Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Migdały. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Migdały. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 21 kwietnia 2016

Coffee & macaroons


Dziwna to sytuacja, gdy na blogu zalega długa cisza. Wcale nie planowana. Zaglądam tutaj i czuję się trochę jak gość we własnym domu. Ot, po prostu tak wyszło. Bo ciągle „coś”. A to przysypiam (i to dosłownie), a to gna mnie tu i ówdzie. Gdy tylko mogę, uciekam z czterech ścian, gdziekolwiek, chociaż najlepiej tam, gdzie zielono i dużo kwiecia. Sporo czasu poświęcam na fitness. Ach! jakież to paskudne uczucie, gdy po zimie kilka intensywniejszych ćwiczeń sprawia, że oddech jakiś takki cięższy. ;-) Wakacje tuż tuż, urlop już zaplanowany, trzeba się dobrze przygotować, prawda? ;-)
Gdzieś pomiędzy tym wszystkim przeplatają się oczywiście prace zdjęciowe (chociaż, cóż... głównie nieblogowe), a ostatnimi czasy nawet przemiły epizod z małym planem filmowym. Uprzedzając pytanie: nie, nie! to w ogóle nie wchodzi w rachubę, nie zobaczycie mnie na ekranie. Drugiej strony obiektywu nie lubię i zdecydowanie wolę pozostać po dotychczasowej stronie mocy. ;-)
Chciałabym obiecać, że wraz z kwitnącą wiosną – zakwitnie i tutaj, i że blog znów będzie tętnił życiem, ale... wiem, że może być różnie. Dlatego deklaracje odkładam na bok, zobaczymy co czas przyniesie. :) Pamiętajcie jednak, żeby zaglądać na FB (tutaj - klik) i Instagrama (tutaj – klik) – tam jest mnie dużo więcej. :)


niedziela, 21 lutego 2016

Perskie ciasto z chałwą


Wiesz jak to jest... Wydaje Ci się, że masz silną wolę, że jak powiesz „nie”, to znaczy nie, jak „stop” - to tkwisz na stop, choćby nie wiem co... A jak powiesz sobie: „nie widziałam, nie piekę, nie zjem ani kawałka... ” - wymazujesz z pamięci i już nigdy nie wracasz do tematu...?
Teoretycznie właśnie tak powinno to działać, ale w praktyce teorie się nie sprawdzają. Nie w moim wypadku. Kto wie, może w Twoim też nie, jeśli lubisz mocno słodkie? Chociaż to już na szczęście nie moje zmartwienie... W końcu każdy sam odpowiada za swoje grzeszki, prawda? ;-)
Chodziłam wokół tego przepisu jak kwoka. Zaglądałam, myślałam, odrzucałam, wracałam, próbowałam sobie obrzydzić, próbowałam liczyć kalorie (milion! a może i dwa :D), zarzekałam się, że nie, nie i nie... Zestawiałam za i przeciw. Potem znów wracałam, tylko żeby zerknąć, choćby przez chwilkę.
I doskonale wiedziałam dokąd ta cała przepychanka z samą sobą prowadzi. To była tylko kwestia czasu. :)


wtorek, 19 stycznia 2016

Batonik na zdrowie. :)


Jak internet długi i szeroki - gdzie nie spojrzę - z wszech stron atakują mnie alternatywne słodkości. Bez cukru, bez mąki, bez jajek. Nie wierzę..., czy to w ogóle może smakować...?
Ze sporą rezerwą podchodziłam do „batonikowego” tematu. Być może trend na wege – batoniki przeminie, dokładnie tak, jak przeminęła zeszłoroczna moda na owsiankę... Notabene, w temacie owsianki byłam wyjątkowo twarda i do dzisiaj nie zjadłam ani łyżeczki. Wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazywały, że i tym razem dziarsko ominę ten cały boom. Do czasu, gdy gotowy wyrób przypadkiem trafił w moje ręce. Był słodziutki, pożywny i naprawdę smaczny. Prawdziwa energetyczna bomba i to bez wyrzutów sumienia. :) Idealny dla aktywnych, dla ćwiczących, biegających. Idealny dla zabieganych, bo pracy przy nich tyle co nic. Więcej czekania.
Cóż, złapałam bakcyla. I Wam też polecam. :)

czwartek, 17 września 2015

Kruszonka kontra pozostała reszta świata. Serowiec z jeżynami.


Historia ciasta, z którym dzisiaj tutaj przychodzę zaczęła się od kruszonki. :)
Nie od kupionych owoców, twarogu, czy czego tam jeszcze... W zasadzie to dość nietypowa kolejność, trochę jakby wypiek powstał od końca.
A wszystko przez to, że zachciało mi się fajnej kruszonki. Tak po prostu. A w zasadzie nie po prostu, ale szaleńczo. Tak szaleńczo, jak wielkie jest moje uwielbienie do tej niepozornej, sypiącej się, często zbyt słodkiej części ciasta.


poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Nie byle jaka kruszonka, owoce i krem :)


Kruszonka, to dobry starter, aby w kilka chwil wyczarować coś słodkiego, coś smacznego, coś ekspresowego.
Jest jednym z tych składników, które warto po upieczeniu, w niewielkich ilościach zachować w zamrażalniku na tzw. czarną godzinę. Przydaje się w kryzysowych sytuacjach, gdy nie ma czasu na pieczenie ciasta, a potrzeba coś słodkiego. Wystarczy chwilę wcześniej pozwolić jej, aby odtajała w temperaturze pokojowej, ewentualnie króciutko wspomóc wyższą temperaturą (mikrofalówka lub podgrzany piekarnik).


poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Z cyklu uzależniające. Pani Walewska.


Kruchutki, maślany spód, przesłodka beza, kwaskowy akcent czarnej porzeczki i waniliowy krem budyniowy. Warstwa po warstwie i to AŻ razy dwa. :) Brzmi niesamowicie kusząco, prawda?
Pani Walewska - bo o niej mowa – znana jest również jako Pychotka. Myślę, że zwłaszcza ta druga nazwa jest szczególnie wymowna. Kto lubi słodkości, będzie w niebie. Przy pierwszym, drugim i każdym kolejnym jedzonym kawałku. I chociaż sama preferuję mniej słodkie wypieki, a jeszcze mniej przepadam za ciastami suto potraktowanymi kremem, to Pani Walewskiej... ciężko mi się oprzeć. Jest w niej coś uzależniającego. :) Niestety ilość cukru w nim zawarta jest wprost proporcjonalna do uzależnienia.
To niezbyt dobry znak i chyba główny powód, dla którego nieczęsto gości na moim stole. Tylko przy szczególnych okazjach czy świętach. Ale jak się już pojawi...hulaj dusza! :D


czwartek, 26 lutego 2015

Coś nowego, coś starego. Makaroniki na osłodę. :)


Jeśli po wejściu na bloga pojawiło się zdziwienie i myśl: „ups! Chyba pomyliłam (pomyliłem) adresy” - to spokojnie! Jesteś w dobrym miejscu! :)
Pod tym adresem ciągle pomieszkuje sobie Pieprz czy Wanilia, tylko w ostatnich dniach pojawiło się odrobinę wizualnych zmian. Na razie głównie kosmetycznych: troszkę więcej bieli, nowy nagłówek, kilka zaniedbanych i brakujących dotąd ikonek, kierujących bezpośrednio na kanały społecznościowe, na których również można mnie (lub moje fotografie) spotkać.
To, co na chwilę obecną napawa mnie szczególną radością – to nowe logo bloga, zaprojektowane przez TataStudio z Gdańska. :)


poniedziałek, 10 listopada 2014

Rogale z białym makiem na 11 listopada


Gdybym mieszkała w Poznaniu (lub najbliższych okolicach), z pewnością 11 listopada zajadałabym się najprawdziwszymii rogalami świętomarcińskimi.
Ale nie mieszkam, dlatego zaraz po przebytej barwnej Paradzie Niepodległości, wstępuję do cukierni po rogaliki „Marcjanki”...
Aaa! Marcjanki?!



wtorek, 21 października 2014

Fig ciąg dalszy. Słodka tarta.



Gdybym miała w trzech krótkich słowach opisać panujący u mnie obecnie stan ducha, umysłu i ciała, to zamknęłabym je w najkrótszych: „praca, praca, praca”. Wrze i paruje, a pachnie, hmmm... - świętami. :)
Prędko? Owszem, jeśli myśleć rzeczywistymi, realnymi kategoriami. Ale w świecie wydawniczym, czas płynie trochę inaczej. Szybciej. I z konieczności wybiega do przodu.
Ma to swoje plusy, no choćby podwójne kulinarne świętowanie. :)

W międzyczasie, między jedną, a drugą świąteczną sesją – wracam na ziemię i buszuję w jesiennych darach. Ponownie wracam do fig.
 


piątek, 19 września 2014

Z jeżynami na skraju lata


Jeszcze chwila, a jak co roku zacznę narzekać. Że zimno, że ciemno, że słońca za mało, że światło nie takie jak lubię. Że poranne pobudki trudniejsze. I że z dnia na dzień coraz mniej pysznych i soczystych owoców na straganach. I że boczki rosną od tłustszego jedzenia. ;-) 
Ale to wszystko – oby jak najpóźniej. Bo na razie cud- miód – i jeżyny! :) Pogoda na mojej północy iście letnia, aż rwie się człowiek, by jak najwięcej czasu spędzić aktywnie. I gdyby nie praca, terminy i wrodzone poczucie obowiązku - żadna siła nie utrzymałaby mnie w czterech ścianach. Dzielę więc promienie na te, które łapię na nosie i te łapane obiektywem. Póki są!  


wtorek, 1 lipca 2014

S jak Sernik. T jak Truskawki. U jak Ukochane. W jak Wakacje.


Bez wątpienia z rozpoczęcia wakacji najbardziej cieszą się dzieci. Moje wprost szaleją ze szczęścia. :D Pszczółce miła jest myśl, że po wakacjach stanie się prawdziwą uczennicą (a nie tam zerówkowiczem, jak dotąd). ;-) Syn natomiast nie posiada się z radości, że oto wyczekiwana wolność nadeszła (!), twierdząc przy tym, że po tak ciężkim roku - żadna siła na niebie i ziemi nie zmusi go do wysiłku umysłowego przez najbliższe dwa miesiące...
My też się cieszymy, bo jednak lato to lato! Dłuższe leniuchowanie, spontanicznie organizowane grillowanie za miastem, duuużo spacerów (a ja łazik jestem, nogi ciągle mnie gdzieś niosą :)), że o zbliżającym się urlopie nie wspomnę. Do tego cała ta cudowna mnogość sezonowych owoców i zieleninki, którą dogadzamy sobie każdego dnia.
Jednym słowem radość na całego! :) 
 


piątek, 2 maja 2014

Tarta migdałowo – imbirowa z rabarbarem


Z niejakim wstydem wspominam fakt, że zaledwie kilka lat wstecz na sam widok rabarbaru robiłam kwaśną minę. Nigdy - licząc od lat najmłodszych – nie pałałam do niego czułością. Zupełnie nie pojmowałam szału chrupania surowego, zanurzanego w cukrze, a już zdecydowanie wprost nienawidziłam kompotu z pływającymi kwaśnymi nitkami... Ciasta z rabarbarem też przez długie, długie lata nie doczekały się mojej aprobaty.
A potem dość nieoczekiwanie lody zostały przełamane. Od kilku sezonów z niecierpliwością wypatruję czerwonych łodyg. Z zapałem wkładam do piekarnika kolejne wypieki, próbuję różnych kombinacji, a kwaśną minę zastąpił słodki uśmiech. :)
Tak! Pokochałam rabarbar! :) 

poniedziałek, 15 lipca 2013

Tarta migdałowa z czerwoną porzeczką



Miniony tydzień był zdecydowanie szalony. Pracowałam na pełnych obrotach, biegałam po sklepach z prędkością perszinga, miotałam się tu i tam, leczyłam strzykanie w kościach (jednak starość nie radość, jak już zaczyna strzykać to seriami, a co! :), a na koniec wypłakiwałam się E. w rękaw. A jeszcze potem nie mogłam spać, piekłam ciasto z porzeczką (radosna twórczość własna, czyli co masz pod ręką to wrzuć do gara), a koniec końców wykulałam piętnaście jagodzianek, bo jak już zaczynam piec to też seriami (jakaś równowaga w przyrodzie być musi ;-)). Ach! Odwiedziłam jeszcze rodzinnie kaszubski jarmark i jak zwykle w takich wypadkach – nie odmówiliśmy sobie dokonania małego zaopatrzenia w lokalne produkty.


piątek, 12 października 2012

O remoncie słów kilka


O tym, jak człowiek obrasta w niepotrzebne rzeczy – dowiaduje się zwykle z całą brutalnością przy okazji wszelakich remontów. Przerażający jest fakt, ile "skarbów" jest w stanie upchnąć w zakamarki szaf, bo przecież może „kiedyś się przyda(dzą)”... 
Gdy w wakacje odświeżaliśmy przedpokój, wydawało mi się, że już gorzej być nie może.
A jednak. Przez ostatni tydzień odgruzowywałam swój komputerowy kąt...
Powiem krótko: to była masakra. :D


Jak udało mi się przeżyć przejście huraganu, odgruzowywać po sufit to co zagruzowane, wyselekcjonować wśród miliona rzeczy najpotrzebniejszą garstkę, a w międzyczasie wykonać kilka sesji foto i jeszcze w miarę normalnie rodzinnie funkcjonować – doprawdy nie wiem. Chyba wizja „nowego” pchała do przodu...


No to mam. :) Odświeżone, odmalowane, odgruzowane i oddane do użytku moje stare - nowe miejsce pracy, blogowania, fejsowania i picia kawy. Cieszę się jak diabli!:)
Tutaj (klik) można podejrzeć fragment kąta komputerowego po liftingu.
A z tej radości, że „jestem znów na swoim” zapraszam wszystkich na wirtualne ciacho. O! :)
Oczywiście ciasto jesienne: z imbirem, gruszkami i migdałami.

Ps. W najbliższą niedzielę ogłoszenie wyników w konkursie Blog of Gdańsk 2012. Proszę! trzymajcie  kciuki... :)

  

Ciasto z migdałami, imbirem i gruszkami
(inspirowane przepisem w Delicious nr 9/2012)

4 gruszki (dojrzałe, ale niezbyt miękkie)
100g mąki
2 łyżeczki proszku do pieczenia
2 łyżeczki imbiru w proszku
100g mielonych migdałów
100g cukru
100g masła w temp. pokojowej
3 duże jaja w temp. pokojowej
ok. 70g imbiru kandyzowanego (drobno pokrojony)
garść płatków migdałowych

dodatkowa łyżka masła i łyżka mąki – do przygotowania foremki

Piekarnik nagrzać do temp. 180st. C.
Przygotować tortownicę o średnicy ok. 20-22cm. Wysmarować dno i boki masłem, i oprószyć mąką. Nadmiar mąki usunąć. (Zamiennie można wyłożyć foremkę papierem do pieczenia).
Gruszki obrać ze skórki, wydrążyć z gniazd nasiennych i pokroić w grubszą kostkę.
Mąkę przesiać wraz z proszkiem do pieczenia i sproszkowanym imbirem do osobnej miski.
Masło utrzeć z cukrem na puszystą masę. Nadal ucierając - dodawać kolejno po jednym jajku, a następnie przesianą mąkę i mielone migdały. Na koniec wmieszać kandyzowany imbir, oraz pokrojone gruszki.
Masę przełożyć do tortownicy. Wierzch posypać płatkami migdałowymi.
Piec ok. 50 min. Patyczek włożony w środek ciasta powinien być suchy.
Studzić na kratce.
Ostudzone ciasto można dodatkowo posypać cukrem pudrem.
Smacznego!

piątek, 21 września 2012

Tarta jesienna z figami



Rankiem z ledwością otwieram oczy. Rześkie, chłodne powietrze, wpadające przez okno – nie przyspiesza momentu opuszczenia ciepłej pościeli.
R. budzi dzieci, a zaraz potem wpada do kuchni i trzaska drzwiami lodówki. Ja w tym czasie podkradam jeszcze 5 minut snu. Ciiiiszej..., proszę.., ciiiiszej...
A potem gorąca kawa, którą R. parzy dla mnie w błękitnym imbryczku. Za każdym razem, gdy unosi się z niego aromat świeżo zmielonych ziaren – powracam myślą do słonecznej Toskanii... Jakże tam piękna musi być jesień! 


Pszczółka codziennie znosi do domu kasztany. Duże i małe. Wiecie, że już spadają?
Dzisiaj po raz pierwszy schyliłam się po żółty liść. Chwilę się zawahałam, a zaraz potem wylądował w torbie z zakupami...
A na targu fioletowo, jak tylko o tej porze roku to możliwe.
I wrzosy, które zawsze zachwycają, i śliwki, i bakłażany. I czas fig też nastał.
Upiekłam więc wczesnojesienne ciasto, zapominając trochę jakby niechcący, że R. wyjeżdża.
A teraz mam dużą foremkę pełną słodkości i chyba przyjdzie mi z nią zasiąść przy jakimś smacznym, jesiennym filmie. Chyba, że goście wpadną niespodziewani...:)


Dzisiaj proponuję tartę na kruchym spodzie, z nadzieniem z mielonych migdałów, nutą pomarańczy i gorzką czekoladą. A do tego jeszcze jesienne figi. :)
To bardzo, bardzo smaczne ciasto, ale uwaga! naprawdę dość tłuste!
Przepis na tartę pochodzi z książki, którą Wam jakiś czas temu recenzowałam: „A piece of cake”autorstwa Leili Lindholm (klik). To kolejny udany przepis z tej kulinarnej pozycji. :) Oczywiście, swoim zwyczajem wprowadziłam drobne zmiany, ale nazwałabym je raczej zmianami kosmetycznymi (np. zmniejszyłam ilość masła i cukru w migdałowej masie).
Polecam! :)

Wczoraj niektórzy z Czytelników bloga mieli nadzieję, że zaskoczę Was figami w wytrawnym wydaniu...
No cóż, nie tym razem... Plan był zdecydowanie słodki. :)
Ale tym wszystkim, którzy bardzo potrzebują inspiracji na figę niesłodką – odsyłam do archiwalnych wpisów na blogu, wśród których znajdziecie np. przepis na zapiekane figi z serkiem kozim, tymiankiem i orzeszkami piniowymi (klik), albo przepis na tartę z figami i gorgonzolą (klik).

Tymczasem weekend rozgościł się na dobre, więc życzę Wam wszystkim przyjemnie spędzonych najbliższych dni! :)


Tarta migdałowa z figami, z dodatkiem czekolady i pomarańczy
przepis z książki „A piece of cake” Leila Lindholm – z moimi zmianami
proporcje na dużą formę do tarty (moja ma średnicę dna ok. 25cm)

Spód z ciasta kruchego:
240g mąki (u mnie krupczatka)
150g bardzo zimnego masła
30g cukru
szczypta soli
1 duże jajko - rozkłócone
ok. ½ łyżki zimnej wody

Mąkę przesiać na stolnicę lub do misy robota, dodać zimne masło pokrojone w kostkę. Rozcierać, aż utworzą się małe grudki. Dodać cukier i szczyptę soli – wymieszać, a następnie wlać rozkłócone jajko i wodę. Zagnieść szybko ciasto. Gdyby ciasto nadal było zbyt grudkowate i nie zbiło się w kulę – można dodać jeszcze odrobinę wody.
Kulę ciasta spłaszczyć, zawinąć w folię spożywczą i pozostawić na ok. 30 min. w lodówce do schłodzenia.

Wypełnienie:
4 -5 dużych fig (lub 8-10 małych) – pokrojone w dwunastki lub ósemki
250g masła w temp. pokojowej
200g cukru
3 duże jajka w temp. pokojowej
drobno utarta skórka z 1 pomarańczy
65g mąki (przesianej)
300g zmielonych migdałów *
100g gorzkiej czekolady dobrej jakości – pokrojonej w kostkę
dodatkowo łyżka rozpuszczonego masła i odrobina mąki – do przygotowania foremki

* Migdały dzień wcześniej zblanszowałam, usunęłam skórki i suszyłam przez całą noc. Następnego dnia zmieliłam na drobniutko w blenderze. Można ułatwić sobie pracę, kupując z dobrego źródła mielone migdały.

Piekarnik rozgrzać do temp. 180st.C (u mnie grzałki góra – dół). Przygotować dużą formę do tarty – wysmarować wnętrze rozpuszczonym masłem i oprószyć równomiernie mąką. Nadmiar mąki usunąć.
Schłodzone kruche ciasto rozwałkować do średnicy ok. 4-5cm większej niż średnica formy. Wyłożyć formę ciastem (również ścianki boczne). Odciąć wystające ponad rant naddatki ciasta. Nakłuć w kilku miejscach widelcem. Podpiekać spód ok. 15 min.

W międzyczasie przygotować wypełnienie tarty.
Masło utrzeć z cukrem na puszystą masę. Cały czas mieszając dodawać po jednym jajku, a następnie skórkę z pomarańczy, mąkę i mielone migdały. Na koniec wmieszać kawałki czekolady.

Masę migdałową wyłożyć do formy na podpieczony spód – wyrównać szpatułką. Kawałki fig rozłożyć na wierzchu, delikatnie wciskając je w masę.
Piec ok. 55 – 60 min. aż masa się zetnie. Patyczek włożony w środek ciasta powinien być suchy.
Wystudzić przed podaniem.
Smacznego!


poniedziałek, 2 kwietnia 2012

Mazurek z morelami i marmoladą pomarańczową


Święta za pasem, wiosna w kalendarzu, a u mnie na północy śnieg pada, aż miło... Mokra aura mnie nie dziwi – przecież myłam okna, a to nieuchronny znak, że czyste szyby muszą zostać na nowo czym prędzej zabrudzone. Tak jest od zawsze. No i dobrze, zdążyłam się już przyzwyczaić. :D
Od mazurków wolę baby (zwłaszcza te drożdżowe!), ale od czasu do czasu i mazura popełnię, zwłaszcza, gdy nie jest zupełnie tradycyjny i nie topi się w kajmakach i kolorowych lukrach.
Ten, który prezentuję dzisiaj – wyszperałam u Asi z Kwestii Smaku (klik). Spodobała mi się jego odmienność i jednocześnie prostota. Lekko go zmodyfikowałam, ale były to zmiany raczej kosmetyczne. Jest szybki w wykonaniu, więc można go przygotować nawet na ostatnią chwilę.


Mazurek z morelami i marmoladą pomarańczową
inspirowane przepisem Asi z Kwestii Smaku (oryginał klik) – z moimi modyfikacjami

Kruchy spód ucierany:
150 g miękkiego masła
70 g miałkiego (drobnego) cukru do wypieków lub 60 g cukru pudru
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii (niekoniecznie)
150 g mąki pszennej
75 g mąki ryżowej

Forma o wymiarach około 25cmx 25cm *

Dodatki:
około ½ szklanki marmolady pomarańczowej
ok. 200 g suszonych moreli
ok. ½ szkl. płatków migdałowych

Polewa:
150 g białej czekolady
3 łyżki śmietanki kremowej 30%

Masło utrzeć z cukrem. Dodać ekstrakt z wanilii oraz przesianą mąkę pszenną wraz z mąką ryżową. Miksować przez chwilę lub wygniatać ręką łącząc składniki w kulę. Zawinąć w folię i włożyć do lodówki na około 15 minut.
Piekarnik nagrzać do 160 stopni.
Ciasto włożyć pomiędzy dwa arkusze papieru do pieczenia i rozwałkować na placek wielkości przygotowanej foremki. Zdjąć górny papier.
Placek przełożyć razem z dolnym papierem do formy
Wstawić do nagrzanego piekarnika i piec przez 30 minut, na lekko złoty kolor. Wyjąć z piekarnika i ostudzić. Delikatnie zerwać papier.

Morele pokroić w cienkie paseczki.
Na kruchym spodzie rozsmarować marmoladę pomarańczową. Rozłożyć pokrojone morele.
W rondelku roztopić białą czekoladę wraz ze śmietanką. Polać spód i od razu (zanim zastygnie) posypać płatkami migdałowymi. Pozostawić do zastygnięcia czekolady.


* w oryginale forma 33x26cm – ale mnie się nie udało rozwałkować ciasta do takiego wymiaru

sobota, 11 lutego 2012

Sentymentalne cofnięcie w czasie...


Na co dzień leżą zapomniane głęboko w szafie. Nawet nie pamiętałam, w którym z licznych kartonów i kartoników się zapodziały. Ale generalne porządki to dobry pretekst, by odgrzebać, odświeżyć, a w pamięci nadać im nowe życie.
Czarno – białe lub w odcieniach sepii. Mniej lub bardziej pożółkłe. Wiele z nich z charakterystycznymi ramkami, które przywodzą na myśl obraz oprawiony w passe-partout...


Na większości z nich moi dziadkowie. Ale też ich rodzeństwo, kuzynostwo, ich dzieci. Moja mama siedząca nad elementarzem (ile mogła mieć lat? pewnie nie więcej niż 7). Babcia F. w eleganckim płaszczyku na spacerze. Młody dziadek K. z aparatem w dłoni, który na kliszy uwiecznia swoje własne odbicie w lustrze. I wiele zdjęć ulic mojego rodzinnego miasta. Rozpoznaję większość z nich, choć dzisiaj to już zupełnie inne miejsca...
Odbyłam podróż. Sentymentalną.


Ciasteczka z masłem orzechowym i migdałami
z podwójnej porcji wg przepisu Donna Hay (z moimi zmianami)

200g masła w temp. pokojowej
280g masła orzechowego *
2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
150g jasnego cukru trzcinowego
2 jaja
ok. 350g mąki
½ łyżeczki sody oczyszczonej
garść całych migdałów – do dekoracji

Piekarnik rozgrzać do temp. 180st.C. Przygotować 2 duże blachy do pieczenia (u mnie te płaskie z wyposażenia piekarnika) – wyłożyć papierem do pieczenia.
Mąkę przesiać do oddzielnej miski wraz z sodą oczyszczoną.
Masło utrzeć z cukrem na puszystą, gładką masę. Dalej ucierając dodać masło orzechowe i ekstrakt z wanilii, a następnie po jednym jajku. Na koniec wmieszać mąkę z sodą.
Nakładać na blasze porcje objętości ok. 1 dużej łyżki (ja nakładałam malutką gałkownicą) – robiąc między porcjami ok. 2 cm odstępy. Na wierzch każdej porcji wcisnąć po 1 migdale. **
Piec ok. 12-15 min. aż do zezłocenia ciasteczek. Studzić na kratce.

* autorka poleca użyć gładkiego masła orzechowego – ja jednak dodałam takie z małymi kawałkami orzeszków
** wg oryginalnego przepisu przygotowaną masę należy uformować w wałek, zawinąć w folię spożywczą i schłodzić w lodówce, a następnie pokroić nożem na cienkie plasterki i dopiero wtedy ozdobić migdałami. Niestety przygotowana masa jest bardzo mięciutka i formowanie jej w wałek wydaje się niemożliwe. Dlatego zamieniłam ostateczną obróbkę i śladem innych znanych mi przepisów na ciasteczka z masłem orzechowym – zamiast chłodzenia – użyłam małej gałkownicy.

niedziela, 13 listopada 2011

Cantuccini



Włosi chrupią je, popijając Vin Santo.
Mnie to połączenie średnio zachwyca, choć nie omieszkałam z wakacyjnych wojaży przytargać dwie bursztynowe butle.
Na przekór wszelkim zachwytom – nie zostałam fanką tego słodkiego wina likierowego.
Wybieram inny zestaw: cantuccini i gorącą kawę.
Migdałowy sucharek zamoczony w moim ukochanym trunku nabiera szczególnego smaku. Tak smakuje mi o niebo! o niebo bardziej. :)

Dołączam dzisiejszy przepis do Orzechowego Tygodnia, pod gospodarską pieczą Atiny z bloga Tak sobie pichcę. :)






Cantuccini

2 b. duże jaja
1 szkl. cukru
2 szkl. mąki
mała szczypta soli
1 łyżeczka ekstraktu migdałowego (można pominąć)
1 łyżeczka proszku do pieczenia
starta skórka z 1 dobrze wyszorowanej cytryny
200g blanszowanych migdałów

Piekarnik rozgrzać do temp. 190 st.C (grzałki góra - dół). Dużą blachę wyłożyć papierem do pieczenia.
Mąkę, sól i proszek do pieczenia przesiać do osobnej miski.
Jaja ubić z cukrem i otartą skórką cytryny. Cały czas ucierając, dodać ekstrakt migdałowy, a następnie mąkę. Wmieszać blanszowane migdały.
Ciasto podzielić na 4 (w miarę równe) części. Masa będzie dość klejąca, ale wystarczy trochę oprószyć dłonie mąką i uformować wałeczki grubości ok. 1cm i szerokości ok. 4cm.
Ułożyć wałeczki na blasze. Piec ok. 20 min. Wyjąć z piekarnika, studzić ok. 10 min., a następnie bardzo ostrym nożem – pokroić na paseczki szerokości ok. 1-1,5 cm (równolegle do krótszego boku wałeczka). Rozłożyć ciasteczka ponownie na blasze. Dopiekać jeszcze po kilka minut (ok. 7-8) z obu stron aż do zezłocenia.
Smacznego!

poniedziałek, 10 października 2011

Czerwony zalew, a na deser frangipane


W weekend wjechało mi do domu 40 kg pomidorów. To o połowę mniej, niż w latach poprzednich. Żal mi ogromnie, ale jakoś wirusy tej jesieni szczególnie mnie sobie upodobały i skutecznie odebrały ochotę na większe prace kulinarne. Postawiłam więc na półśrodek. Mniej pomidorów, mniej pracy, mniej zmęczenia.
Co z tych pomidorów? Cel jak co roku ten sam: prawdziwy, zdrowy przecier, który zamykam w słoiki i pasteryzuję. Bez dodatków. Tylko „czyste” pomidory. Potem całą zimę i wiosnę wykorzystuję do sosów, gęstych zup, czy innych „jednogarnkowców”.
Trudno, ten sezon nie będzie tak obfity w zasoby domowe. Plus jest taki, że tym razem przepracowanie mi nie grozi. A trzeba przyznać, że monotonnej pracy przy przerabianiu jest sporo. Na szczęście moja czerwona maszyna – najgorszą część wykonuje za mnie. Nie mogę więc narzekać... :)


Tym sposobem jest jeszcze czas na jakiś dobry wypiek. Poprawiacz humoru.
Te małe naczynka na zdjęciach - zawierają frangipane z mielonych orzechów laskowych z gruszką w środku. Zamiast orzechów można użyć mielone migdały. Zresztą, każda wersja dobra. :)



Frangipane orzechowe z gruszkami
(na 6 foremek o średnicy 11cm)

100g masła w temperaturze pokojowej
100g cukru trzcinowego
1 b. duże jajko w temperaturze pokojowej (jeśli małe to 2 szt.)
20g mąki
100g mielonych orzechów laskowych

3 gruszki – obrane, przekrojone na pół i wydrążone z gniazd nasiennych
ok. 3 łyżeczki cukru trzcinowego (opcjonalnie, można pominąć)

Piekarnik rozgrzać do temperatury 190 st.C. Foremki do mini tart wysmarować masłem i obsypać lekko mąką.
Masło utrzeć z cukrem na puszystą masę. Dodać jajko. A w następnej kolejności – cały czas ucierając – mąkę i mielone orzechy.
Foremki wypełnić mniej więcej do połowy wysokości ciastem. Do każdej foremki włożyć w środek połówkę gruszki (można ją lekko ponacinać) i wcisnąć głębiej.
Piec ok. 20 min. (patyczek wetknięty w środek ciasta powinien być suchy).
Ostudzić.
Opcjonalnie: przed podaniem można posypać gotowe frangipane ½ łyżeczką cukru trzinowego i skarmelizować przy pomocy ręcznego palnika kuchennego. Ten etap można z powodzeniem pominąć.
Smacznego!

niedziela, 21 sierpnia 2011

Morele i migdały


Morele tego lata mają u nas duże wzięcie. Które notabene wcale nie przekłada się na morelowe wypieki. Znikają w sporych ilościach świeże i to zanim zdążę pomyśleć o innym przeznaczeniu dla nich. Maja wprost nie daje mi szansy na kulinarne poczynania i owoce zjada aż miło! Podczas toskańskich wojaży domagała się ich równie często co ukochanych lodów. :) A i powrocie do domu – fascynacja szczęśliwie nie maleje.


Tym razem jednak mając na uwadze, że to ostatnie morelowe chwile na straganach – zdecydowana byłam na szybką utylizację i to najlepiej w ukryciu. Oczywiście plan nie mógł się powieść, bowiem Pszczółka równie mocno lubi kręcić się po kuchni, co jej mama. :) Na szczęście zakupy były z przewidzianym zapasem, więc starczyło i do brzuszka, i do foremki.


A ciasto przygotowałam z rodzaju tych, co w środku więcej mielonych migdałów mają, niż mąki. Jest dość tłuste, ale jednocześnie raczej kruche. Lepiej jeść je na talerzyku, bo złapane w rękę może się rozpaść.
Upiekłam w podłużnej, wysokiej foremce, ale post factum uważam, że lepszym pomysłem jest użycie foremki na przykład kwadratowej i niższej. Niski wypiek łatwiej będzie kroić i mniej będzie okruchowych strat.



Ciasto migdałowe z morelami i tymiankiem
(na foremkę prostokątną 30x11cm lub kwadratową 20x20cm)

150g masła w temperaturze pokojowej
150g cukru
2 bardzo duże jaja (lub 3 mniejsze) w temperaturze pokojowej

170g mąki
200g mielonych (obranych) migdałów
1 łyżeczka proszku do pieczenia
ok. 1 łyżeczki świeżych listków tymianku
garść płatków migdałowych (do posypania wierzchu ciasta)
ok. 500g moreli

Przygotować foremkę, wysmarować masłem i oprószyć odrobiną mąki, lub wyłożyć papierem do pieczenia. Piekarnik nagrzać do temperatury 180 st.C.
Morele umyć, osuszyć, przekrajać na pół i wypestkować.
Mąkę przesiać wraz z proszkiem do pieczenia do osobnego naczynia.
Masło utrzeć z cukrem na gładką, puszystą masę. Cały czas ucierając, dodawać po jednym jajku, a następnie stopniowo dodawać przesianą mąkę. Na koniec wmieszać mielone migdały i listki tymianku.
Wlać masę do foremki. Połówki moreli wtykać dość gęsto w ciasto. Z wierzchu posypać płatkami migdałów.
W przypadku użycia foremki wąskiej i wysokiej – piec ok. 60 min. Jeśli używamy foremki 20x20 czas pieczenia powinien być krótszy (ok. 40 min.).
W obu przypadkach należy przed wyjęciem z pieca włożyć w środek ciasta patyczek i sprawdzić czy jest suchy.