niedziela, 20 listopada 2011

Karczochy w muszlach


Wpadły mi w ręce karczochy. Trzeba dodać, że pierwszy raz w formie „świeżej”. Co prawda określenie „świeży” w tym przypadku wydaje się być bardzo nie na miejscu. Zmęczenie ich dochodziło chyba do granic możliwości (co widać na zdjęciach). Ale to pierwszy raz, gdy ot tak, po prostu dostępne były w sprzedaży. Kupiłam, nie mając pojęcia czy w ogóle będą jadalne. Wspomnienie jednak smaku rozpływających się w ustach karczochów – wzięło górę.
Rozprawiłam się z nimi, choć nie wiem, czy to one nie rozprawiły się bardziej ze mną. :D Obieranie ich było dość koszmarne, a palce u rąk zabarwiły się na mało atrakcyjny kolor (do zapamiętania: rękawiczki kuchenne niezbędne!).
Przy tych konkretnych okazach nie było mowy o wykorzystaniu miąższu zawartego w płatkach. Zadowoliłam się sercami, które nota bene najbardziej mi smakowały, gdy miałam okazję zajadać się we Włoszech.
Liczę na to, że będzie jeszcze okazja przygotować je w całości. Tymczasem moje bidule skończyły swój żywot w farszu, którym nadziałam makaronowe muszle.
I też było smacznie, choć karczochy ewidentnie pierwszych skrzypiec tu nie zagrały. :D



Zapiekane conchiglioni, nadziewane mięsem mielonym i sercami karczochów
(proporcje na 25 muszli)

3 serca karczochów
cytryna

500g mięsa mielonego (u mnie indycze)
1 łyżka oliwy do smażenia
1 łyżeczka świeżo utartych ziarenek kolendry
1 b. duży ząbek czosnku - utarty
sól, pieprz - do smaku
1 lub 2 kulki mozzarelli

Sos:
1 puszka (400g) pulpy pomidorowej (używam Mutti – jest pyszna!)
ok. 1 łyżeczka octu balsamicznego
2-3 łyżeczki oliwy
1 ząbek czosnku – utarty
szczypta suszonego tymianku
sól, pieprz do smaku

Wszystkie składniki sosu pomidorowego wymieszać w naczyniu i pozostawić do „przegryzienia”.
Sprawić karczochy, wycinając z nich serca. Skropić cytryną lub zanurzyć w roztworze wody i soku cytrynowego, aby karczochy nie ściemniały. Zagotować lekko osoloną wodę z sokiem z cytryny. Obgotować serca karczochów (wystarczy, że będą al dente).
Wyjąć z wody, ostudzić, a następnie pokroić w niedużą kostkę.
Na patelni rozgrzać oliwę, wrzucić mielone mięso, lekko przesmażyć. Doprawić utartą kolendrą, a następnie dodać czosnek. Smażyć, mieszając, aż mięso się zetnie. Wlać połowę przygotowanego sosu pomidorowego, dodać pokrojone serca karczochów i jeszcze dusić na niewielkim ogniu kilka minut, aż mięso wyraźnie zmięknie. W razie potrzeby doprawić do smaku solą i pieprzem. Farsz zdjąć z ognia i lekko przestudzić.
W międzyczasie w dużej ilości osolonej wody ugotować al dente muszle makaronowe (conchiglioni). Odcedzić z wody i opryskać oliwą, aby się do siebie nie sklejały. Poczekać aż odparują.
Rozgrzać piekarnik do temp. 180st.C. Przygotować 4 mniejsze naczynka, lub jedną dużą żaroodporną formę. Na dnie naczyń rozprowadzić połowę pozostałego sosu pomidorowego.
Muszle nadziewać farszem i układać w naczyniach. Z wierzchu posmarować resztą sosu. Rozkładać porwane kawałki mozzarelli.
Zapiekać w piekarniku ok. 20min. Podawać gorące.
Smacznego!

piątek, 18 listopada 2011

niedziela, 13 listopada 2011

Cantuccini



Włosi chrupią je, popijając Vin Santo.
Mnie to połączenie średnio zachwyca, choć nie omieszkałam z wakacyjnych wojaży przytargać dwie bursztynowe butle.
Na przekór wszelkim zachwytom – nie zostałam fanką tego słodkiego wina likierowego.
Wybieram inny zestaw: cantuccini i gorącą kawę.
Migdałowy sucharek zamoczony w moim ukochanym trunku nabiera szczególnego smaku. Tak smakuje mi o niebo! o niebo bardziej. :)

Dołączam dzisiejszy przepis do Orzechowego Tygodnia, pod gospodarską pieczą Atiny z bloga Tak sobie pichcę. :)






Cantuccini

2 b. duże jaja
1 szkl. cukru
2 szkl. mąki
mała szczypta soli
1 łyżeczka ekstraktu migdałowego (można pominąć)
1 łyżeczka proszku do pieczenia
starta skórka z 1 dobrze wyszorowanej cytryny
200g blanszowanych migdałów

Piekarnik rozgrzać do temp. 190 st.C (grzałki góra - dół). Dużą blachę wyłożyć papierem do pieczenia.
Mąkę, sól i proszek do pieczenia przesiać do osobnej miski.
Jaja ubić z cukrem i otartą skórką cytryny. Cały czas ucierając, dodać ekstrakt migdałowy, a następnie mąkę. Wmieszać blanszowane migdały.
Ciasto podzielić na 4 (w miarę równe) części. Masa będzie dość klejąca, ale wystarczy trochę oprószyć dłonie mąką i uformować wałeczki grubości ok. 1cm i szerokości ok. 4cm.
Ułożyć wałeczki na blasze. Piec ok. 20 min. Wyjąć z piekarnika, studzić ok. 10 min., a następnie bardzo ostrym nożem – pokroić na paseczki szerokości ok. 1-1,5 cm (równolegle do krótszego boku wałeczka). Rozłożyć ciasteczka ponownie na blasze. Dopiekać jeszcze po kilka minut (ok. 7-8) z obu stron aż do zezłocenia.
Smacznego!

środa, 9 listopada 2011

Rzecz o ciasteczkach...


Czy poziom szczęścia można policzyć na ilość zjedzonych słodkich okruszków?
Czy wypada podbierać je swoim pociechom?
Czy to nie dziecinne nosić domowe ciastka w kieszeni?
Albo w torebce?
I podjadać jedno w skm-ce, zanurzywszy nos w książce?
Dlaczego kawa bez małej słodyczy smakuje inaczej?
I czy to prawda, że słodkości częściej wybierają kobiety, niż mężczyźni?

Pytania ot tak, bezwolnie snują się po głowie. Bez potrzeby znajdowania odpowiedzi...



Ciasteczka owsiane z suszoną morelą i białą czekoladą
(na ok. 25 ciasteczek)

100g suszonych moreli
100g białej czekolady
150g masła w temp. pokojowej
60g cukru trzcinowego
1 bardzo duże jajko (lub 2 małe) w temp. pokojowej
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
130g mąki (1 szkl.)
160g płatków owsianych (ok. 1 ½ szkl.)
½ łyżeczki sody oczyszczonej
¼ łyżeczki soli

Piekarnik rozgrzać do temp. 190st. C. Dużą blachę wyłożyć papierem do pieczenia.
Suszone morele pokroić na niezbyt duże kawałki. Czekoladę posiekać w kosteczkę.
Mąkę przesiać wraz z sodą oczyszczoną i solą do osobnej miski.
Masło utrzeć z cukrem trzcinowym na puszystą masę. Cały czas ucierając dodać jajko i ekstrakt waniliowy. Dodać mąkę i płatki owsiane. Na koniec wmieszać morele i czekoladę.
Na blachę układać ciasto małą gałkownicą do lodów, albo po 1 łyżce (rozkładać z odstępami w rzędach pionowych i poziomych 5x5).
Piec ok. 15 min. aż ciasteczka się zezłocą. Ostudzić.
Smacznego!

niedziela, 6 listopada 2011

Listopadowe chwile


Kulinarnie miniony tydzień był zupełnie do niczego. Nie licząc dwóch razy, gdy zamiast ciepłego obiadu – zjedliśmy pyszne sałaty na bazie rukoli z ulubionymi dodatkami (kawałki kurczaka, oliwki, feta, pomidorki i czosnkowe grzanki na dokładkę). Pozostałe dni polegały na wyjadaniu różności pozostałych z dni wcześniejszych, tudzież nalot na mamę i jej pierogi, lub szybki posiłek na mieście.
Czuję, że powoli ogarnia mnie jesień. Jesień w mojej głowie, bo ta za oknem po prostu nadeszła, jak co roku.
Już nie tak chętnie wchodzę do kuchni. Już z mniejszą radością łączę składniki. Zbyt szybko zapadający zmrok zabiera mi radość życia.
Listopad...
Senny listopad.


Listopad zawsze nastraja mnie przygnębiająco. To jedyny miesiąc w roku, gdy chciałabym po prostu zwinąć się w kłębek i przespać. Albo przeczytać.
Czytam na setki. Czytam w każdej wolnej chwili. Czytam w drodze do pracy, czytam w drodze powrotnej. Gdyby jeszcze dało czytać się przez sen...
A między jedną książką, a drugą - chwytam garściami tych kilka krótkich chwil, gdy promienie słońca przedzierają się przez chmury. Razem z Majeczką idziemy na spacer po naszych stałych, przydomowych trasach. Nowy hełm na Ratuszu Głównym przyciąga wzrok, choć nie skrzy się już tak mocno.


Niezagarnięte liście szurają nam pod nogami. Na ulicach jeszcze ich sporo, ale drzewa prezentują się już coraz smutniej. Omijam kałuże. Maja wprost przeciwnie, żadnej nie przepuści. Nawet ta wielkości naparstka musi zostać zaliczona.


W domu ciepła herbata. I przegryzka przygotowana na szybko.
Zaskoczyłam samą siebie. Na świeżutką, chrupiącą bagietkę położyłam kawałki upieczonej dyni. Rukola, pomidorki i trochę dressingu jak do sałaty.
Dziwna kanapka, prawda? :) Ale listopad też jest dziwny. Inny.

A czy Wy lubicie listopad i jego specyficzną aurę?



Na koniec jeszcze słowo skierowane do znawców lub wielbicieli dobrych win.


Redakcja „Czasu Wina” zaprasza serdecznie na uroczystą Galę powiązaną z wyborem „Człowieka Roku”. To wyróżnienie, którym redakcja magazynu honoruje dokonania wyjątkowych osobowości świata winiarskiego.
Gala odbędzie się 17 listopada (początek o godz. 19), w podkrakowskim Dworze Sieraków. Będzie można spotkać tegorocznych nagrodzonych, nie zabraknie dobrego jedzenia i najlepszych win.
Wszelkie szczegóły (klik) znajdziecie na stronie internetowej magazynu "Czas wina".

poniedziałek, 31 października 2011

Strachy na lachy i ciasto z charakterem



Dzisiaj pod sklepem, w którym przyszło robić nam szybkie zakupy - przemknęła grupka przebierańców. Byli dość straszni. Mieli doprawione rogi na głowie, czarne placki na policzkach i natapirowane włosy. Brakowało tylko ogonów. Wyglądało na to, że diabeł w nich wstąpił. ;-) Osobiście nie czuję tych amerykańskich halloween'owych tradycji, ale najwyraźniej młode pokolenie ma inne zapatrywania. No cóż, duch czasu... ;-)
Tak czy siak, jeśli już musi mnie „coś” straszyć na ulicach – to wolałabym, żeby były to czarownice na miotłach, a nie diablęcia. :D



Na parapecie w domu (a mam bardzo fajny, szeroki i pojemny parapet :)) stoi kilka dorodnych dyni. Kupując je starałam się wybierać różne jej odmiany. Jedna z nich okazała się wielce zagadkową, której w żaden sposób nie potrafiłam rozszyfrować. Razem z Beą, dyniową znawczynią – przeprowadziłyśmy śledztwo. Nie było łatwo, a efekt poszukiwań pozostał co najmniej wątpliwy. :D Pozostaje jednak nadzieja, że okaz jest jadalny. Co oczywiście w swoim czasie zamierzam sprawdzić. :D
I choć kończy się właśnie Festiwal Dyniowy prowadzony przez Beatkę, to wcale nie kończy się sezon dyniowych przysmaków. U mnie pojawi się jeszcze niejedno danie wytrawne i słodkie.
Tymczasem na pożegnanie blogowej akcji kulinarnej – ciasto. Oczywiście dyniowe, oczywiście jesienne i co może mniej oczywiste – naprawdę smaczne. :)
Kwintesencja tego co o tej porze najsmaczniejsze: dynia, gruszki (jesienne konferencje!) i orzechy włoskie. I rozgrzewające przyprawy.
Jeśli nie lubicie ciast z charakterem – lepiej zmniejszcie ilość imbiru. :)



Pikantne ciasto dyniowe z gruszkami i orzechami włoskimi

270g mąki
2 łyżeczki proszku do pieczenia
2 łyżeczki cynamonu
1 łyżeczka imbiru w proszku
szczypta soli (ok. ¼ łyżeczki)
szczypta utartego kwiatu muszkatołowca (lub utartej gałki muszkatołowej)

150g masła w temp. pokojowej
ok. 130g cukru trzcinowego
2 b. duże jaja lub 3 mniejsze w temp. pokojowej
250g puree dyniowego (ok. 1 szkl.) *
ok. 1 szkl. wyłuskanych orzechów włoskich (z grubsza posiekać)
2 duże gruszki (u mnie odmiana „konferencja”) - obrane i pokrojone w plastry gr. ok. 1Cm (albo trochę mniej)

* puree dyniowe powinno być bardzo dobrze odsączone z płynu

Piekarnik rozgrzać do temp. 180 st.C. foremkę 22x22cm wysmarować masłem i oprószyć mąką, lub wyłożyć papierem do pieczenia.
Wszystkie suche składniki: mąkę, proszek do pieczenia, cynamon, imbir, utarty kwiat muszkatołowy – przesiać do osobnej miski.
W osobnej misie utrzeć masło z cukrem trzcinowym na puszystą masę. Cały czas ucierając dodawać po 1 jajku. Następnie wmieszać puree dyniowe (masa może zacząć się rozwarstwiać), oraz przesianą mąkę z przyprawami. Na koniec dodać ¾ wszystkich orzechów.
Wylać ciasto do foremki. Na wierzchu ułożyć plastry gruszki i ozdobić pozostałymi orzechami.
Piec w 180st.C przez ok. 40 min. Patyczek włożony w środek ciasta powinien być suchy.
Ostudzić ciasto i oprószyć cukrem pudrem.
Smacznego!

czwartek, 27 października 2011

Jesień w obiektywie...

...dość szczególnie, bo na moim ulubionym targu... :)







poniedziałek, 24 października 2011

Trochę słodko, trochę ostro



To pewne, dynię najbardziej lubię w postaci upieczonej. Co z nią zrobię potem, do czego dodam - to sprawa w zasadzie drugorzędna. Czy doprawię ją ziołami, czy kuminem, czy jedną z mieszanek curry – też nie ma większego znaczenia. Uwielbiam każdą wersję,
Co prawda, to prawda (jak mawiała moja Babcia :)) - gdy już piekę dynię, to zawsze z zapasem, bo zanim podam właściwe danie – niepostrzeżenie trochę znika w tak zwanym „międzyczasie”. :)






No chyba, że obiad od razu z piekarnika, gorący i pachnący trafia na stół...
W międzyczasie powstaje co najwyżej dressing, który zaostrza smak i jest w kontrze do lekko słodkiej upieczonej reszty...



Pieczona dynia, bataty i pietruszka z zielonym dressingiem

1 dynia piżmowa
2 bataty
2 większe korzenie pietruszki
kilka gałązek świeżego tymianku
oliwa (nadająca się do pieczenia)
sól

Warzywa umyć, osuszyć, obrać ze skórek (dynię wydrążyć z gniazda nasiennego) i pokroić np. w talarki.
Piekarnik nagrzać do temp. 200 st.C. Blachę z piekarnika wyłożyć papierem do pieczenia. Ułożyć warzywa, oprószyć solą, posypać listkami świeżego tymianku i spryskać oliwą.
Piec ok. 20 min. aż warzywa zmiękną i staną się złociste.

Zielony dressing

ok. ½ bardzo dużego pęczka natki pietruszki (jeśli jest mały to cały)
sok z ½ cytryny
mały ząbek czosnku
ok. 3-4 oliwy extra vergine
sól, pieprz do smaku

oraz dodatkowo:
garść uprażonych orzeszków piniowych

Wszystkie składniki (poza orzeszkami) dokładnie zmiksować (np. blenderem).
Upieczone warzywa posypać uprażonymi orzeszkami piniowymi. Podawać z zielonym dressingiem.
Smacznego!

niedziela, 23 października 2011

Już pachnie dynia...



A jak ją podam? O tym wkrótce. :)

piątek, 21 października 2011

Risotto z kaszy w dyniowym kolorze. Festiwal Dyniowy 2011



Jeśli na coś szczególnie niecierpliwie czekam każdej jesieni – to zdecydowanie jest to dynia. Najsympatyczniejszy owoc o tej porze roku.
Przez cały rok, zwracam szczególną uwagę na każdy napotkany przepis z jej udziałem. Mam tyle ich naszperanych, że już sama się gubię. Książki i czasopisma upstrzone żółtymi post-it przypominają „tutaj warto ponownie zajrzeć”. I jest ich bardzo, bardzo, baaardzo dużo...
Czasem podpatrzone w magazynie danie po prostu zapada w pamięć. Jak to, które przygotowałam na dzisiaj.
Nie odnalazłam oryginalnego przepisu, ale z całą pewnością był to któryś z archiwalnych numerów „Delicious”. Gotowałam więc intuicyjnie, dobierając składniki i proporcje dość swobodnie.


Jest to moja pierwsza w tym roku propozycja, ze specjalną dedykacją na Festiwal Dyniowy. :)
Gospodyni Beatce, przesyłam mnóstwo uścisków za to, że w tym roku po raz czwarty postanowiła namówić nas na dyniowe szaleństwo. :)



Kasza jęczmienna a'la risotto z pieczoną dynią i papryką
(podpatrzone w którymś archiwalnym numerze „Delicious”)
na 3 duże porcje (lub 4 mniejsze)

ok. 0,5 – 0,7kg dyni (u mnie połowa niewielkiej dyni „hokkaido”)
1 duża czerwona papryka
kilka gałązek świeżego tymianku
sól
oliwa do skropienia

1 czubata szkl. kaszy jęczmiennej (użyłam pęczaku)
1 średniej wielkości cebula
2-3 łyżki oliwy do smażenia
ok. 100ml wina białego dobrej jakości
ok. 0,5 – 0,7l bulionu warzywnego (najlepiej wrzącego)
2-3 gałązki świeżego tymianku
pieprz do smaku
garść świeżych ziół (u mnie natka pietruszki i bazylia)
garść płatków parmezanu (u mnie mocno dojrzałe pecorino)

Blachę z piekarnika wyłożyć papierem do pieczenia.
Dynię wydrążyć z pestek, obrać ze skórki i pokroić w grubą kostkę (ok. 1,5x1,5cm). Paprykę umyć, osuszyć. Pokroić na pół i wydrążyć z gniazda nasiennego. Wyłożyć na przygotowaną blachę, skropić oliwą, posolić, popieprzyć i posypać listkami tymianku. Całość przemieszać, tak by oliwa dość równomiernie otoczyła warzywa.
Piec w piekarniku nagrzanym do temp. ok. 190-200 st.C ok. 20 min. (dynia wyraźnie zmięknie, a skórka na papryce pomarszczy się i sczernieje).
W międzyczasie drobno posiekać cebulę.
Gotowe warzywa wyjąć z piekarnika. Z papryki usunąć skórkę, a następnie pokroić w paseczki. Odstawić na bok.
W głębokiej patelni rozgrzać olej, wrzucić cebulkę – smażyć do lekkiego zeszklenia. Wrzucić kaszę jęczmienną - chwilę przesmażyć. Zalać białym winem – dusić, aż do wyparowania płynu. Wlać chochelkę wrzącego bulionu,(garnuszek z bulionem najlepiej trzymać na maleńkim ogniu, tak by bulion cały czas był bardzo gorący). Dodać listki tymianku i gotować, od czasu do czasu mieszając, aż do wyparowania płynu. Bulion dolewać partiami (po 1 chochelce) do momentu, aż kasza zmięknie (jednak nie polecam jej zbyt mocno rozgotowywać). Gdy kasza będzie już prawie gotowa (mnie zajęlo gotowanie ok. 20min.) – wmieszać przygotowaną wcześniej dynię i paprykę. Doprawić do smaku pieprzem. Zdjąć z ognia. Wmieszać poszatkowaną natkę pietruszki z bazylią. Nałożyć porcje na talerze. Posypać świeżo utartymi płatkami parmezanu (lub pecorino). Od razu podawać.
Smacznego!

wtorek, 18 października 2011

Figa z makiem!


Po raz pierwszy od bardzo dawna pomalowałam paznokcie. Zważywszy na częstotliwość z jaką to robię (raczej bliska zero) – intensywny wrzosowy kolor wydaje się być nadzwyczaj odważny.
Co tam! Miałam potrzebę uzewnętrznienia różnych swoich radości.
Ale jak są radości, to i cień podstępny musi się pojawić.
Dzisiaj mam ochotę zmyć kolor, a uśmiech schować głęboko do kieszeni.
Najchętniej oddałabym też cały pakiet należący do zawodu architekta: stres, nieustające bóle kręgosłupa, zapalenia spojówek i sto spraw zawiązanych węzłem gordyjskim.
Mam ochotę zaszyć się w samotności, ewentualnie wręcz odwrotnie – przydzwonić gdzieś z całej siły.
Zaciskam więc zęby i krzyczę: figa z makiem! Chcę przespać złość i jutro znów cieszyć się drobiazgami. Nawet gdyby miały to być tylko pomalowane paznokcie.


Ciacho nie jest dzisiejsze. Gdybym teraz je piekła niechybnie wyszedłby zakalec. Na szczęście placek z figami trafił na dużo lepszy moment i nie przelałam na niego złych emocji. ;-)


Placek drożdżowy z figami
na foremkę 20x20cm

2 jaja
100g cukru
150ml letniego mleka
300g mąki
skórka z cytryny - drobno starta
1 ½ łyżeczki drożdży instant
szczypta soli
100g masła – rozpuszczonego i ostudzonego
listki świeżego tymianku (ok. ½ łyżeczki)
4-5 dojrzałych fig
2-3 łyżki kryształków cukru (niekoniecznie)

Jaja ubić z cukrem. Dodać przesianą mąkę, szczyptę soli, drożdże oraz lekko podgrzane mleko (co najwyżej letnie, w żadnym wypadku gorące!). Wyrabiać ciasto kilka minut robotem lub ręcznie, aż będzie dość gładkie. Dodać rozpuszczone i ostudzone masło, oraz drobno utartą skórkę cytryny i listki tymianku i ponownie wyrabiać, aż ciasto „wchłonie” masło. Ciasto będzie dość mokre i klejące – nie należy dodawać więcej mąki.
Żyć ciasto do miski, przykryć ściereczką lub folią spożywczą i pozostawić do pierwszego rośnięcia na ok. 1 - 1,5 godz. (czas w zależności od tego jak szybko ciasto będzie rosło – powinno podwoić swoją objętość).
Przygotować foremkę 20x20cm, wysmarować masłem i oprószyć mąką lub wyłożyć papierem do pieczenia.
Ciasto przełożyć do foremki i palcami rozciągnąć w miarę równomiernie.
Figi umyć, osuszyć i pokroić na ósemki. Porozkładać na cieście w kilku rzędach. Posypać grubym cukrem.
Pozostawić do ponownego rośnięcia na ok. 1 godz.
Rozgrzać piekarnik do temp. 180st.C. Piec placek przez 45-50min. Przed wyjęciem z piekarnika sprawdzić, czy patyczek włożony w środek ciasta jest suchy. W razie potrzeby pozostawić w piekarniku na kilka dodatkowych minut.
Smacznego!

czwartek, 13 października 2011

Jabłka w kropki i keks imbirowy


Niezbyt doskonałe, jeśli porównywać do wypolerowanych Granny Smith, czy Ligola.
Nie tak krągłe i bez imponujących rozmiarów.
Nie grzeszą pięknem.
Te czerwone nakrapiane jak biedronki.
A mimo wszystko czarują jak potrafią najlepiej...


Pachną ogrodem.
Nieskoszoną jesienną trawą.
I poranną mgłą.
Pachną koszem wiklinowym, albo spadającym liściem.
Słodkie. I kwaskowe jednocześnie.
Najlepsze.


Moje dziecię pojechało na harce do kolegi. Za miasto. Wróciło do domu obdarowane dużą torbą owoców. Cała kuchnia napełniła się winnym zapachem. Dużo jabłek po prostu schrupaliśmy. Trochę jeszcze zostało. A w międzyczasie piekę na bieżąco ciasta.
Znikają szybko. Zwłaszcza to, imbirowe – znalazło wielkie uznanie. Lekko pikantne, puszyste, niezbyt suche. Z dodatkiem jabłek i orzechów nerkowca. Trochę jak piernik. Ale tylko trochę. :)
Polecam, bo pyszne!



Keks imbirowy z jabłkami i orzechami nerkowca
inspirowany przepisem w Delicious nr 10/2011 z moimi zmianami

150g masła w temperaturze pokojowej
70g brązowego cukru trzcinowego
2 jaja
70g syropu złocistego (golden syroup)
150ml mleka
250g mąki
1 łyżeczka cynamonu
1 łyżeczka imbiru w proszku
1 ½ łyżeczki proszku do pieczenia

ok.80g orzechów nerkowca (w oryginale proponowano pekany)
3-4 duże jabłka (u mnie 8 mniejszych)
1 łyżka syropu imbirowego
2 łyżeczki brązowego cukru trzcinowego

Jabłka obrać, wydrążyć z gniazd nasiennych i pokroić w ósemki.
Przygotować dużą foremkę keksową (u mnie 30x11cm) – wysmarować masłem i oprószyć mąką lub wyłożyć papierem do pieczenia.
Piekarnik rozgrzać do temp. 180st.C.
Mąkę przesiać wraz z cynamonem, imbirem w proszku i proszkiem do pieczenia do osobnej miski.
Masło utrzeć z 70g cukru trzcinowego. Wlać kolejno po jednym jajku i syrop złocisty.
Cały czas mieszając – dodawać partiami po kilka łyżek mąki i mleka, aż do wyczerpania składników.
Wyłożyć ciasto do foremki. Ósemki jabłek powtykać pionowo dość głęboko w ciasto. Z wierzchu posypać orzechami nerkowca, a następnie skropić syropem imbirowym i posypać równomiernie 2 łyżeczkami cukru trzcinowego.
Piec przez ok. 1 godzinę w temp. 180st.C (grzałki góra – dół).
Patyczek wetknięty w środek ciasta powinien być suchy. Ostudzić.
Smacznego!