca”, ale w środku tajemniczy składnik, którego ogromnie byłam ciekawa...
A zatem wyzwanie zostało podjęte. Pozostało sprawdzić, czy z Cuisine Companion uda mi się łatwiej lub szybciej przygotować wybraną potrawę. :)
wtorek, 17 marca 2015
Fasolowa, w której łyżka prawie dęba staje.
Porządkowanie szafek kuchennych u progu wiosny to u mnie stała tradycja. Zwykle okazuje się, że suche zapasy, nie wiedzieć czemu, znów „nie wyszły”. Mogłabym to próbować zrzucić na niesprzyjającą zimową aurę, ale tak naprawdę pewnie po prostu zbyt dużo nagromadziłam... Niniejszym rozpoczynam sezon czystek i topienia w garnkach nadwyżek wszelakich.
Na początek rozprawiam się ze strączkowymi (uch! tych mam naprawdę sporo i niejeden pomysł, oraz niejeden garnek jeszcze będzie potrzebny). :)
poniedziałek, 6 października 2014
Jarmuż, soczewica i reszta ferajny.
Natury nie przechytrzę, choć trochę jeszcze próbuję. Może i aura jest (jak na razie) łaskawa, obdarowując nas przyjemnym słońcem, i bezchmurnym niebem, ale jesień, choćby najpiękniejsza...to nie to samo co lato.
Więc marznę nawet w pełnym w słońcu. W domu wciskam się w cieplutki koc. Na stopach grube skarpety. Nie wystarcza. Och! jak zimnooo!
niedziela, 28 września 2014
Lista awaryjna
Mam taką swoją prywatną listę awaryjnych potraw. Nie jest ani szczególnie długa, ani nad wyraz urozmaicona. W życie wcielam wtedy, gdy mam totalną pustkę w głowie, tudzież ilość czasu spędzonego w kuchni muszę (czasem chcę) skrócić do minimum.
Wspólny mianownik, jak łatwo się domyśleć, opiera się na prostocie i ekspresowym wykonaniu.
W większości przypadków lista obejmuje po prostu makarony na różne sposoby. Pewnie dlatego, że zwyczajnie mają u nas duże branie. Ale od czasu do czasu wyciągam z niej też inne, równie proste perełki. Takie jak ta.
Przygotowuję ją w woku, ale i bez niego można sobie poradzić. Wystarczy głębsza patelnia. Koniecznie zawczasu przygotujcie wszystkie składniki, tak aby mieć je pod ręką. Wtedy idzie jeszcze szybciej. :)
poniedziałek, 8 września 2014
Hello! Kuku-rydza!
Gdy portal Hello Zdrowie zaprasza do współpracy – pewne jest, że owoc kulinarnych zmagań będzie pyszny i zdrowy. Żaden tam boczek, czy cukier puder. Tutaj bilans, jakby nie liczyć – musi wyjść na plus. Na duży plus!
Tematem przewodnim schyłku lata stała się kukurydza.
Jestem pewna, że wśród Czytelników bloga znajdzie się niejeden fan tego najsłynniejszego „złota Ameryki”. :)
Jeśli macie ochotę poznać kilka ciekawych faktów na jej temat, a do tego rozgrzać się (uwaga zachwalam! ) przy przepysznej, szybkiej w wykonaniu, jednogarnkowej potrawie, którą miałam okazję zaproponować, przygotować i oczywiście uwiecznić – koniecznie zajrzyjcie TUTAJ (klik!).
W imieniu swoim i Hello Zdrowie, zapraszam serdecznie do lektury, licząc na to, że w trakcie zgłodniejecie i pobiegniecie do kuchni przygotować coś smacznego z kukurydzą w roli głównej! :)
poniedziałek, 7 kwietnia 2014
A jak już ukisisz cytrynę – uduś kurczaka! :)
Wspomniałam ostatnio, że kiszone cytryny smakują zaskakująco. Zdaje się, że te słowa stały się wabikiem, bo raz po raz padało pytanie: ale jak? jak? jak smakują?
Mówiąc krótko: jak słone cytryny. A rozwijając wypowiedź: jak zaskakująco smaczne, słone cytryny. :D
Próbowałam ich sauté i to co w pierwszej kolejności dało się zauważyć, to fakt, że straciły ze swej naturalnej kwasowości. Są zdecydowanie łagodniejsze w smaku. Oczywiście delikatnie słone. Skórka stała się miększa, jeszcze bardziej gąbczasta, aromatyczna, trochę szklista. Można zjeść ją w całości, nawet z albedo (wewnętrzną, białą częścią skórki) i nie wykrzywia buzi, jak przy świeżym owocu...
Dla mnie to zupełnie nowe doznanie smakowe. :)
piątek, 28 marca 2014
Gulasz z jagnięciny z pistacjowym kuskusem
Zapadła ostatnio cisza na blogu, ale szczęśliwie nie pokrywa się ona z ciszą w ogóle. Dużo się ostatnio działo, sporo pracy i fajne sesje fotograficzne za mną. Teraz nastała krótka chwila na odpoczynek i łapanie pierwszych, trochę zimnych jeszcze promieni słonecznych. Cudowna jest świadomość, że szarość zimy już za nami i lada chwila wiosna wybuchnie całym swym pięknem. Z niecierpliwością czekam, aż moje codzienne trasy obsypie biały i różowy kwiat, a szparagi zasiedlą każdy możliwy stragan. Znów będzie zielono, nie tylko za oknem, ale i na talerzu! :)
środa, 15 stycznia 2014
Curry z krewetek marynowanych w jogurcie
![]() |
Ostatnio miałam trochę wolnego czasu, więc z przyjemnością przeznaczyłam go na odkurzenie swoich kulinarnych nabytków książkowych. Niektóre z nich czekały na tę chwilę kilka długich miesięcy. Większość książek, które kupuję, z braku czasu, przeglądam na szybko – raz lub dwa, a potem odkładam na półkę i zapominam na długo. W międzyczasie pojawiają się nowe pozycje i ich los jest podobny.
W sumie to też ma swój urok, bo gdy po dłuższym czasie znów po nie sięgam – jest tak, jakbym odkrywała je na nowo. :)
Znalazłam mnóstwo pysznych inspiracji i oby tylko zapału i czasu mi nie brakło, aby choć ułamek z nich zrealizować.
niedziela, 25 sierpnia 2013
Po prostu megaśne curry z patisonem :)
Weekend niemal za nami, prace twórczo – pisarskie zakończone (o yeah! :)). Owszem, utknęłam ze dwa razy, na szczęście odetkało się w miarę bez bólu, zwłaszcza gdy parująca kawa stanęła na biurku i owiała mnie swoim zapachem. Nie bez znaczenia była też w międzyczasie krótka wizyta u Ewci, której szeroki uśmiech bardzo pozytywnie mnie naładował. :)
piątek, 18 stycznia 2013
Bez wstępu
Choroba to nie jest wdzięczny temat na wstępy. Zmartwienia raczej
też nie. Więc pomijam wstęp, żeby nie rozsiewać internetowym
kanałem złego samopoczucia.
Mam nadzieję, że kolejnym razem pojawi się tutaj więcej słońca,
a ja będę tryskać energią.
Póki co, nie bierzcie ze mnie przykładu i trzymajcie się zdrowo!
poniedziałek, 3 grudnia 2012
Biała – surowa i... wrzosy na początku grudnia
Trudno
mi uwierzyć, że mamy grudzień... Listopad przeciekł mi między
palcami. Przemknął i to dosłownie, niemal niezauważenie. A ja,
chyba po raz pierwszy odkąd prowadzę bloga – wprost nie do wiary!
- ani razu nie zakrzyczałam: „ jak ja nie lubię listopada!”.
Czyżby
coś się zmieniło w tej kwestii? Bynajmniej... nic, a nic. Zmieniło
się jedynie to, że zabrakło mi czasu na rozczulanie i chlipanie w
rękaw.
P
r a c a ! D u ż o p r a c y ! To najlepsze (jak się okazało)
lekarstwo na listopadowe niemoce... :)
Mniej
mnie na blogu, ale w zamian będzie można spotkać mnie tu i ówdzie,
w innych smacznych miejscach. :)
czwartek, 27 września 2012
Jak on nie lubi batatów!
Wiesz, chyba nie lubię batatów...
Wolę dynię... Po raz kolejny i kolejny słyszę od męża.
Ooo, naprawdę? Jaka szkoda...
Po czym znów kupuję słodkie
ziemniaki, przyprawiam i podaję z kalafiorem, i ciecierzycą, a
podaję anonsując... dynię.
Kochanie, jaka pyszna ta dynia z
kalafiorem! Nie to co bataty...
Małe kłamstewka w kuchni? Owszem,
zdarzają mi się. Ale czy to komu szkodzi? :)
Ponoć cel uświęca środki. :)
Jeśli lubicie szybkie, rozgrzewające
potrawy, to zapraszam dzisiaj na jednogarnkowiec typu balti. Tym
razem w wersji wegetariańskiej.
Balti z batatów, kalafiora i
ciecierzycy
1 kalafior (niezbyt duży)
1 duży batat
ciecierzyca z zalewy (puszka 400g), lub
ok. 2/3 szkl. suszonej (namoczonej na noc, a następnie ugotowanej)
1 cebulka
ok. 1-2 łyżki oliwy / oleju do
smażenia
1 puszka dobrej jakości pulpy
pomidorowej (400g)
1 łyżeczka zmielonego / utartego
kuminu
½ łyżeczki zmielonej / utartej
kolendry
kawałek świeżego imbiru (ok. 2-3cm)
ok. 1 łyżeczka zmielonej papryczki
chilli (albo do smaku)
1 łyżeczka cukru muscovado
ok. ¾ szkl. gorącej wody
sól do smaku
garść świeżej kolendry (lub natki
pietruszki)
Kalafiora umyć, podzielić na
różyczki. Batata obrać ze skórki, umyć, pokroić w grubą kostkę
(ok. 1,5x1,5cm). Cebulkę obrać i pokroić w małą kosteczkę.
Imbir obrać, drobno utrzeć.
W garnku, lub głębokiej patelni
delikatnie zeszklić na oleju posiekaną cebulę. Dodać sypkie
przyprawy: kumin, kolendrę i papryczkę chilli, a także utarty
imbir – krótką chwilkę przesmażyć wraz z cebulą. Dorzucić
łyżeczkę muscovado i cały czas mieszając, jeszcze chwileczkę
smażyć, aż cukier się całkowicie rozpuści. Wrzucić pokrojone
bataty i kalafior – przemieszać, aby otoczyły się oliwą i
przyprawami. Smażyć ok. 1 min. na niewielkim ogniu. Zalać gorącą
wodą i zagotować. Gotować ok. 10 min. Dodać pulpę pomidorową i
ugotowaną wcześniej (lub z puszki, przepłukaną pod bieżącą
wodą) ciecierzycę. Gotować kolejnych ok. 10 min. aż warzywa
zmiękną (nie należy ich rozgotować). W międzyczasie doprawić do
smaku solą.
Przed samym podaniem wmieszać garść
posiekanych listków kolendry.
Podawać np. z chlebkiem naan (ja nie
miałam, podałam więc ze zwykłą bagietką).
Smacznego!
niedziela, 13 lutego 2011
7 rzeczy, których o mnie nie wiecie, a na stole popularny Boeuf Strogonow
Dostałam takiego maila:
„Zapraszam Cię do blogowej zabawy w „7 rzeczy...”
Sorki, ale to z sympatii.”
Z sympatii chciałabym pokroić Gutka na plasterki. :D I szczerze żałuję, że nie mieszkam bliżej, bo mogłabym zamysł wprowadzić w czyn. :D
Tak naprawdę zawsze wszelkie tego typu zabawy omijam szerokim łukiem i chyba bodaj nigdy jeszcze nie dałam się w nie wciągnąć... :)
Ale niech już będzie, ten jeden raz uchylę rąbka tajemnicy. Z sympatii. :)
Może nie wszystko będzie śmieszne, ale prawdopodobnie (a może nie... :D) prawdziwe.
No lecę, chciałabym mieć to już za sobą. :D Zaczynam od lat najwcześniejszych.
1) Jako dziecko nie cierpiałam majonezu, sałaty i żółtego sera. Za to nie miałam żadnego problemu ze zjedzeniem talerza flaczków i porządnej golonki. :D
2) Przez wiele lat sportowo grałam w szachy. Należałam do klubu, uczestniczyłam w treningach, jeździłam na mecze i turnieje, zgrupowania, etc.
Wiem co powszechnie mówi się o szachistach. :) Dzisiaj już mnie to nie wzrusza, ale wtedy byłam gotowa oczy wydrapać każdemu, kto odważył się powiedzieć na głos frazes „refleks szachisty”. :D
3) Jako początkująca studentka zapragnęłam stać się blondynką. Kupiłam więc stosowną farbę, samodzielnie nałożyłam na włosy, odczekałam, spłukałam... I okazało się, że na głowie mam marchewkę. Tak pomarańczową jak to tylko możliwe. :D Już nigdy więcej nie oszczędzałam na fryzjerze. ;-)
4) Jestem typową kobietą. Choć w szafie sporo, mój małżonek często słyszy jak marudzę „nie mam co na siebie włożyć...”. A najlepszym sposobem na chandrę, złe samopoczucie, czy inny czarny dzień są oczywiście zakupy.
5) Mam dziwną przypadłość: nigdy nic nie gubię. A czasem tak bym chciała! :)
6) Mam też inną przypadłość: nie noszę tipsów, nie korzystam (z niewielkimi wyjątkami) z solarium, nie wstrzykuję sobie botoksu, nie odsysam tłuszczu, nawet pełnego makijażu nie robię na co dzień, a tylko przy ważnych okazjach...
7) A kto wie, może powinnam łapać się już tych wszystkich metod, bo w tym roku, o czym zapewne nie wiecie stuknie mi 38 wiosen. :)
Tyle tajemnic na mój temat.
Do ujawnienia swoich typuję Kasię z bloga „Pokrojone i doprawione". :)
Kulinarnie natomiast zapraszam dzisiaj na popularnego „Strogonowa”, czyli rodzaj gulaszu wołowego.
Boeuf Strogonow
ok. 700g polędwicy wołowej
oliwa do smażenia
1 cebula
ok. 500ml bulionu (ew. wody)
2-3 listki laurowe
szczypta suszonego tymianku
szczypta suszonego cząbru
ok. 300g pieczarek
1 czerwona papryka
ok. 200g ogórków kiszonych
ok. 400ml passaty pomidorowej
sól, pieprz, słodka papryka – do smaku
1-2 łyżki musztardy (lubię taką z ziarenkami gorczycy)
ok. 125 ml (pół małego pojemniczka) kwaśnej śmietany (u mnie 18%)
1-2 łyżki mąki
Mięso pokroić w paseczki lub kostkę. Podsmażyć na patelni w odrobinie oliwy. Mięso przełożyć do większego garnka, a na patelnię wrzucić posiekaną cebulę i zeszklić. Przełożyć do mięsa. Całość zalać bulionem, włożyć listki laurowe, tymianek i cząber. Gotować do czasu aż wołowina nieco zmięknie (ale nie na tyle, by się rozpadała).
W międzyczasie obrać pieczarki. Wszystkie warzywa (pieczarki, papryka i ogórki) pokroić. Wrzucić do garnka z mięsem. Wlać passatę pomidorową. Zagotować. Doprawić do smaku solą, pieprzem, słodką papryką i musztardą. Gotować jeszcze ok. 20-30 min., do momentu, gdy mięso stanie się zupełnie miękkie.
Śmietanę wlać do kubeczka. Powoli (by się nie zważyło) dodawać trochę sosu z mięsa, energicznie mieszając. Dosypać mąkę, połączyć tak by nie zostały grudki, a następnie całość wlać do garnka z mięsem (najlepiej przez drobne sitko). Wymieszać. Zagotować.
Podawać ciepłe.
Smacznego!
wtorek, 18 stycznia 2011
Małe zmiany. I fasola nie-po-bretońsku.
Zwyczajnie, po kobiecemu nosiło mnie. :D Na zmiany. Nie żadne wielkie, ale takie maleńkie, kosmetyczne, prawie niezauważalne. :)
Na twarzy maseczka odświeżająca i masaż relaksujący sprawnymi dłońmi kosmetyczki. W domu w zanadrzu minimalne rewolucje wnętrzarskie. W kuchennych zakamarkach trochę nowych gadżetów. A na blogu nowa szata. :) Małe, a cieszy.
Mam nadzieję, że i Wam, wszystkim tu zaglądającym, spodoba się nowy, trochę prostszy i jaśniejszy w barwach wizerunek Pieprzu czy Wanilii. :)
Od czasu do czasu przychodzą takie okresy, że wprost błogosławię duże gary pełne pulpetów, gęstego lecza, zawiesistej zupy, fasolki po bretońsku i tym podobnych. Wiem, bywa nudno, gdy trzeci raz z rzędu zasiada się do tych samych smaków. No trudno. Idzie to przeżyć. Rekompensatą jest myśl, że kolejny gar z podobną zawartością zjawi się zapewne nie szybciej niż za kilka miesięcy. :)
Tym razem było inaczej. Przygotowanie potrawy typu „jednogarkowiec” nie było krzykiem rozpaczy zapracowanej matki i żony. :)
Na szczęście nie tym razem. :)
Pamiętacie niedawny wpis o fasolce adzuki z soczewicą? Zapowiedziałam już wtedy, że do fasolowych wkrótce powrócę. Słowo się rzekło. Oto dalszy ciąg moich kuchennych porządków i wietrzenia szafek. :)
Tym razem dokopałam się do popularnej wielce fasoli Jaś i mojej ukochanej ciecierzycy. Jeszcze jeden rzut oka do lodówki i decyzja podjęta: fasolka-nie-po bretońsku. :) W wolnym przekładzie oznacza to białą kiełbasę w pomidorach, z fasolą i ciecierzycą. Bez boczku, bez cebuli, i podwędzanych wędlin, które zwykle do tradycyjnej fasolki lądują.
Nie skończyło się na wielkim garze, ale na takim zwykłym, rodzinnym garnku. :)
Biała kiełbasa w pomidorach, z fasolą Jaś i ciecierzycą
5-6 białych kiełbasek wieprzowych (chodzi o surową kiełbasę)
ok. 150g suchej fasoli Jaś
ok. 150g suchej ciecierzycy (ew. 1 puszkę ciecierzycy z zalewy)
2 listki laurowe
½ łyżeczki suszonego majeranku
½ łyżeczki suszonego tymianku
szczypta cząbru (ok. 1/3 łyżeczki)
5-6 kuleczek ziaren kolendry
ok. 700 ml dobrej jakości passaty pomidorowej
sól, pieprz do smaku
szczypta sproszkowanej chilii (do smaku)

Następnego dnia wodę z namaczania odcedzić i wlać ok. 700 ml wody świeżej. Zagotować. Włożyć listki laurowe i wsypać roztarte w dłoniach suszone przyprawy. Gotować na niewielkim ogniu pod przykryciem, do czasu gdy fasola i ciecierzyca zmiękną. W międzyczasie (gdy wody jest jeszcze sporo) włożyć do garnka surowe kiełbaski i parzyć, aż nie będą surowe.
Gotowe kiełbaski wyjąć z garnka. Gdy przestygną – zdjąć z nich skórę, a mięso pokroić na dość duże kawałki.
Do garnka z dość miękką fasolką wlać passatę pomidorową. Zagotować. Doprawić do smaku solą, pieprzem i chilli. Gotować bez przykrycia jeszcze ok. 10 minut. Włożyć kawałki kiełbasek i pozostawić na ogniu na kolejne 5 min.
Podawać gorące z pieczywem.
Smacznego!
niedziela, 9 stycznia 2011
Gęste i pożywne. Fasolka adzuki z soczewicą.
Do tej potrawy nawet chleba, czy bagietki nie potrzeba. Jest tak gęsta i pożywna, że po kilku łyżkach czuję się P E Ł N A. Najedzona i pełna szczęścia. :)
Zasadniczo fasolkę adzuki można zamienić na dowolną inną odmianę. Ja obecnie, wraz z nadejściem nowego roku, zabrałam się za wietrzenie szafek. Zwłaszcza tych kuchennych. Wyciągam więc różne mniej lub bardziej zapomniane woreczki. Trzeba przyznać, że trochę się tego nazbierało (taka moja mania zbieractwa). Gdyby tak wszystko wysypać na stół i razem zmieszać... byłoby naprawdę kolorowo. :)
Wkrótce zapewne kolejne danie z fasolą na stole zagości, a tymczasem fiolete i pomarańcze smacznie w garnku zagrały.
Czerwona soczewica i fasola adzuki w sosie pomidorowym
½ szkl. fasolki adzuki
ok. 500 ml bulionu (lub wody)
Fasolkę zalać zimną wodą i zostawić do napęcznienia na noc. Następnego dnia odcedzić fasolkę. Wrzucić do garnka i zalać bulionem (lub wodą) i gotować na małym ogniu pod przykryciem, aż fasolka zmięknie.
2-3 łyżki oliwy
ok. 250g pieczarek
1 cebula
biała część pora
2 ząbki czosnku
1 czerwona papryka
ok. 1 łyżeczki suszonego oregano
ok. 1 łyżeczki suszonego tymianku
szczypta papryczki z Espelette (lub chilli)
1 szkl. czerwonej soczewicy
ok. 700 ml passaty pomidorowej
sól, pieprz do smaku
duża garść posiekanej natki pietruszki
Pieczarki obrać i pokroić w kostkę lub talarki. Paprykę pokroić w kostkę.
Cebulę obrać, drobno posiekać. Pora umyć, osuszyć, pokroić w półtalarki. Czosnek drobno utrzeć.
Na głębokiej patelni rozgrzać oliwę, wrzucić cebulę – chwilę smażyć; dołożyć pora i mieszając smażyć dalej, ok. 3 min. , aż cebula i por się zeszklą. Następnie dołożyć czosnek, oraz pieczarki i paprykę. Dodać oregano, tymianek i szczyptę papryczki, oraz czerwoną soczewicę. Mieszając smażyć kolejnych ok. 5 min. aż warzywa zmiękną. Zdjąć z ognia.
Zawartość patelni przełożyć do garnka z gotującą się fasolką. Gotować do momentu aż fasolka zupełnie zmięknie (w razie gdyby płynu było zbyt mało, można troszkę uzupełnić wodą lub dodatkowym bulionem). Na koniec wlać passatę pomidorową – zagotować. Doprawić do smaku solą i pieprzem (można też ponownie do smaku dodać papryczki) i gotować kilka minut. Zdjąć z ognia. Wrzucić posiekaną natkę pietruszki i wymieszać. Podawać gorące.
Smacznego!
sobota, 23 października 2010
Dynia - my love

Jak to nie lubisz? Zjedz trochę i wtedy porozmawiamy o tym czy ci smakuje, czy nie...
Bywa różne. Jednym razem uda się namówić na skosztowanie, innym nie. Ale jedno jest pewne: przełamaliśmy wiele kulinarnych barier. Całe mnóstwo pojedynczych składników i całych dań zostało oswojonych i polubionych.
Ja też niejedno oswoiłam. Ba! Pokochałam! Opowiadać mogłabym długo, ale dzisiaj wymienię tylko jedno słowo: dynia. :)
Śmiem twierdzić, że gdybym cztery lata temu nie dała się ponieść blogowej fali, zwanej Festiwal Dyniowy – dzisiaj nie mogłabym powiedzieć „dynia – my love”. A właściwie... dynia – my LOVE.
W tym roku po raz czwarty przyłączam się do Dyniowego Festiwalu, a po raz trzeci odbywa się on dzięki wielkiej miłośniczce dyni – Bey. :)

Przez tych kilka lat przekonałam się, że dynia jest tak uniwersalnym owocem, że można z niego wyczarować wiele, a może nawet wszystko. :) Gdzie by jej nie dodać, jak by nie przyprawić – zawsze zadziwi swoim smakiem.

Osobiście życzyłabym sobie, żeby na rodzimym rynku pojawiły się różne jej odmiany. Może niekoniecznie te tysiące, które rozsiane są po całym świecie, ale choćby kilkanaście... Tymczasem spoglądam na kolekcję Beatki i zazdroszczę niemiłosiernie... :)
Tegoroczny Festiwal Dyniowy rozpoczynam daniem z tajską nutką smakową. Polecam fanom ostrzejszych smaków. :)

Curry z dynią, batatami i kurczakiem
ok. 500 g wydrążonej dyni
1 batat
1 pierś z kurczaka
3 łyżki czerwonej soczewicy
ok. 700 ml bulionu drobiowego
½ szkl. zielonego groszku (użyłam mrożonego)
2 łyżki oleju (użyłam z pestek z winogron)
1 łyżeczka czerwonej pasty curry *
250 ml mleczka kokosowego
sól do smaku
Dynię i batata obrać ze skórki, pokroić w większą kostkę. Pierś kurczaka pokroić na kawałki.
W garnku rozgrzać olej. Wrzucić kawałki kurczaka, smażyć do momentu, aż mięso się zetnie. Dodać czerwoną pastę curry. Wymieszać i krótko przesmażyć (zacznie wydobywać się aromat pasty). Wrzucić batata, dynię i czerwoną soczewicę. Znów przemieszać. Zalać gorącym bulionem. Gotować ok. 20 min. aż warzywa zmiękną, a soczewica się rozpadnie. Zalać mleczkiem kokosowym. Zagotować. Wrzucić zielony groszek i gotować jeszcze ok. 3 min. Jeśli trzeba - doprawić do smaku solą.
Podawać gorące.
Smacznego!
* czerwona pasta curry często nazywana jest pastą „łagodną”, niemniej jak dla mnie jest piekielnie ostra. Użycie 1 łyżeczki pasty curry powoduje, że danie jest dość pikantne (jak na moje możliwości smakowe). Radzę więc stopniowo jej dodawać (np. Zacząć od ½ łyżeczki) i w miarę gotowania i próbowania - dodać więcej, jeśli uznamy, że wolimy danie ostrzejsze.
sobota, 4 września 2010
Jak Jędruś leczo gotował...
Jędruś (nomen omen ten sam, co z dziewczynami lubi pląsać w porzeczkowych krzakach) miał dylemat. Dylemat nie byle jaki, bo natury kulinarnej... Jędruś wszedł w posiadanie gigantycznych cukinii, prosto z ogródka mamy i zupełnie nie wiedział co począć z cukiniowym nadmiarem szczęścia. Nie mogłam zostawić Jędrusia w potrzebie. Pomoc była niezbędna.
- Jędruś, a masz pomidory? A kiełbaskę? A paprykę Jędruś masz?
Jędruś miał. Miał wszystko. A nawet więcej. Cebulkę Jędruś też miał.
- Jędruś ugotuj leczo. Ja ci mówię Jędruś, leczo będzie w sam raz dla ciebie.
Jędruś ugotował. Dał wszystko co miał. Czosnek i cebulkę też.
Czy dobre było...? Nie wiem, Jędruś nie zaprosił na obiad. :D
Więc ugotowałam swoje leczo. Takie jak zawsze. Ulubione.
Leczo
(na spore 4-5 porcje)
1 dużą cebula
2 średnie cukinie (ok. 20cm długości), lub 4 malutkie
2 papryki (najlepiej kolorowe: czerwoną i żółtą)
ok. 3 łyżki oliwy (tyle, by delikatnie przykryć dno garnka)
sól, pieprz do smaku
1 łyżeczkę suszonego oregano
szczyptę suszonego tymianku (ok. ¼ łyżeczki)
½ łyżeczki słodkiej papryki w proszku *
1 łyżeczkę słodkiej papryki wędzonej *
szczypta mielonej papryczki chili (do smaku)
1 litr passaty pomidorowej (albo domowego przecieru pomidorowego, a w sezonie ok. 1,5 kg świeżych pomidorów)
ok. 300 – 400g ulubionej wędliny (kiełbaski, parówki, boczek, etc.)
* ponieważ wędzona papryka nie wszędzie jest dostępna – można ją pominąć, a w zamian dodać dodatkową łyżeczkę papryki zwykłej
Cebulę obrać i posiekać drobno. Cukinię pokroić w kostkę (nie większą niż 1x1cm). Paprykę pozbawić gniazd nasiennych, wyciąć białe części i pokroić w paseczki lub kostkę.
W większym garnku rozgrzać oliwę. Wrzucić poszatkowaną cebulę i delikatnie ją zeszklić. Dołożyć cukinię i 1 łyżeczkę soli. Mieszając smażyć ok. 3 min. Dodać pokrojoną paprykę , oraz przyprawy: oregano i tymianek (rozetrzeć najpierw w dłoniach, by uwolnić aromat), paprykę w proszku i małą szczyptę papryczki chili. Wymieszać dokładnie i smażyć kolejne 3 min. Zalać wszystko pomidorową passatą (jeśli wybrane zostały świeże pomidory, to wcześniej zalać wrzątkiem, obrać ze skórek, powycinać twarde części w okolicach ogonka i pokroić w kostkę). Gotować przez 20 min. na średnim lub małym ogniu, mieszając co jakiś czas. W międzyczasie pokroić kiełbaski w plasterki i podsmażyć na patelni, na minimalnej ilości tłuszczu. Wrzucić wędlinę do garnka. Doprawić pieprzem, a w razie potrzeby jeszcze dodatkowo solą i chili (wszystko do smaku). Gotować kolejne 15 min.
Podawać na ciepło z bagietką, ciabattą, chlebem lub innym ulubionym pieczywem. Smacznego! :)
U mnie, od pewnego czasu, takim ulubionym pieczywem są smażone na patelni proziaki (placki na sodzie), które odkąd odkryłam na Waniliowym blogu Anny – przygotowuję każdorazowo do lecza. Są świetne do maczania w pomidorowym sosie. I bardzo dobre.
Proziaki
cytuję za Anną z bloga Waniliowo
1/2 kg mąki
1 łyżka soli
1 płaska łyżeczka sody oczyszczonej
250 ml zsiadłego mleka albo maślanki
1 łyżka cukru
Mąkę wymieszałam z sodą, solą, cukrem, powoli wlewałam maślankę i wyrobiłam gładkie, niezbyt twarde ciasto. (Gdyby się lepiło, można dodać mąki). Ciasto kroiłam na kawałki i rozwałkowałam na niezbyt grube, owalne placki (15 cm długości). Kładłam je na średnio gorącą patelnię i smażyłam po kilka minut z każdej strony, uważając, by ich nie przypalić. Można delikatnie podlewać je olejem, jeśli patelnia zacznie dymić. Chyba można zrobić nieco grubsze placki, ale trzeba je odpowiednio dłużej smażyć, więc chyba bez dodatku tłuszczu się nie obejdzie. Można je oczywiście upiec w piekarniku.
Subskrybuj:
Posty (Atom)