sobota, 4 lutego 2012

Skowronki na mrozie, kasza na talerzu


Minus dwadzieścia trzy na termometrze. Wracam z pracy do domu, z promiennym uśmiechem od ucha do ucha. „Wariatka...”. Zapewne niejednej mijanej osobie przemykają te słowa przez myśl...
A mnie tak radośnie, bo mróz przyniósł słońce w kolorze pomarańczy, zastępując płaczliwą szarość nieba. Potupuję energicznie nogami, czekając na peronie i nie mogę oderwać się od słodkiej, ciepłej poświaty padającej na niewzruszone budynki...


Aby do wiosny..., aby do wiosny... i rozcieram policzki, które wcale aż tak mocno nie pieką, gdy słońce głaszcze swoimi promieniami. Obudziły się skowronki. W duszy. „Oby do wiosny...” - zaklinam, wyliczając w pamięci pozytywne strony mrozu. :)


Na zimowe wzmocnienie i uzupełnianie energii przygotowałam sałatkę. Jej bazę stanowi najzwyklejsza kasza perłowa. I garść pieczonych warzyw. Dynia i marchew dodają słodyczy; fenkuł (koper włoski) – charakteru. Tymianek i czosnek przynoszą aromat. A cytryna stawia kropkę nad „i”.
Gdy robiłam zdjęcia – słońce zazdrośnie próbowało zaglądać do talerza.
Resztki sałatki zabrałam do pracy i zjadłam na zimno.


Sałatka z kaszy perłowej z pieczoną dynią, fenkułem i marchewką
inspirowane przepisem wg „Delicious 11/2011” - z moimi zmianami

ok. ¾ szkl. kaszy perłowej
1 mała dynia piżmowa (albo inna o suchym miąższu)
1 bulwa kopru włoskiego
2 marchewki
kilka gałązek świeżego tymianku
5-6 ząbków czosnku (w łupinkach)
sól, pieprz
oliwa lub olej do pieczenia

Oraz:
sok z 1 cytryny (lub do smaku)
2 łyżki oliwy extra vergine
garść świeżo krojonych płatków parmezanu (u mnie pecorino)
garść świeżych listków bazylii
sól, pieprz do smaku

Dynię piżmową wydrążyć z pestek, obrać ze skórki, pokroić w niezbyt drobną kostkę.
Marchewkę obrać, umyć i pokroić w słupki, a koper włoski – podzielić na ósemki.
Wszystkie warzywa wrzucić na blachę wyłożoną papierem do pieczenia, lub do większego naczynia żaroodpornego – skropić oliwą, doprawić solą, pieprzem i oraz świeżym tymiankiem. Wymieszać tak, by warzywa z wszystkich stron pokryły się oliwą.
Piec przez ok. 20 min. w piekarniku nagrzanym do temp. 180 st.C.
Dorzucić całe ząbki czosnku (nie zdejmować łupinek!) i piec jeszcze przez 10 min.
W międzyczasie gdy warzywa się pieką - w dużej ilości osolonej wody ugotować (na sypko) kaszę perłową. Odsączyć z wody na sicie.
Do kaszy dodać upieczone warzywa, porwane listki bazylii, płatki parmezanu lub pecorino. Skropić oliwą extra vergine, sokiem z cytryny i doprawić do smaku pieprzem i ewentualnie solą. Wszystko wymieszać.
Podawać na ciepło lub zimno.
Smacznego!

piątek, 3 lutego 2012

Kasza w roli głównej

A co z niej przyrządziłam, o tym już wkrótce. :)

sobota, 28 stycznia 2012

A jak wygląda Twoje drugie śniadanie?

Bułka owinięta w papier śniadaniowy?
Domowa sałatka, ale tylko przy wielkiej okazji, bo częściej to kłopot...?
A może codzienny wyskok do pobliskiego baru szybkiej obsługi na cokolwiek?
A szkolny posiłek naszych dzieci? Czy mamy pewność, że 5 złotych wciśnięte w kieszeń, zostało spożytkowane wystarczająco dobrze? Czy nie zostało wydane na chipsy i najsłodszy ze słodkich napoi?


Czy przygotowywanie i pakowanie drugich śniadań przysparza kłopoty?
Osobiście, nie raz ciężko wzdychałam, przeglądając anglojęzyczne strony internetowe, na których prezentowano bogaty zestaw śniadaniowy, zapakowany w estetyczne pudełka...
Któż z nas nie zna hasła Bentō, czyli posiłku na wynos o japońskich, niezwykle starych korzeniach (jak niosą wieści, sięgające V w n.e.)?

Obecnie i ja stałam się posiadaczką naprawdę fajnych, porządnie wykonanych lunch boxów, które i Wam chciałam gorąco polecić.
Jeśli przypadkiem temat śniadań na wynos nie jest Wam obcy – zachęcam – zajrzyjcie na stronę Twój Lunchbox (klik), do Ali i Joasi. Dwie, sympatyczne mamy, same zmagały się z problemem, by nie było „bułek z masłem” (jak w znanym z mojego dzieciństwa wierszu „O pewnym Grzesiu”). :) A dzisiaj mają do zaoferowania fantastyczne, porządne pudełka śniadaniowe, również (a może przede wszystkim) z niezwykle użytecznymi przegródkami, w których zmieści się nie tylko kanapka.


Ja i moje pudełko już się zaprzyjaźniliśmy (może od czasu do czasu pokażę Wam co zabieram w nim do pracy :)), a teraz powiem Wam, że nowy lunch-box mojego syna (widoczny na zdjęciach) to prawdziwy hit. :) Pojemny, solidnie wykonany i z prostym zamknięciem, które dobrze trzyma, a zawartość poszczególnych przegródek cały czas zostaje w swoim miejscu.
Zdarzyło mi się raz podkraść go i zabrać do pracy. :)

A jak wyglądają Wasze śniadania na wynos? Szykujecie je w domu, czy jednak wolicie zjeść szybki posiłek na mieście?

niedziela, 22 stycznia 2012

Film o niczym

To najsmutniejsza zima ostatnimi laty jaką pamiętam... Nie, nie jestem fanką mrozów i śnieżnych zasp, w których brodzi się aż po pas. Ale jakoś ten wszechobecny smutek szarych ulic i jeszcze bardziej szarego nieba udziela mi się negatywnie. Poranne otwarcie powiek graniczy z cudem. Kawa z ledwością podnosi na nogi. Ciężko wykrzesać energię potrzebną na cały dzień pracy i obowiązków. Sprawy toczą się gdzieś obok, jakbym oglądała zamglony film ze mną w roli głównej... I nie jest to dobry film. Nie cieszy, nie wciąga, nie intryguje. Film o niczym.
Jest słońce – jest życie. Te słowa często mawiała moja Babcia.
Tęsknię za światłem, za zielenią, za świergotem ptaków... Za wiosną. Za radością życia, którą ona niesie... Tęsknię...


Drożdżowe ślimaczki z twarożkiem

Ciasto drożdżowe:
600g (4 szkl.) mąki
2 i ¼ łyżeczki suchych drożdży
1 szklanka mleka
100 g cukru
120 g masła
2 duże jajka - rozkłócone
¼ łyżeczki soli
1 łyżeczka cynamonu

Nadzienie:
500g twarożku 3-krotnie mielonego (użyłam Delfiko)
skórka otarta z 1 cytryny
ok. ¾ szkl. cukru pudru (ilość dostosować do smaku)
2 żółtka
ok. ¾ szkl. rodzynek

Dodatkowo:
3 łyżki cukru
ok. ½ łyżeczki cynamonu



Mleko lekko podgrzać, masło rozpuścić. Drożdże zmieszać z łyżeczką cukru, łyżką mąki i zalać 1/4 szklanki mleka. Wymieszać i zostawić na 5-10 minut. Rozczyn dodać do pozostałych składników ciasta i wyrobić miękkie, elastyczne ciasto - zostawić do wyrośnięcia na ok. 1-1,5 godz. (ciasto powinno w tym czasie podwoić swoją objętość).

W międzyczasie przygotować nadzienie:
Jeśli rodzynki są mocno wysuszone – moczyć przez kilka minut we wrzątku. Odcedzić z wody i porządnie osączyć na sicie.
Żółtka utrzeć z cukrem pudrem. Dodać twarożek i drobniutko utartą skórkę z cytryny. Wszystkie składniki dobrze połączyć. Na koniec wmieszać rodzynki.

Przygotować 2 duże blachy, wyłożyć papierem do pieczenia.
Wyrośnięte ciasto podzielić na 3 równe części – z każdej wałkować prostokąt gr. ok. 5mm (prostokąt powinien być zdecydowanie podłużny). Wzdłuż dłuższego boku prostokąta wyłożyć 1/3 nadzienia i rozsmarować w kierunku środka ciasta. Zwinąć jak roladę, począwszy od dłuższego boku z nadzieniem – w kierunku krawędzi bez nadzienia. Pokroić ciasto delikatnie (aby się nie spłaszczyły) w plastry ok. 2 cm grubości i układać w na blasze. Można układać je blisko siebie, by w trakcie rośnięcia się połączyły (powstaną miękkie bułeczki „odrywane”) lub z większymi odstępami, by upiekły się z chrupkimi brzegami.
Posmarować z wierzchu roztopionym masłem. Oprószyć cukrem zmieszanym z cynamonem.
Piec około 10 minut w temperaturze 200 st.C. Studzić na kratce.
Smacznego!

poniedziałek, 9 stycznia 2012

Z toskańskich wspomnień - ribollita


Im bardziej ponuro za naszymi oknami, tym częściej wspominam upalne lato w Toskanii. Wracam myślami do falujących winnic, które miękko pokryły wzgórza. Do palonej sieny toskańskich pól. Do średniowiecznych miasteczek, w których niemal każdy kamień pamięta dużo, albo i jeszcze więcej... Do uśmiechniętych, życzliwych ludzi. Do targów i sklepików pełnych lokalnych smakołyków. Do najlepszych na świecie lodów. I zupy tak tak gęstej i pożywnej, że wydaje się być idealna na zimowy czas.
Ribollita... zupa, w której łatwo się zakochać.


Ribollita
(inspirowane przepisem Jamie Oliver'a „Włoska wyprawa Jamiego”, z moimi małymi modyfikacjami)

ok. 300g białej, drobnej fasoli cannellini (suszona lub świeża w sezonie letnim)
pół niedużej kapusty włoskiej pokrojonej w cienkie paski (w oryginale cavolo nero – dla mnie niedostępne)
listek laurowy
1 cebula – drobno posiekana
2 ząbki czosnku – utarte
1 ziemniak – pokrojony w kosteczkę
3 łodygi selera naciowego – pokrojone
2 marchewki – pokrojone w talarki lub kostkę
oliwa z oliwek
mała szczypta utartych nasion kopru włoskiego
mała szczypta chilli
kilka gałązek świeżego tymianku
1 puszkę (400g) pulpy pomidorowej – polecam wybierać dobrej jakości, np. Mutti, a w sezonie zamienić na pyszne, dojrzałe pomidory
sól, pieprz do smaku
2 kromki czerstwego chleba – pokrojone w kostkę

oraz najlepszą oliwę z oliwek tłoczoną na zimno
ewentualnie dodatkowe kromki czerstwego chleba *

Suszoną fasolę namoczyć w wodzie i pozostawić na noc (jeśli fasola jest świeża – etap namaczania pomijamy).
Ugotować fasolę w świeżej wodzie wraz z listkiem laurowym i pokrojonym ziemniakiem. Odcedzić, zachowując wywar. Połowę fasoli pozostawić w całości , a połowę rozgnieść widelcem lub zmiksować.
W rondlu rozgrzać kilka łyżek oliwy (ilość taka, by zakryła dno rondla). Na małym ogniu delikatnie zeszklić cebulę. Dodać pokrojone warzywa: seler naciowy, marchewki i kapustę, oraz utarty czosnek, szczyptę chili, koper włoski i świeże listki tymianku – całość krótko dusić.
Wlać ok. 1 szkl. wody z gotowanej fasoli, oraz pulpę pomidorową – doprowadzić do wrzenia i gotować na małym ogniu ok. 30 min. Dodać fasolę (w całości i miksowaną) i jeszcze trochę gotować – do miękkości warzyw. Wmieszać pokrojony w kostkę chleb. Doprawić do smaku solą i pieprzem.
Podawać z odrobiną oliwy extra vergine.

* W Toskanii podawano nam ribolittę z dodatkowymi kromkami czerstwego chleba na dnie talerza.
** Najsmaczniejsza jest odgrzewana w kolejnych dniach.

Smacznego!

wtorek, 3 stycznia 2012

Z Aniołami w tle...


Po kuchni rozchodzą się dźwięki z filmowego „City of Angels”.
Może już zbyt stare, może dawno niemodne...
Nic na to nie poradzę, że mnie nieustannie wzruszają.
Tym mocniej, im więcej doświadczeń za sobą zostawiam.


Odgrzebuję w pamięci chwile i gesty, te zupełnie odległe i te całkiem świeże, które wcale nie odchodzą w zapomnienie wraz z kolejnym Nowym Rokiem.
Niektóre są tak stare, że w całości pokryły się kurzem.

Przerzucam pożółkłe kartki rozpadających się książek i przypadkiem odnalezionych zapisków sprzed 20 laty i z uśmiechem wspominam niedawne spotkanie przy kubku herbaty z rumem.


Zbieram garściami pąki dobrych emocji i związuję w pęczek.
Wystawię do słońca i poczekam, aż rozkwitną kwiaty.
A Anioły trzepoczą skrzydłami... :)


Korzenno - cytrusowa herbata z czerwonym winem (lub rumem)

W dzbanuszku (ewentualnie bezpośrednio w kubeczku) zaparzyć ulubioną herbatę (np. czarną), dodając 2-3 goździki, kawałek kory cynamonowej i/ lub 1 gwiazdkę anyżu. Pozostawić pod przykryciem do naciągnięcia naparu.
Dodać kilka cząstek wyszorowanej cytryny i pomarańczy. Wlać odrobinę czerwonego wina. Dosłodzić miodem, jeśli preferujemy herbatę słodką.
Smacznego!

piątek, 30 grudnia 2011

Migawki 2011

Koniec roku, to zwykle czas podsumowań, więc śladem zeszłorocznego pomysłu - pokusiłam się i tym razem o bardzo skrótowe podsumowanie kulinarne mijającego starego 2011 roku. :)

A ponieważ koniec roku to również czas życzeń, więc wszystkim stałym i niestałym Czytelnikom Pieprzu czy Wanilii życzę, by Nowy Rok przyniósł nowe nadzieje, rozwiązał co zawiązane i obfitował w same szczęśliwe chwile! Niech to będzie Rok spełniających się marzeń. :)





wtorek, 27 grudnia 2011

Ostatnia deska do trumny kontra sernik pomarańczowy ze śliwką


Dzięki niezawodnej komunikacji kolejowej wkroczyłam dziś do pracy spóźniona o całe 15 min. W ręku dzierżyłam torbę wypchaną pudełkami. A w pudełkach...
Naiwności ty moja! Skąd powzięłam cichą nadzieję, że niezauważenie upłynnię świąteczne wypieki, których przygotowałam tego roku mniej niż zwykle, a których i tak zostało stanowczo zbyt wiele – tego nie wiem...
Spojrzałam na nasz pracowy wielofunkcyjny blat i jęknęłam w duchu... Zamiast sterty rysunków i tomiszczy dokumentacji – pyszniły się ciasta...
Widać nie ja jedna nie miałam apetytu. :D Albo nie ja jedna powzięłam postanowienie nie przybrać przez święta na wadze. :D
Dołożyłam swoje trzy słodkie grosze i jak się okazało - był to ostatni gwóźdź do trumny.
„No tak Tiffi..., teraz już nic więcej nie pozostaje, tylko się dobić...” skwitowała Pamelka zaglądając do talerzy.
I miała rację. :D
Pies z kulawą nogą nie zajrzał dziś do pracowni, by wspomóc nas w poświątecznej konsumpcji...

Jednym z ciast, które przywiozłam do pracy – był sernik ze śliwką w czekoladzie. Idea na na taki właśnie sernik pochodzi z bloga White Plate (klik).
Co prawda nie korzystałam w całości z przepisu Liski, nie robiłam śliwkowego spodu typu brownie, nie polewałam sernika białą czekoladą – wybrałam z niego po prostu sam pomysł wykorzystania czekoladowych cukierków ze śliwką. A pomysł – uwierzcie na słowo – jest przepyszny!
Śliwki wrzuciłam do środka ciasta, a pozostając w klimacie zimowo – świątecznym, do serowej masy dałam dużo drobno startej skórki z pomarańczy i podkręciłam dodatkowo smak pomarańczowym alkoholem.
Potraficie wyobrazić sobie ten smak? Osobiście radzę pójść o krok dalej i nie poprzestać na wyobrażeniach... :)



Sernik pomarańczowy ze śliwką w czekoladzie
(inspirowany przepisem na „Sernik śliwka w czekoladzie” z bloga White Plate)

1 kg twarogu 3-krotnie mielonego (u mnie Delfiko)
5 jaj
220g cukru
2 łyżki cointreau (można pominąć)
2 łyżki maizeny (skrobi kukurydzianej)
skórka drobno otarta z 2 pomarańczy
300g cukierków śliwka w czekoladzie (za radą Liski – wybrałam cukierki Nałęczowskie)

Piekarnik rozgrzać do temp. 180st.C (grzałki góra – dół).
Przygotować kąpiel wodną. *
Okrągłą foremkę o średnicy 25cm – wysmarować masłem i delikatnie oprószyć mąką, lub wyłożyć papierem do pieczenia.
Śliwkę w czekoladzie pokroić na niezbyt drobne kawałki (np. na ćwiartki).
Jaja ubić z cukrem. Cały czas mieszając - dodać cointreau, maizenę i skórkę pomarańczową. Dołożyć twaróg i delikatnie (jeśli robotem, to na niskich obrotach, by zbytnio nie napowietrzyć masy) – wymieszać.
Wlać połowę masy serowej do foremki. Wyłożyć równomiernie pokrojone cukierki czekoladowe, a na wierzch wlać resztę masy.
Piec w kąpieli wodnej * przez ok. 60 min. W trakcie pieczenia (mniej więcej po 20-30 min.) warto foremkę przykryć od góry folią aluminiową, aby wierzch sernika nie zbrązowiał zbyt mocno. Folię usunąć pod koniec pieczenia.
Uwaga! Patyczek włożony w środek sernika nie będzie suchy. Sernik „zastygnie” w trakcie chłodzenia.
Ostudzić w temp. Pokojowej, a następnie chłodzić w lodówce (pod przykryciem) – najlepiej przez całą noc.
Smacznego!

* kąpiel wodna polega na tym, że foremkę z surową masą wkłada się do większej formy częściowo wypełnionej gorącą wodą (u mnie rolę większej formy pełniła duża blacha z rantami z wyposażenia piekarnika)

sobota, 24 grudnia 2011

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Keks polski wg Pierre Hermé


O ile z łatwością potrafię zrezygnować z przygotowania świątecznych makowców (w moim przypadku to nadzwyczaj proste :D makowce bowiem co roku piecze moja osobista Mama, a wcześniej robiła to Babcia :D), o tyle keksom nie odpuszczam nigdy. Mam do nich prawdziwą słabość.
Mam swoją ulubioną recepturę, którą już kiedyś pokazywałam na blogu. Jest to keks angielski autorstwa Pierre Hermé 'a.
Dzisiaj kolejny przepis tego słynnego francuskiego cukiernika. Przepis, tak jak i poprzednio, pochodzi z jego książki „Desery”.
Keks polski jest również bardzo smaczny i zdecydowanie bardziej nadaje się dla dzieci, ponieważ w odróżnieniu od tego pierwszego – nie zawiera ani kropli alkoholu. :)


Keks polski
inspirowane przepisem z książki „Desery” Pierre Hermé

300g mąki
1 łyżeczka proszku do pieczenia
200 g masła w temp. pokojowej
200g cukru pudru
2 łyżki cukru z prawdziwą wanilią
5 jajek (oddzielnie żółtka i białka)
mała szczypta soli (mój dodatek)
400g mieszanki bakalii (np. orzechy włoskie i laskowe, migdały, suszone figi, śliwki, rodzynki, kandyzowana skórka pomarańczowe, etc.)

dodatkowo:
odrobina mąki do obtoczenia bakalii
masło do posmarowania formy

Piekarnik rozgrzać do temp. 180 st.C. Dwie nieduże foremki keksowe (lub jedną o długości 28cm) posmarować masłem, lub wyłożyć papierem do pieczenia i natłuścić papier.
Bakalie grubo posiekać i obtoczyć w mące.
Do osobnej miski przesiać mąkę i proszek do pieczenia.
W drugiej misce masło utrzeć z cukrem pudrem i cukrem waniliowym – na puszystą masę. Cały czas ucierając – dodawać po jednym żółtku, a potem dosypując po kilka łyżek mąki.
Do białek dodać szczyptę soli i ubić je na sztywną pianę. Dodać do ciasta i bardzo delikatnie wymieszać (najlepiej ręcznie, żeby piana zbyt mocno nie opadła - np. silikonową szpatułką). Dodać bakalie i raz jeszcze ręcznie przemieszać.
Ciasto przełożyć do przygotowanych keksówek i wyrównać szpatułką powierzchnię. Wstawić do nagrzanego piekarnika i piec ok. 1 godz. Przed wyjęciem z piekarnika sprawdzić czy patyczek wetknięty w środek ciasta wychodzi suchy. Jeśli ciasto zbyt szybko się rumieni, a środek nie jest dopieczony należy przykryć je folią aluminiową i dopiekać.
Upieczone keksy studzić na kratce.
Smacznego!

sobota, 17 grudnia 2011

A w Lublinie dobrze karmią...


Ziemia lubelska przywitała mnie (a ściślej mówiąc „nas”) mleczno-szarym niebem, bardzo piękną, choć mocno zaniedbaną architekturą, oraz przepyszną kuchnią. I choć w żadnej mierze nie był to pobyt turystyczny, a na miejscu czekało nas sporo pracy – to tych kilka mniej „formalnych” chwil spędzonych w sercu Starego Miasta – okazały się nadzwyczaj pyszne.


To była moja pierwsza wizyta w tych okolicach i teraz już wiem, czym schaboszczak „po lubelsku” różni się od tego, którego podaje się w moich okolicach; jak pyszna może być zasmażana kapusta z grzybami; jakie wnętrze kryje krokiet podawany z barszczykiem; jak pięknie może prezentować się zwykła golonka i po raz kolejny upewniłam się, że wprost uwielbiam dobrze i uczciwie przyrządzone pielmieni. Placki ziemniaczane z wołowym gulaszem, choć do specjałów tych okolic nie należą – też były bardzo, bardzo dobre!
Lokalnej „Perły” nie spróbowałam, ale tylko dlatego, że piwa nie lubię, nie pijam i nie umiem się nim zachwycać, choćby było najlepsze na świecie. :)


A tymczasem święta mocno za pasem, a ja klimatu świątecznego nijak w tym roku nie czuję. Może anty-zimowa aura mi nie pomaga, a może zwykłe zabieganie.
Nasze ulubione pierogi z nadzieniem ziemniaczanym, oraz wigilijne paszteciki do barszczyku – i owszem, szczęśliwie już gotowe - ale to by było na tyle w kwestii przygotowań... W szał wypieków, zwłaszcza tych słodkich, wpadnę zapewne już w najbliższych dniach.
Na razie, króluje całkiem zwykłe menu.



Kawałki kurczaka pieczone z ziemniakami i brukselką

3-4 kawałki kurczaka o soczystym mięsie (u mnie udźce)
kilka ziemniaków
ok. 500g brukselki
ok. 100 g boczku wędzonego, pokrojonego w kostkę
oliwa do smażenia i pieczenia
garść świeżych listków rozmarynu – drobno posiekane
sól, pieprz

Piekarnik rozgrzać do temp. 180 st.C (grzałki góra- dół). Przygotować większe naczynie żaroodporne - skropić oliwą.
W międzyczasie przygotowujemy
Ziemniaki obrać, umyć i osuszyć (można też przygotować wersję z łupinkami – wtedy szorujemy szczoteczką porządnie całe ziemniaki, potem kroimy).
Pokroić na grubsze kawałki (np. w ćwiartki). Wrzucić do miski, oprószyć solą, posiekanym rozmarynem i skropić 2 łyżkami oliwy. Wymieszać.
Kawałki kurczaka umyć, osuszyć. Oprószyć solą i pieprzem. Na patelni rozgrzać olej i bardzo krótko, ale za to na większym ogniu - obsmażać kurczaka z obu stron.
Na dnie formy żaroodpornej układamy obsmażone kawałki kurczaka, na wierzchu rozkładamy otoczone w oliwie i rozmarynie ziemniaki.
Pieczemy ok. 30 min.
W międzyczasie przygotowujemy brukselkę. Wrzucić umytą do osolonego wrzątku i blanszować (po ponownym zagotowaniu się wody – gotować jeszcze ok. 1 -2 min. i odcedzić warzywa. Zostawić do odparowania.
Wyjmujemy z piekarnika naczynie żaroodporne. Warto przemieszać ziemniaki, a mięso przerzucić z dna na wierzch. Dokładamy brukselkę i pokrojony boczek. Dopiekamy jeszcze ok. 10 min.
Podawać gorące.
Smacznego!

sobota, 10 grudnia 2011

W oczekiwaniu na powrót


Nie narzekam ostatnimi czasu na nudę. W pracy dość gorąca atmosfera, i raczej nie z powodu zbliżających się świąt.
W domu czeka przygotowana lista typu „nie zapomnij!”. Ta też nie dotyczy przygotowań świątecznych. Przede mną pożegnanie z rodziną (na szczęście tylko małe!) . Boję się dziecięcych łez. Przed wyjazdem przygotuję pociechom ich najukochańszy przysmak – blok czekoladowy. Mam nadzieję, że chociaż odrobinę osłodzę to, co w takich momentach gorzkie.
Jeszcze jestem tutaj, a już czekam na powrót.
To tylko kilka dni, ale będę tęskniła.


A kulinarnie...
Sądzę, że wczorajsze zdjęcie z cyklu „blogowe zapowiedzi” było aż nazbyt oczywiste. Zaczyn w kubeczku i konfitura mogły oznaczać tylko jedno: rogaliki bądź bułeczki drożdżowe. :)
Ciasto z tego przepisu jest mało problematyczne. Łatwo się obrabia, łatwo wałkuje. Główna słodycz pochodzi z konfitury, ciasto bowiem nie zawiera zbyt dużo cukru. Kto lubi mocno słodkie ciasta – może cukru dodać więcej, chociaż osobiście uważam, że szkoda zagłuszać nim smak pysznej konfitury różanej.



Rogaliki z nadzieniem różanym
36 malutkich rogalików lub 24 nieco większych

125 ml mleka
60g masła
1 duże jajko - rozkłócone
60g cukru
300g mąki
1 łyżeczka drożdży instant
szczypta soli

oraz:
konfitura różana, lub płatki różane ucierane z cukrem
1 żółtko
1 łyżka śmietanki lub mleka

Mleko wlać do garnuszka i delikatnie podgrzać (powinno być tylko letnie) . Drożdże zmieszać z łyżeczką cukru, łyżką mąki i zalać 1/4 szklanki mleka. Wymieszać i zostawić na 10 minut (zaczyn „podrośnie”). Do pozostałego mleka dodać masło i ponownie podgrzewać, aż masło się rozpuści. Zdjąć z ognia i przestudzić.
Mąkę, jajko, cukier i drożdżowy rozczyn połączyć i wyrobić miękkie, elastyczne ciasto (robotem lub ręcznie). Zostawić do wyrośnięcia na ok. 1-1,5 godz. (ciasto powinno w tym czasie podwoić swoją objętość).
Wyrośnięte ciasto podzielić na 3 w miarę równe części.
Każdą część ciasta rozwałkować cieniutko na okrąg o średnicy ok. 30 cm. Pokroić go bardzo ostrym nożem na ćwiartki, a następnie każdą ćwiartkę na 3 równe trójkąty (albo na 2 – wtedy rogaliki będą większe).
W pobliżu dolnej, szerszej krawędzi układać po płaskiej łyżeczce konfitury różanej, delikatnie rozsmarować, nie zbliżając się zbytnio do pozostałych krawędzi ciasta. Każdy trójkąt ciasta zrolować, poczynając od szerszej krawędzi ku ostremu czubkowi. Palcami uformować kształt rogalika.
Układać na dużej blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Pozostawić na ok. 30 min. Do ponownego podrośnięcia ciasta.
W międzyczasie rozgrzać piekarnik do 180 st.
Żółtko jajka wymieszać ze śmietanką lub mlekiem. Smarować delikatnie rogaliki.
Piec w nagrzanym piekarniku ok. 15 min. aż rogaliki się ładnie zarumienią. Ostudzić.
Smacznego!