piątek, 25 czerwca 2010

Łosoś pachnący tymiankiem i cytryną. Z warzywami.


W tym roku udało mi się do mojego „zaokiennego” mini – zielnika zakupić sadzonki tymianku cytrynowego (Thymus citriodorus). Wyglądem właściwie niewiele odbiega od tymianku właściwego (Thymus vulgaris), ale zapach to już zupełnie inna bajka... Wystarczy delikatnie potrzeć palcami listki, a pozostaje na nich wspaniały, cytrynowy aromat. Zapach tak ładny i rześki, że żal myć ręce.. ;-) Nie miałabym nic przeciwko temu, by pachniały tak cały czas... :)


Roślina rośnie mi w oczach. Do domu przyniosłam kilka tygodni temu dwie ładnie rozrośnięte, ale dość niskie sadzonki, a w międzyczasie rozbujały się jak szalona. :) Nie straszna im była nawet kapryśna, bądź co bądź, pogoda. Nie, nie, nie martwi mnie to wcale. :D Lubię mieć pod ręką świeże zioła, a im ich więcej tym lepiej, bo szczodrą ręką dorzucam je gdzie się da. Do sałaty, do mięsa, na kanapkę, do makaronu, na świeżego pomidora, do ryby...


A ryba tymianek bardzo lubi. Cytrynowy tymianek lubi chyba jeszcze bardziej. :) Miałam okazję się o tym przekonać. Był więc soczysty łosoś, mocno cytrynowy i pieczone warzywa. Prawdziwie letnie zestawienie. Chyba w sam raz na pierwszy dzień wakacji... :)



Łosoś pachnący tymiankiem, pieczony z warzywami

Ryba:
2 porcje świeżego łososia
sok i otarta skórka z 1 cytryny
kilka gałązek świeżego tymianku cytrynowego
sól, pieprz
odrobina oliwy z oliwek

Łososia umyć, osuszyć, skropić oliwą i sokiem z cytryny. Posypać solą, pieprzem, listkami świeżego tymianku, skórką z cytryny. Pozostawić na min. 1 godz.

Warzywa:
kilka / kilkanaście sztuk młodych, malutkich ziemniaczków (jeśli większe – to pokrojone na części)
1 pęczek zielonych szparag
kilka sztuk pomidorków koktajlowych
sól
kilka gałązek świeżego tymianku
oliwa do nawilżenia warzyw (ok. 1 łyżka)

Piekarnik nagrzać do temp. 200 st.C.
Ziemniaki wyszorować szczoteczką. Włożyć je do miski, spryskać oliwą, posolić, posypać częścią tymianku. Wymieszać. Tą samą czynność powtórzyć z pomidorkami i szparagami.
Wyłożyć ziemniaki do dużego naczynia żaroodpornego lub blachy z piekarnika wyłożonej papierem do pieczenia. Piec ok. 20-30 min. Po tym czasie nakłuć ziemniaka patyczkiem (np. do grilla) i jeśli jest już lekko miękki – to dołożyć do ziemniaków pomidorki, szparagi i łososia.
Piec kolejnych ok. 10 min. Aż mięso łososia się zetnie.
Podawać gorące. Smacznego!

niedziela, 20 czerwca 2010

Sałata. Na szybko.


To nieprawdopodobne z jaką prędkością mija mi każdy kolejny dzień. Dziesiątki spraw, informacji, wydarzeń, kupionych rzeczy, podjętych decyzji, zjedzonych kanapek, wypitych kaw, skradzionych uścisków dzieciaków... Czyste szaleństwo, a ja w jego epicentrum.
Kilka dni temu Bea zapytała mnie na skypie: „A Ty co tak się lenisz?!? od 8 czerwca nic na blogu nowego?!?”. „No jak nic...?” Po czym pognałam sprawdzić i ze zdziwieniem odkryłam, że rzeczywiście nic. Kiedy minęło tyle dni??? Przecież mam wrażenie, jakbym wczoraj dokonywała ostatniego wpisu...


Dzisiaj prezentuję zatem posiłek, który w różnych kombinacjach chyba najczęściej gości w moim domu. Nie tylko teraz, gdy obfitość warzyw na straganach, ale przez cały rok. Posiłek, który wymaga minimum pracy, minimum poświęconego czasu. Sałaty i sałatki. Robione szybko, niemal „w locie”, zjadane z przyjemnością.

Proporcje tak naprawdę są bardzo dowolne. Do miski wrzucam co mam i tyle ile zdołamy zjeść. :)

Sałatka ze szpinaku, szparagów i jaj przepiórczych

listki młodego szpinaku
główki szparag (z 1 pęczka) – ugotowane al dente na parze lub w wodzie
jajeczka przepiórcze (dałam po 4 szt./1 os.) - ugotowane na twardo
pomidorki koktajlowe
rzodkiewki – pokrojone w plasterki
listki świeżej bazylii
płatki parmezanu

Dressing (na 2 porcje):
1 łyżka soku z cytryny
1 łyżka oliwy z oliwek extra vergine (z pierwszego tłoczenia na zimno)
1 łyżeczka musztardy francuskiej (z całymi ziarenkami gorczycy)
sól morska (u mnie fleur de sel) – do smaku
świeżo mielony czarny pieprz – do smaku

Wszystkie składniki dressingu mieszamy.
Do misek wkładamy szpinak i pozostałe przygotowane składniki. Bezpośrednio przed podaniem do spożycia – polewamy dressingiem. Podawać z bagietką, grzankami, etc.
Smacznego.

wtorek, 8 czerwca 2010

Kiepski dzień od samego rana. Oraz migdałowe frangipane z truskawkami i rabarbarem.


Nie ma to jak dobrze zacząć dzień... Dzisiejszy rozpoczęłam wręcz fenomenalnie. W pierwszej kolejności tylko zmarzłam okrutnie w drodze do pracy. Po wczorajszym upale, który pokonywałam w grubym swetrze – dzisiaj dałam się zwieść porannemu słońcu i dla odmiany odziałam się zupełnie na letniaka. Chłodny poranny wiatr przeszył mnie do szpiku kości, że aż zęby dzwoniły.


Potem było już tylko gorzej. Czekała mnie inwentaryzacyjna praca „w terenie”, podczas której koncertowo wlazłam (nie weszłam, nie wpadłam..., zwyczajnie wlazłam jak ostatnia oferma) po same kostki do paskudnej, burej kałuży. Buty, skarpety, stopy, a nawet nogawki spodni – mokre i brudne! Nieprzyjemnie... A przede mną jeszcze kilka godzin pracy, w tym wizyta w urzędzie... Ponieważ nieszczęścia chodzą parami, a w moim beznadziejnym przypadku nawet trójkami – nie wiedzieć kiedy (bo jakoś nie zarejestrowałam tego faktu, widać za bardzo byłam zajęta mokrymi butami) - „uszkodziłam” palec u ręki, który do tej pory daje o sobie znać dziwnym bólem.
Mam nadzieję, że na dzisiaj wyczerpałam już limit przygód wszelakich. Szczęśliwie dzień chyli się ku końcowi, więc z ulgą zaraz schowam nos pod kołdrę, licząc, że tam już nic mnie nie dopadnie. :D


Sądzę, że nikt mnie nie podejrzewa o to, że w takim dniu, jak dzisiejszy – byłabym zdolna szaleć w kuchni. :D Obawiam się, że nic dobrego by z tego nie wyszło. Katastrofa murowana. Przezornie więc na żadne kulinarne realizacje sobie nie pozwoliłam. :D
Ale mam do pokazania Wam smaczny deser, który wykonałam w ostatni weekend i choć ze względu na sporą ilość masła był dość tłusty – znikł w oka mgnieniu.
Te tarteletki, które widzicie na zdjęciach kryją w sobie mnóstwo mielonych migdałów, oraz obecne sezonowe owoce, czyli rabarbar i truskawki.
Inspirację znalazłam na jednym z moich ulubionych blogów anglojęzycznych Cannelle et vanille. Skorzystałam z przepisu autorki, choć minimalnie go zmieniłam (np. pominęłam mielone orzechy na rzecz samych migdałów). Może i Was zachęcę do wypróbowania? Nie jest skomplikowany..., nieźle wygląda..., jeszcze lepiej smakuje... :)



Tarteletki migdałowe z truskawkami i rabarbarem
wg przepisu na frangipane z bloga Cannelle et vanille (z moimi zmianami)
(proporcje na 7 foremek do mini tart o średnicy 11cm)

200g masła w temperaturze pokojowej
150g cukru (w oryginale 200g)
2 jajka w temperaturze pokojowej
30g mąki
200g drobno mielonych migdałów

ok. 250 g różowego rabarbaru – pokrojonego w kostkę
kilkanaście truskawek

Piekarnik rozgrzać do temperatury 190 st.C. Foremki do mini tart wysmarować masłem i obsypać lekko mąką.
Masło utrzeć „do białości” z cukrem. Cały czas ucierając wlewać po jednym jajku. Dodać mąkę , a następnie mielone migdały. Gdy masa będzie spójna i puszysta – dorzucić kawałeczki rabarbaru. Wymieszać.
Nałożyć ciasto do foremek. Na wierzchu porozkładać połówki truskawek, wciskając je odrobinę w ciasto.
Piec ok. 40 min. (patyczek wetknięty w środek ciasta powinien być suchy).
Smacznego!

środa, 2 czerwca 2010

Fritatta. Szparagi i fenkuł.


Ochota na fritattę, koniecznie ze szparagami, chodziła za mną już od jakiegoś czasu. W każdym razie, myśl o niej pojawiła się wcześniej, niż szpragi na straganie. :)
Chodził za mną smak jajecznego placka, w głowie snuły się dość mętne i nie do końca sprecyzowane pomysły na warzywny „wkład”. Że szparagi – to rozumiało się samo przez się, ale co do reszty – miałam pustkę w głowie.


Ten przepis spadł mi poniekąd z nieba. :) Ściślej mówiąc, ze smacznego bloga „What's for lunch, Honey?”. Jeden rzut oka na zdjęcia i wszystko było jasne. Zestawienie fenkuła ze szparagami bardzo mi się spodobało. Nie znałam takiego połączenia, ale coś mi tam w środku szeptało, że nie może być źle. Co prawda, autorka bloga proponowała jeszcze dodatek świeżej rzeżuchy, ale tej akurat obecnie nie hoduję, a czekanie kilku kolejnych dni – nie wchodziło w rachubę. Chciało mi się jeść już i teraz. :D Zamiast rzeżuchy – sypnęłam szczodrą garścią świeżej mięty, którą darzę miłością wielką.
Przepis potraktowałam jak zwykle dość swobodnie. Zwłaszcza jeśli chodzi o samo wykonanie.
Polecam, bo dobre. Bardzo. :)



Fritatta ze szparagami, fenkułem i młodymi ziemniakami
inspirowane przepisem z bloga „What's for lunch, Honey?”

4-5 jaj
2-3 młode ziemniaki średniej wielkości
pęczek szparagów
1 bulwa fenkuła (koper włoski)
1 ząbek czosnku – w łupince
sól, pieprz
garść świeżej mięty drobno posiekanej
oliwa do smażenia

Warzywa umyć i osuszyć. Młode ziemniaki pokroić w grubszą kostkę. Szparagom odłamać twarde końcówki, pokroić na 4-5cm cm kawałki. Główki szparag odłożyć osobno. Bulwę fenkuła pokroić w cienkie piórka.
Rozgrzać na patelni niewielką ilość oliwy. Wrzucić pokrojone ziemniaki, smażyć przez kilka minut, aż zmiękną. Dodać ząbek nieobranego czosnku, fenkuł i kawałki szparagów (bez główek). Posolić i smażyć kolejnych kilka minut – mieszając od czasu do czasu. Pod koniec smażenia, gdy warzywa będą już prawie gotowe – dodać główki szparag i dusić jeszcze ok. 2-3 min. Wyłowić ząbek czosnku i wyrzucić.
W misce rozkłócić jaja. Doprawić solą i pieprzem. Dodać posiekaną świeżą miętę. Wymieszać.
Usmażone, miękkie warzywa zalać jajami. Szybko przemieszać całość i pozostawić na niewielkim ogniu, najlepiej pod przykryciem na ok.5 minut, do momentu, aż spód placka dobrze się zetnie. Co jakiś czas potrząsać energicznie patelnią, aby placek nie przywarł do patelni. Przerzucić placek na drugą stronę i smażyć jeszcze ok. 3min.
Podawać od razu na ciepło.
Smacznego!

piątek, 28 maja 2010

W gościnie u Bey. Rabarbar.


Ilekroć twierdzę, że coś mi niezbyt, albo nawet zupełnie nie smakuje – nagłym przypadkiem – okazuje się, o dziwo..., że TO nie jest takie złe. Ba! Czasem nawet przekonuję się, że jest bardzo dobre! Te odkrycia utwierdzają mnie niezmiennie w przekonaniu, że wraz z wiekiem – zmieniają się moje upodobania kulinarne. Przyznaję, że cieszy mnie to zjawisko, bo oznacza, że mam szansę „pobawić się” nowymi smakami, dotąd tak bardzo przeze mnie niedocenianymi.


Tak się składa, że lubię przebywać w kuchni Bey. Najchętniej chciałabym dosłownie, osobiście, ale muszę poprzestać na wirtualnej gościnie. Beata posiada, moim zdaniem, niebywały dar przekonywania. Jeśli twierdzi, że coś jest pyszne – to ja nie potrafię Jej nie wierzyć. :D Było tak już nie raz. Zdarzyło się i teraz.
Za rabarbarem nie przepadałam odkąd tylko pamiętam. Zawsze był dla mnie za kwaśny, za cierpki, za włóknisty, za... dziwny i nie mój. :) No nie mój smak i już. ;-)

Tymczasem Bea wystawia na światło dzienne ciasto... pięęękne w swej prostocie. Kuszące. Bardzo kuszące. I niestety z rabarbarem. :D Pomyślałam sobie: co tam, upiekę dla męża, przecież sama nie muszę jeść. Ostatecznie zdarzało mi się już tak robić wcześniej.
Upiekłam, spróbowałam mały kęs i chyba wpadłam po uszy. Bo nie skończyło się na małym kęsie. Jadłam i jadłam, i nie mogłam się nadziwić, że smak rabarbaru jest tak bardzo inny, niż go pamiętam. Nie wiem, czy miałabym odwagę spróbować surowego, ale upieczony naprawdę nie jest zły! :) Mam w planach kolejny rabarbarowy wypiek. Przepis już czeka. A tymczasem zachęcam i namawiam wszystkich na ciasto podwójnie rabarbarowe wg przepisu Bey.


Wszystkim życzę miłego weekendu i jak najwięcej słońca! Ja za nim tęsknię bardzo, bardzo!



Ciasto podwójnie rabarbarowe
cytuję za Beą z bloga Bea w Kuchni

na tortownicę o średnicy 20-22 cm

na‘sos’rabarbarowy:
ok.150grabarbaru
20 g cukru
otarta skórka z 1 pomarańczy
Rabarbar umyć, osuszyć, pokroić, przełożyć do rondelka, dodać cukier i gotować na wolnym ogniu do miękkości; następnie zmiksować i przełożyć na sito do ewentualnego odsączenia, musi bowiem być dosyć gęsty (‘sos’ możemy przygotować np. dzień wcześniej i umieścić go na noc w lodówce).

*‘sos’ rabarbarowy powinien być naprawdę dobrze odsączony, by nie zrobił się zakalec; możemy ewentualnie wymieszać go wcześniej z odrobiną ciasta lub dodać nieco więcej mąki, jeśli ciasto wydaje nam się zbyt ‘luźne’; jeśli zaś nasz ‘sos’ jest dosyć wolgotny, możemy dodać nieco mniej pokrojonego rabarbaru na wierzch

na kruszonkę :
50 g zimnego masła
50 g cukru
35 g mąki
35 g drobno zmielonych migdałów

Wszystkie składniki dokładnie ‘posiekać’ lub rozetrzeć palcami aż powstanie kruszonka. Pozostawić w chłodnym miejscu.

na ciasto :
ok. 250 g rabarbaru
130 g mąki
70 g drobno zmielonych migdałów
1 łyżeczka proszku do pieczenia
60 g miękkiego masła
135 g cukru
2 jajka
3 łyżki kwaśnej śmietany
otarta skórka z 1 cytryny
½ strartego ‘ziarenka’ tonki (możemy zastąpić wanilią lub cukrem waniliowym)
+ 3 łyżki ‘sosu’ rabarbarowego

Piekarnik rozgrzać do 180°.
Rabarbar umyć, osuszyć i pokroić.
Mąkę wymieszać z migdałami i proszkiem. Masło utrzeć z cukrem, następnie dodawać po jednym jajku i dalej miksować, aż masa będzie jednolita. Dodać otartą skórkę z cytryny, stratą tonkę oraz połowę mąki, dobrze wymieszać, a następnie – ciągle miksując – dodać śmietanę oraz resztę mąki. Przelać ciasto do natłuszczonej i lekko wysypanej mąką tortownicy. Na wierzch nałożyć 3 łyżki ‘sosu’ rabarbarowego i lekko wmieszać je w ciasto (jak przy pieczeniu zebry np.). Następnie posypać ciasto pokrojonym rabarbarem i posypać kruszonką. Piec ok. 55 minut (lub do suchego patyczka). Pozostawić na kilka-kilkanaście minut w ciepłym piekarniku, a następnie wystudzić na kratce.

piątek, 21 maja 2010

Zielone reminiscencje i risotto ze szparagami i miętą.


Kilka ostatnich dni spędziliśmy na na Dolnym Śląsku. Wrocław przywitał nas silnym wiatrem, zachmurzonym niebem i deszczem. Można by powiedzieć, że nic nowego. Wszak mamy maj w tym roku – jaki mamy... Dla mnie jednak deszczowy wizerunek Wrocławia – to prawdziwa nowość. Bowiem to miasto zawsze, od wielu lat, witało nas przepiękną pogodą i wysokimi temperaturami. Jednak nie tym razem.


Żałuję, że nie było okazji, by pospacerować po Starówce, ale za to, pomimo bardzo niesprzyjającej aury – nie mogłam się oprzeć przyjemności pobuszowania w ogrodzie naszych Gospodarzy. :) A tam, zielono, kwitnąco, pachnąco konwalią i bzem... Z ziół królowała mięta. Obłędnie aromatyczna! Z ogromną przyjemnością z jej świeżych listków parzyłam herbatkę... Ależ smakowała!


Risotto ze szparagami to już danie niemal sztandarowe w moim domu. Ląduje na stole co sezon, choć staram się, by za każdym razem smakowało trochę inaczej. Tym razem oprócz szparagów – znalazły się w nim suszone pomidory i mięta. Mój syn, który raczej omija szerokim łukiem dania z ryżem (boleję nad tym wielce) – zjadł całą porcję i ani razu nie zamarudził. :) W jego wypadku – to naprawdę wyczyn, a dla mnie sygnał: było dobre. :)
W kwestii szparagów – wciąż nie powiedziałam ostatniego słowa... :) A muszę Wam powiedzieć, że prawie codziennie goszczą na naszych talerzach. Czysta przyjemność... :)


Risotto z zielonymi szparagami, suszonymi pomidorami i świeżą miętą
(proporcje na 2 osoby)

pęczek zielonych szaragów
2 łyżki oliwy
1 szalotka drobno posiekana
1 szkl. ryżu carnaroli lub arborio
100 ml białego wina
0,5 l bulionu warzywnego
kilka (5-6 szt.) suszonych pomidorów z oliwnej zalewy
4 łyżki startego parmezanu
świeżo mielony pieprz
sól (opcjonalnie, do smaku)
garść poszatkowanych listków świeżej mięty
sok z 1/2 cytryny

Przygotować bulion warzywny (powinien być gorący).

Szparagi umyć, osuszyć, odłamać zdrewniałe końcówki. Odkroić główki i odłożyć osobno; łodyżki pokroić w 2-3cm kawałki.
Do garnka lub głębokiej patelni wlać oliwę i zanim zdąży się rozgrzać wsypać poszatkowane szalotki. Podsmażać, mieszając, do lekkiego zeszklenia. Po chwili wrzucić ryż. Smażyć 2-3 minuty, aż ryż się zeszkli. Zalać białym winem. Dusić do momentu, gdy płyn odparuje. Teraz partiami dolewać bulion: najpierw pół szklanki, gdy wyparuje znów pół szklanki i jednocześnie dodać pokrojone łodyżki szparagów. Potem płynu dolewamy po 1-2 łyżki, tak długo, aż ryż dostatecznie zmięknie. Na 2-3 minuty przed końcem duszenia – dorzucić główki szparagów (one bardzo szybko miękną).
Gotowe risotto zdjąć z ognia. Doprawić pieprzem. Dodać starty parmezan – wymieszać, a następnie posiekaną miętę i skropić sokiem z cytryny. Znów wymieszać. W razie potrzeby doprawić do smaku solą.
Podawać gorące.
Smacznego!

piątek, 14 maja 2010

Pappardelle z serowym sosem i szparagami


Niezmiennie czuję żal, że Pomorze, w którym przyszło mi (notabene od urodzenia) mieszkać, to ten obszar kraju, do którego najpóźniej docierają wszystkie sezonowe warzywa i owoce. Gdy reszta kraju objada się ze smakiem młodymi ziemniakami, pysznymi truskawkami, czy szparagami – mnie przychodzi tylko zazdrośnie przełykać ślinkę. ;-)


Już od dobrych dwóch, jeśli nie trzech tygodni zaglądam w cudze talerze i przeżywam katusze. :D Ale teraz już koniec! :D Najbardziej majowy z majowych warzyw – już i u nas gości na straganach.! :) Nie tracąc ani chwili dłużej – obiady muszą być przez najbliższy miesiąc – zielone, szparagowe, lekkie, majowe...
A zaczynam domowym makaronem. Chciałabym dokładkę... :) Dużą! :)



Pappardelle z serowym sosem i szparagami
(na 2 porcje)

2 porcje makaronu pappardelle (przygotowuję świeży makaron z 2 jaj + ok. 230g semoliny)
1 ząbek czosnku drobno utarty
1 łyżka oliwy
1 op. serka brie (125g) – z odkrojoną skórką
ok. 1/3 szkl. świeżo utartego parmezanu
1 pęczek zielonych szparagów
kilka pomidorków koktajlowych – pokrojonych na połówki lub ćwiartki
świeżo mielony pieprz

Szparagi umyć, osuszyć, odłamać zdrewniałe końcówki. Pokroić i na 3-5cm kawałki. Główki szparagów odłożyć osobno.
Przygotować dwa garnki z wodą. W jednym, większym, zagotować osoloną wodę do ugotowania makaronu. W drugim ugotować szparagi al dente (szparagi gotuję ok. 4 min. po zagotowaniu wody, po czym dorzucam główki szparag i gotuję jeszcze ok. 2-3 min.).
Przygotować sos: na rozgrzaną patelnię wlać oliwę i wrzucić drobno starty ząbek czosnku – cały czas mieszając - smażyć bardzo krótko (dosłownie 15-20s., tak żeby czosnek absolutnie nie zdążył zbrązowieć). Włożyć serek brie (po dokładnym skrojeniu skórki) i mieszając – doprowadzić do całkowitego rozpuszczenia. Ponieważ powstający sos jest dość gęsty – podlać kilkoma łyżkami (wg uznania, np. 3-4 łyżki) wody, w których gotowane były szparagi lub makaron.
Do gorącego sosu wrzucić świeżo ugotowany makaron al dente, starty parmezan, oraz pieprzu do smaku. Wszystko wymieszać. Podawać od razu udekorowane pomidorkami koktajlowymi.
Smacznego!

sobota, 8 maja 2010

Rozważania znad smacznych stronic. Banana bread.


Dobra dusza o rajskim imieniu :) zaopatrzyła mnie ostatnio w anglojęzyczne magazyny kulinarne. Prawdę powiedziawszy chętnie wzięłabym miesięczny urlop w pracy, by oddać się uciechom kucharzenia. Z przyjemnościom przerobiłabym wszystko od deski do deski, strona po stronie, bo każde danie krzyczy do mnie z pięknych zdjęć: „ widzisz jakie jestem smaczne?!”. :D Dość powiedzieć, że niemal co wieczór przeglądam czasopisma i planuję co i kiedy przyrządzę. Ekhmmm..., w planowaniu „na wyrost” jestem bardzo dobra. Rewelacyjna wręcz! :D Niestety gorzej z realizacją tychże planów. :D Gdy przychodzi co do czego, zamiast pieczonego kurczaka z fasolką ze strony 44 – przyrządzam szybką sałatę z dodatkiem warzyw i grzankami. Przecudnej urody lazania z krewetkami, łososiem i szpinakiem – zostaje zamieniona na zwykły makaron z serem pleśniowym... Mogłabym wymieniać dalej (a lista jest długa...) ale zaniecham, z nadzieją, że wszystkie te pyszności, które skrupulatnie zaznaczyłam samoprzylepnymi, żółtymi karteczkami (rety, uwielbiam je! zaznaczam namiętnie gdzie tylko się da! :D) znajdą swój czas. :) Tak jak dzisiejsze ciasto bananowe.
Banana bread oczywiście odkrywcze nie jest. To chyba jedno z bardziej popularnych ciast. Ja sama piekłam już niejedno z różnych receptur. Tym razem ponownie zaistniały wielce sprzyjające warunki. Były w domu banany mocno już dochodzące, był przepis, była ochota... :)
Jak zwykle przepis potraktowałam jako bazę, zmieniając co nieco: głównie zmniejszyłam ilość cukru, oraz zamieniłam przepisową czekoladę na suszone daktyle (to śladem Ewy, która właśnie takim daktylowym banana bread niedawno wirtualnie częstowała).
Teraz ja Was częstuję i zachęcam do upieczenia. :) To jedno z tych ciast, które nawet po kilku dniach wciąż jest wilgotne i ciągle tak samo dobrze smakuje.

Ps. Ewo, wielki buziak dla Ciebie! :*


Ciasto bananowe z daktylami i orzechami laskowymi
inspirowane przepisem na Banana bread - „Delicious” march 2010

150g masła w temp. pokojowej
300g mąki
150g cukru muscovado
2 duże jaja lekko rozkłócone – najlepiej w temp. pokojowej
1 łyżeczka sody oczyszczonej
szczypta soli
150 ml mleka
3 mocno dojrzałe banany
100g suszonych daktyli – pokrojonych na kawałeczki
50g orzechów laskowych – lekko podprażonych na suchej patelni i pozbawionych łupinek

odrobina masła i mąki do przygotowania foremki

Piekarnik nagrzać do temp. 180st.C. Kwadratową foremkę 25x25cm (lub keksówkę o pojemności 1,2l) – wysmarować masłem i osypać lekko mąką.

Do osobnej miski przesiać mąkę, szczyptę soli i sodę oczyszczoną.
Masło utrzeć z cukrem mikserem aż masa stanie się jasna i puszysta. Wlewać stopniowo jajka, ciągle ubijając.
Stopniowo dodawać po trochę mąki i mleka (na przemian, aż do wykończenia składników).
Mocno dojrzałe banany rozgnieść dokładnie widelcem. Wraz z daktylami i orzechami wrzucić do surowego ciasta i delikatnie wymieszać.
Wylać ciasto do foremki. Piec ok. 45 min. (lub ok. 1 godz. jeśli pieczemy w keksówce). Patyczek wetknięty w środek ciasta powinien być suchy. W razie, gdyby wierzch ciasta zbyt szybko się brązowił – przykryć wierzch folią aluminiową.
Gorące ciasto studzić przez 15 min. w foremce. Następnie wyjąć i pozostawić do całkowitego wystygnięcia.
Smacznego!

niedziela, 2 maja 2010

Kruche babeczki... „ibum” :D


Idę o zakład, że niejednej (niejednemu) z Was przebiegło przez myśl: „oszalała chyba! Babeczki Ibum?! Ki diabeł?! Reklama?!”. Wszak każdemu polskiemu konsumentowi „Ibum” kojarzy się z apteką i całkiem realnym medykamentem...
Otóż moi drodzy, oświadczam na wstępie, że moje dzisiejsze babeczki nie zostały nafaszerowane apteczną chemią; nie ma też w dzisiejszym wpisie żadnej ukrytej reklamy. :D Winna Wam zatem jestem wyjaśnienie. :)

Był fajny słoneczny dzień, a ja już szczęśliwie w domu po pracy mogłam się oddać zaczynającemu się weekendowemu lenistwu. Ostatnimi czasy niewiele piekę słodkości, z powodów, o których pisałam Wam niedawno. Ale tym razem po prostu mnie „wzięło”. :) Ciągnęło mnie do kuchni i zwyczajnie chciało mi się coś domowego. Chciało mi się „coś ładnego”, jak to ma w zwyczaju mówić Maja na wszelkie słodkości. :D Informacja dla zorientowanych (żeby nie było niedomówień :D) - w rozumieniu 3-letniej Mai – wszelakie słodycze nie są absolutnie „tłuste i tuczące” (pamiętacie? :D).
Niejakim problemem było ustalenie kwestii na co „ładnego” miałybyśmy ochotę... Jako, że sezonowego rabarbaru, ani truskawek jeszcze w moim regionie nie ma (ale to już niedługo!) - podjęłam jednogłośną decyzję o tym, by dalej eksplorować zakamarki zamrażalki i czyścić go z zalegających zeszłosezonowych owoców. Zresztą, mam ich jeszcze wciąż tyle, że zapewne w niedługim czasie ponownie przyjdzie mi jakiś owocowy deser czy ciasto popełnić. :)




Tym razem wytargałam woreczek z czerwoną porzeczką. Prawdę mówiąc nie miałam na „podorędziu” żadnego gotowego przepisu i w sumie nie był szczególnie potrzebny. Zagniotłam kruche ciasto z przepisu, z którego korzystam nader często (przepis wg Michela Rouxa). A reszty, co do nadzienia, już pewnie się domyślacie...

Wstęp był nieco przydługi, ale zakończenie będzie krótkie. :) Gdzie te „ibum”??? Ibum to sprawka Mai. Trzeba przyznać, że logika i skojarzenia małego dziecka są nader zadziwiające...
„Mamusiu, co robimy? Coś ładnego?”.
„Robimy babeczki z porzeczkami”.
„Babeczki ibum?”
„....??? Nieeee...Z porzeczkami.”
„Acha! Ładne te ibum!”
„Yyyy...”

Więc już zostało. Upiekłyśmy babeczki ibum. :) Zwykłe, owocowe, kwaskowe ibum. :D




Kruche babeczki z czerwonymi porzeczkami
(proporcje na ok. 25 babeczek)

Kruche ciasto:
250 g przesianej mąki
125g masła
125 g cukru pudru
1 jajko

Dodatkowo:
1-2 łyżki rozpuszczonego masła do smarowania foremek
mąka do oprószenia

Mąkę przesiać na stolnicę lub do misy robota, dodać masło pokrojone na małe kawałki. Rozcierać, aż utworzą się małe grudki. Dodać przesiany cukier puder – wymieszać, a następnie wbić całe jajko. Zagniatać, niezbyt długo, aż będzie gładkie.
Uformować wałek o średnicy ok. 5 - 6cm, zawinąć w folię spożywczą. Wstawić do lodówki na min. ½ godziny.

Piekarnik rozgrzać do 180 st. C. Przygotować foremki do babeczek (tartaletek) – wysmarować rozpuszczonym masłem, oprószyć lekko mąką.

Schłodzone ciasto pokroić na plasterki ( u mnie grubości ok. 1 cm). Każdy plasterek rozwałkować dość cienko do wielkości odpowiadającej średnicy foremek. Wyłożyć foremki ciastem.
Piec na biało przez ok. 10 min. (najlepiej metodą obciążenia suchą fasolą czy grochem).
Wyjąć z pieca, usunąć obciążenie. Faszerować.

Nadzienie:
350-400g mrożonej porzeczki (bez wcześniejszego rozmrażania, a w sezonie oczywiście świeże)
2-3 łyżki cukru

Owoce wymieszać z cukrem.

Oraz:
3 białka
1 szkl. drobnego cukru

Białka wraz z cukrem ubić na bardzo sztywną pianę.

Do każdej foremki z kruchym ciastem włożyć po czubatej łyżce owoców. Na wierzchu wycisnąć szprycą lub nałożyć łyżką porcję ubitej piany (ok. 1 czubata łyżka).
Ponownie wstawić do nagrzanego do 180 st.C. piekarnika. Piec ok. 30 min. aż piana się zetnie i zamieni w bezę.
Smacznego!

niedziela, 25 kwietnia 2010

Colombo i marchewka z fasolą na ciepło.

Sądzę, że hasło „colombo” jest dla wielu z Was dobrze już znane. W każdym razie, na pewno tym, którzy są stałymi bywalcami na blogu „Moja kuchnia”. Jego właścicielka Bea, o przyprawach wie chyba wszystko (wszak sama mówi, że to jej „bzik” :)) i co mnie ogromnie cieszy – chętnie dzieli się tą wiedzą. :) Jeśli Bea mówi, że colombo lubi się z roślinami strączkowymi – to ja biorę to jako pewnik i zabieram się za obmyślanie co by tu kulinarnie popełnić...
Wiem, że moja dzisiejsza propozycja nie każdego przekona, by podać ją rodzinie na samodzielny obiad. Niemniej, my właśnie takie niestandardowe posiłki obiado – kolacyjne najchętniej zjadamy. Są proste, szybkie w przygotowaniu i co nie bez znaczenia - po prostu bardzo smaczne. :)

Beatko, dziękuję za wspaniałe, pachnące przyprawy. :**



Marchewka z fasolą na ciepło
na 2 porcje

3 duże marchwie
1 puszka białej fasoli (400g)
1 czerwona cebula (u mnie 4 cebulki mini)
2 łyżki oliwy
1 łyżeczka colombo
sól, pieprz do smaku
1 łyżka miodu
garść liści świeżej natki pietruszki, kolendry lub innych ulubionych ziół (u mnie tym razem była bazylia)

Dressing:
sok z 1 cytryny
1 łyżka oliwy
sól i pieprz do smaku

Wszystkie składniki dressingu wymieszać.

Cebulkę drobno pokroić. Marchew obrać, umyć, osuszyć i pokroić w talarki (grubości 3-4 mm).
Na patelni rozgrzać oliwę. Wrzucić talarki marchwi – smażyć ok. 2-3 min. Dodać cebulkę, a po chwili colombo. Smażyć kolejne 2 -3 min. aż cebulka się zeszkli. Podlać ½ szkl. wody (w razie potrzeby można dodać więcej). Wrzucić odsączoną i opłukaną pod bieżącą wodą – fasolkę. Doprawić do smaku solą i świeżo mielonym pieprzem. Gdy woda prawie wyparuje – dodać 1 łyżkę miodu. Mieszać, aż się rozpuści. Posypać posiekaną zieleniną.
Podawać ciepłe z dressingiem lub z samym sokiem z cytryny. Bagietka mile widziana.
Smacznego!

poniedziałek, 19 kwietnia 2010

Tu i tam. Mini serniczki z wiśnią i jagodami.



Przychodzę...trochę jakbym w gościnę zaglądała.
Po długiej nieobecności. Byłam... tu i tam. Chociaż głównie tam.
Tam, spędzałam po wiele godzin dziennie. Tam było bardzo pracowicie.
Tam jadłam kanapki z serem i ciepłe drożdżówki z „Justynki”.
Tam piłam kawę nie dla przyjemności, ale by poderwać zmęczone myśli.
A tu... witałam tylko wieczorami.
Tu stęsknione dzieci czekały.
Tu mąż dzieciom na obiad jajecznicę przyrządzał. I pizzę zamawiał.
Tu córeczka ukończyła 3 latka.
Tu z opóźnieniem upiekłam urodzinowe serniczki z owocami.
Chcę znów być tu. Jak najwięcej „tu”.
A tymczasem dzielę swój czas z „tam”.


Serniczki były prawdziwą improwizacją. Mascarpone od miesiąca stojące w lodówce nieubłagalnie dobiegało do ukończenia daty ważności. Miało być tiramisu – no cóż, nie doczekało się (przecież byłam „tam”). Owoce w zamrażalniku leżą od zeszłego lata... Chyba najwyższy czas robić miejsce na tegoroczne zapasy...
Pomysł zrodził się sam. I tak powstały mini serniczki. Dużo lżejsze i bardziej puszyste, niż z samego serka 3-krotnie mielonego.



Mini serniczki z wiśniami lub jagodami

Składniki na spód:


* 150 g ciastek digestive z czekoladą
* 50 g masła
* 1 łyżka syropu złocistego

Ciastka dość drobno pokruszyć, zmiksować z masłem (najlepiej użyć malaksera). Przygotować foremki do muffinów i papilotki (u mnie dwie foremki: 12 szt. + 6 szt.). Pokruszone ciastka wyłożyć na spody papilotek, lekko docisnąć.

Nadzienie:

500 g mascarpone
250 g kremowego serka 3-krotnie mielonego
3 duże jajka
120 g miałkiego cukru
1 łyżka ekstraktu z wanilii
2 łyżki mączki kukurydzianej (maizena), ew. ziemniaczanej

ok. 1 szkl. drylowanych wiśni i borówki amerykańskiej (użyłam mrożonych, nie rozmrażałam)

Nagrzać piekarnik do 170 st.C.
Jajka ubić z cukrem na puszystą, jasną masę. Ubijając dodawać kolejno: mączkę kukurydzianą i ekstrakt z wanilii. Następnie dołożyć mascaropne i serek 3-krotnie mielony i na wolnych obrotach miksera (a najlepiej ręcznie – łyżką lub szpatułką silikonową) połączyć z masą (nie miksować zbyt długo, by zbytnio nie napowietrzyć masy).
Rozlać masę serową do foremek. Do każdej foremki powciskać po kilka owoców.
Piec ok. 35-40 min. (patyczek wetknięty w środek serniczka powinien być suchy).
Ostudzić na kratce.
Smacznego!

sobota, 10 kwietnia 2010

[']








Nie znajdując słów..., pochylając głowę... [']