piątek, 27 sierpnia 2010

W strugach deszczu...

... wracałam dzisiaj z pracy.


Niebo się rozpłakało jak rozzłoszczone dziecko. Zapewne na przekór, by piątek nie wydał mi się zbyt przyjemny.
W domu gorąca zupa (zresztą wczorajsza) naprawiła to, co aura popsuła. :) Potem była kawa. Bez ciasta, bo ciasta przecież żadnego nie upiekłam.
Nawet ten fajny krem z mascarpone jest już dawno tylko letnim wspomnieniem i co najwyżej oblizać się mogę. :)
Chce mi się słodkiego... Rafał czyta mi w myślach. Przywiózł lody. Dooobre kupił. Lody na szarugę... (szkoda, że nie mam ciepłej szarlotki). :)
Zaczynam weekend.


A wracając jeszcze na moment do kremu...
Pomysł na ten krem zaczerpnęłam stąd. To bardzo szybka w wykonaniu i bezpieczna wersja, bo nie zawiera jaj. Zamiast nich, do mascarpone dodaje się skondensowane mleko słodzone. Wg autorki przepisu można eksperymentować z przepisem bazowym, wzbogacając go dodatkiem kawy lub kakao.
Ponieważ moja wersja miała zostać połączona z owocami – dołożyłam sporo drobniutko utartej skórki cytrynowej i odrobinę jej soku. Cytryna dobrze przełamuje słodycz kremu.
Polecam.

A przy okazji, przypominam inny pyszny krem / deser na bazie mascarpone – z dodatkiem białej czekolady, wg pomysłu Bey.
Oba kremy są równie pyszne.



Krem z mascarpone, z owocami
inspirowane przepisem Linn
(na ok. 5-6 porcji)

500g mascarpone
ok. 2/3 puszki zagęszczonego mleka skondensowanego (a właściwie ilość uzależniona od indywidualnych preferencji słodko – smakowych; użyłam mleko z Gostynia: 1 puszka = 533g)
oraz dodatkowo:
drobno otarta skórka z 2 cytryn
ok. 1 łyżka soku z cytryny

pojemniczek malin
250g borówki amerykańskiej

Wszystkie składniki, oprócz owoców, włożyć do miski i wymieszać. (Mieszałam ręcznie, silikonową szpatułką, ale można to również zrobić mikserem).
Przygotować pucharki lub szklaneczki. Napełniać warstwami krem i owoce.
Owinąć pucharki folią spożywczą i schować do lodówki na min. 2-3 godziny do schłodzenia (a najlepiej na całą noc).
Smacznego!

sobota, 21 sierpnia 2010

Rustykalna tarta morelowa


Chłonę ostatnie chwile lata. Wystawiam twarz i ramiona do słońca. Pozwalam, by wiatr dowolnie rozwiewał mi włosy, podczas rowerowych powrotów z pracy do domu.


Biegam z aparatem za motylami i schylam się nisko w trawę, by dostrzec polne koniki. W wolnych chwilach przechadzam się po Jarmarku Dominikańskim i z niegasnącym zapałem zwiedzam targ staroci. Snuję się ulicami i zaglądam w twarze turystów. Łapię chwilę i zapisuję nie tylko w pamięci.


Zjadam niezliczone ilości śliwek, malin i brzoskwiń. Przedkładam pomidora i bazylię nad parówkę i keczup. Piekę ciasta. Zamykam pyszne i soczyste owoce w słodkiej otoczce. Takiej jak ta tarta.



Rustykalna tarta morelowa
inspirowana przepisem z BBC Good Food *

200g mąki pszennej (użyłam krupczatkę)
140g zimnego masła
85g jasnego muscovado
1 żółtko + 1 białko
ok. 700g moreli
1 łyżka brązowego cukru trzcinowego

Mąkę przesiać na stolnicę lub do misy robota, dodać masło pokrojone na małe kawałki. Rozcierać, aż utworzą się małe grudki. Dodać muscovado – wymieszać, a następnie wbić żółtko jaja. Zagniatać, niezbyt długo, aż ciasto będzie gładkie.
Uformować kulę, spłaszczyć dłonią. Zawinąć w folię spożywczą. Wstawić do lodówki i chłodzić przez ok. ½ godziny.
Rozgrzać piekarnik do temperatury 200 st.C. Dużą blachę wyłożyć papierem do pieczenia.
Morele przekroić na pół, wypestkować.
Schłodzone ciasto rozwałkować do kształtu okręgu i grubości ok. 0,5cm. Przełożyć na blachę. Układać morele przecięciem do góry na surowym cieście, w taki sposób, by na brzegach pozostawić ok. 5cm zapas. „Wolne” brzegi delikatnie zawijać do góry, zakrywając morele ułożone najbardziej po zewnętrznej stronie. Rozkłócić lekko białko jaja widelcem. Zawinięte do góry brzegi ciasta posmarować białkiem. Posypać owoce 1 łyżką brązowego cukru.
Piec ok. 30-35 min. Aż ciasto będzie złociste.
Studzić na kratce.
Smacznego!

* w oryginale do ciasta dodano jeszcze 2 łyżeczki cynamonu. Piekłam wersję z cynamonem i osobiście uważam, że bez cynamonu jest lepsza

czwartek, 12 sierpnia 2010

Placek z owocami dla zakręconych inaczej...

Sprawa ma się tak: dzisiejszy wpis jest poniekąd na zamówienie. Dzisiejszy wpis jest z dedykacją. :) Dość szczególną, bo poświęconą moim koleżankom i kolegom z pracy. :) Dlaczego o nich i dla nich? Bo to osoby, które tworzą klimat miejsca, w którym spędzam połowę dnia. Bo z nimi pracuję. Bo z nimi piję kawę i jadam posiłki. Bo z nimi rozprawiam o kulinariach i polityce. Bo dzielimy się emocjami. Bo narzekamy na podobne sprawy. Bo podobne nas bawią. Bo wszyscy mają dystans i potrafią się śmiać z samych siebie. Bo nadajemy na podobnych falach. Bo z przyjemnością każdego dnia otwieramy drzwi pracowni. Bo u nas jest... zajefajnie... :D
Z tych, oraz tysiąca innych powodów, przedstawiam dzisiaj najbardziej odjazdowy po tej stronie globu zespół architektów. Panie i panowie, zaczynam od płci pięknej. I alfabetycznie, żeby baby się nie potłukły. :D



Po pierwsze: Dorotka, zwana przez nas Doris.
Doris spodziewa się dziecka. Zasadniczo od niedawna, informacją o czym raczyła się podzielić, gdy ja urlopowałam. ;/ Nie wiem jak mogła mi to zrobić! Moja Doris! Przecież siedzimy biurko w biurko i razem chrupiemy marchewki! Doprawdy, mogła chyba poczekać z tymi sensacjami (przecież jasne, że nie z ciążą) na powrót swojej T...Aj, pominę milczeniem, mogła poczekać na mój powrót ?! :D
Doris jest malutka, drobniutka i wielbi czerwony kolor. I torebki. Ponoć ma ich 25 sztuk. :D A to jeszcze nie jest jej ostatnie słowo w tej kwestii... Doris ogląda bajki dla dzieci i wielbi Pet Shopy. Rozkłada i składa komputery, podpina monitory, dyski i Bóg jeden wie co jeszcze potrafi wpiąć, wypiąć, lub zapiąć...
Doris porządkuje. Porządkuje wszystko, wszędzie, nałogowo, szaleńczo i co najmniej tak namiętnie jakby chodziło kochanie... :D Myszkę swoją pucuje z 5 razy dziennie (komputerową rzecz jasna, o innej nic nie wiem). Pucuje na błysk i poślizg.
Z Dorotą lepiej nie zadzierać. :D Co prawda, w pracowni jest łagodna jak baranek (którego o mały włos nie adoptowałam), ale gdy załatwia tzw. „sprawy” - to konkretnie. Drżyjcie przed nią panowie budowlańcy! (i pracownicy PZU!). Bo z Doris nie ma żartów! :D



Po drugie: Kasia vel Gretchen.
Moi drodzy, Kasia jest piękna! Mówię Wam, chodzący ideał. W sumie siedzący też. W obu pozycjach prezentuje się równie atrakcyjnie, zwłaszcza gdy pierś wypnie do przodu. Długie blond włosy, figura jak z wybiegu i niebieskie oczy. Cera od niedawna na kuracji wazelinowej.
Kto by powiedział, że to matka i żona... Niestety! Gretchen jest w posiadaniu małżonka Dextera! Wielka to strata dla wszystkich facetów, którzy robią maślane oczy na widok pięknej Katarzyny. A trochę ich się po pracowni przewija każdego dnia. Śmiem przypuszczać, że gro z nich przychodzi tylko dla Gretchen! Niestety powtórnie! Piękna Katarzyna wydaje się być nieczuła na umizgi i zaloty. Niestety po raz trzeci! Gretchen ma jednak pewną słabość... nie do czego jednak, a do kogo... Pan Lucek to..., pan Lucek tamto... Jeśli komu w pracowni zaszwankuje komputer, to jasne, że piękna Katarzyna gmerała w ukryciu, by ściągnąć do pracowni pana Lucka... :D Ale oczywiście Gretchen prędzej sczeźnie, niż się do tego przyzna. :D Na nieszczęście Katarzyny, pan Lucek (chyba) nie czuje mięty... :D W sumie na szczęście, bo Dexter przecież jest w pobliżu i czuwa. :D
Ps. Sczeznąć według Gretchen oznacza – cytuję dosłownie: „sklęsnąć się w sobie i paść”. :D Cokolwiek to znaczy. :D



Po trzecie: Maja czyli Pamela.
Pamela, ach Pamela...! Uosobienie kobiecości! Ten biust! Ta talia! I wszystko naturalne, zero naciągania, zero odsysania, zero liftingu! Bo Pamela moi drodzy – to kobieta czynu! Zdrowe śniadanka, zdrowe sałatki, pomidorki, czasem nawet jakiś bigosik ze świeżej kapustki się urodzi, ale zasadniczo, jak na gwiazdę przystało – Pamela po prostu realizuje program „w zdrowym ciele – zdrowy duch” i ma wykupione wszystkie możliwe karnety świata: siłownia, pajace (czytaj: aerobic & co.) i tym podobne. Żeby nie było: realizowane niemal codziennie. Do tego rower 5 razy w tygodniu (no może 3) – to chleb powszedni wysportowanej na wszystkie strony Pamelci.
Myślicie, że to koniec??? Ach! Bynajmniej! Słuchajcie uważnie, bo powiem to tylko raz i nie będę powtarzać: Pamela walczy! Uważajcie mężczyźni, bo zadarcie z tą kobietą – może być przykrym przeżyciem... Kick boxing to argument przeciwko nieuprzejmym gościom... :D
Na koniec, nie mogę nie wspomnieć o telewizyjnej karierze Pameli. Jednak coby nie powiedzieć, nadane imię (o pardon! sceniczny pseudonim) – zobowiązuje. :D


Po czwarte: Patryk, o konspiracyjnym pseudonimie: Dexter.
Tak, tak! Ten sam, co był wspomniany przy pięknej Katarzynie. Bo Dexter jest szczęśliwym (jak sądzę) małżonkiem blond anielicy.
Dexter ma ze 2 m wysokości, a może nawet i więcej..., kto to zgadnie? Przecież i tak nikt w pracy nie podskoczy tak wysoko z miarką. W sumie może dalmierz dałby radę rozwiązać tę spędzającą z powiek tajemnicę... :D
Nie wiem na pewno, czy Dexter ma coś wspólnego ze św. Patrykiem, ale sądząc po jego wrodzonej łagodności – to wielce możliwe... Milion nagrody dla tego, kto złapie Dextera gdy rzuca mięsem. Pół miliona dla tego, kto dostrzeże na jego twarzy choć cień irytacji... :D Trudno powiedzieć, czy Dextera cokolwiek rusza... Kamienny spokój w każdej sytuacji. Dostojny prawie jak Wenus z Milo... Ups, znaczy jak boski Apollo. :)
Boskość – boskością, jednak Dexter to prawdziwy mężczyzna. Taki z krwi i kości. A prawdziwy mężczyzna nie jada miodu. Prawdziwy mężczyzna żuje pszczoły. Dexter zdecydowanie miodu nie jada...


Po piąte: Maciej, a konkretnie Leoncio.
Leoncio, moi drodzy, to prawdziwe ciacho. Może nawet kremówka. :D Z mega odlotowym, odjazdowym, wypasionym tatuażem na... Nie, nie..., to miejsce pomińmy milczeniem... :D Dość powiedzieć, że tattoo o indiańskim motywie zachwyci każdą kobietę. Każdą. Każdą rasową kobietę. No dobra, nierasową też. (Ps. u nas nierasowych nie ma rzecz jasna :D). Nie powiem ani słowa o tym co się działo, gdy tajemnica tatuażu została przypadkiem odkryta... Albo powiem... Albo nie.
W każdym razie, szczęśliwa małżonka Leoncia...! Ona tam zagląda każdego dnia... :D
Poza tym Leoncio ma ciężkie życie. Nooo..., nie dosłownie rzecz jasna... :) Facet z takim tatuażem nie może przecież narzekać na ciężkie życie. :D Co najwyżej na nadmiar wrażeń. :D A tych zapewne Leonciowi nie brakuje... Gdzie Leoncio nie wdepnie – tam kobiety, kobiety, kobiety... Niestety, wszystkie nadmiernie rozgadane. :D Żeby jeszcze gadały z sensem, a tymczasem plotą trzy po trzy, a nawet piąte przez dziesiąte.
A Leoncio tymczasem lubi spoookój... i ciiiiiszę... I wszystkie słodycze świata. A! I kawę! Kawę Leoncio lubi najbardziej. :)
Uprasza się wszystkie fanki Leoncia (nie fanki też, w końcu co im szkodzi) – o mocne trzymanie kciuków za niego, bo zbliża się wielkimi krokami godzina ZERO! Już za momencik, już za chwileczkę Maciej vel Leoncio zakończy żywot studencki. A my będziemy świadkami narodzin mgr inż. arch. Leoncia. :D



Po szóste i siódme: Agnieszka i Jędrzej.
No nie razem. Osobno. Ale będzie razem, bo oni dołączyli do naszego zespołu na okres wakacyjny, na studenckie praktyki.

Agnieszka. Agnieszka nie ma ksywy. Wielkie to zaniedbanie i jakoś naprawić by wypadało, ale nie dzisiaj, nie teraz, bo to zbiorowe zadanie i burzę mózgów wpierw przejść trzeba.
O Agnieszce trudno cokolwiek powiedzieć... Cicha, spokojna, mówi niewiele... Widać czyny, ważniejsze u niej niż słowa. Agnieszka może i nie ma pseudonimu, ale za to ma talenty. Urodzona artystka! Kto zobaczy jej magiczne pudełeczko z biżuterią – ten pojmie wszystko. Zwinne paluszki Agnieszki, tutaj przytną, tam zagną, tu wywiną... rachu ciachu i gotowe.
W tajemnicy Wam powiem, że Agnieszka ma pióra. Prawdziwe! Zielone! Prawdę mówiąc, przez te pióra zzielenieć z zazdrości można! Która kobieta nie chciałaby się okryć pawimi piórami...? Ach Agnieszka... tej to się jednak w życiu poszczęściło... :)

Jędrzej. Z Jędrkiem to jest taka sprawa, że chłopak ma słabe serce. Nie przypuszczam, by z powodu wad wrodzonych. Ani też bynajmniej z tych nabytych. Tutaj idzie raczej o tkliwość serducha na kobiece wdzięki. Do tej pory, Jędruś prowadzał się tylko z taką jedną, piękną Moniką, a tu naraz tyle kobiet! Pięknych kobiet! Cóż tu począć... pompka wzięła była i zaszwankowała od nadmiaru wrażeń... Jakie szczęście, nie na długo! Jędruś już jest dzieckiem nowej ery i do życia podchodzi z powagą. Każde dziecko wie, że fura, skóra i komóra zdecydowanie są passe. Dziś kobiety łowi się na czarną porzeczkę w ogródku mamy! Jędruś z taką jedną z naszej pracy chce hasać i pląsać na łonie przyrody, wśród maminych marchewkowych grządek i krzaczków malin...
A musicie wiedzieć, że w pląsach Jędrzej jest dobry. Ba! Świetny jest! Jędrzej karierę robi! Jędrzej wydeptał (tfu! wytańczył znaczy) już dziury na deskach teatralnych! Jędrzej – Żyda i Ruska w skrzypku gra! Jędrzej nawet przed kamerą się nie ugnie. Jędrzej ma parcie na szkło! :)
Wkrótce Jędruś znów poczuje zew kariery i odjedzie w siną dal...


Tak pokrótce prezentuje się pewien zespół pewnych architektów z pewnej pracowni... W opisie zabrakło co prawda jeszcze dwoje właścicieli firmy, ale zważywszy na okoliczności – nie wypada mi wciągać Ich w ten cały pokręcony ambaras. :) Niech więc wystarczą tylko słowa, że Szefostwa można nam zazdrościć. :)
Dodam jeszcze, że do naszej pracy nawet w poniedziałkowy poranek człowiek śmiga z ochotą. :)

To już jest koniec. No, prawie koniec...
Mam świadomość, że jeśli pominę milczeniem moją osobę – to zostanę w pracy obdarta ze skóry. :D Albo Pamela wywoła mnie na sparing (boks, kisiel, mokry podkoszulek – wszystko jedno), a wtedy marnie ze mną będzie... :D

A zatem: Małgosia vel Tiffany. Matka Polka. Od niedawna rowerem przemierza połowę drogi z pracy do domu. Zdaniem Pameli, ma „niezłą bajerę” i zagarnia na wyłączność wszystkie co fajniejsze kąski płci męskiej. (Słowo daję, Pamela kłamie!). Gdy zamilknie na 5 minut – pytają, czy się rozchorowała. :D „Taka jedna”, którą Jędruś kusi ogródkiem mamy... :D Kulinarna gwiazda, przynajmniej w oczach współpracowników. :) Od czasu do czasu podtucza pracowe towarzystwo domowym ciachem. A na dokładkę personalna. :D Na szczęście tylko w przenośni. :D

Ufff, doprawdy ciężką pracę wykonałam. :D
Jeśli kto przypadkiem nie zasnął lub nie uciekł z przerażeniem w trakcie lektury i dotarł aż do tego miejsca – dopowiem, że na załączonych zdjęciach widać bardzo letni, bardzo maślany i bardzo mięciutki placek drożdżowy. Całkiem niedawno taki sam, tylko ze zwiększoną ilością owoców (i dodatkowo z czerwoną porzeczką , obok brzoskwiń i borówki amerykańskiej) upiekłam dla swoich koleżanek i kolegów z pracy. Zniknął jak woda, więc mam nadzieję, że smakował. Zresztą piec dla nich to czysta przyjemność, bo jak każda próżna kobieta uwielbiam pochwały. :D



Placek piekłam, bazując na przepisie Gosi z bloga Sweet art na półfrancuskie placuszki z truskawkami. Za pierwszym razem, stosowałam się do receptury i próbowałam wwałkować zimne masło, tak jak zakładał przepis. Niestety wysokie temperatury powietrza powodowały, że masło w mgnienia oku się rozpływało. Dlatego przy kolejnym razie zrezygnowałam z tej metody i miękkie masło w temperaturze pokojowej – po prostu dodałam do reszty składników i razem zagniotłam. Od siebie dodałam też drobno startą cytrynową skórkę, która wzbogaca smak. Polecam, bo to fajny przepis i dobre ciacho. :)


Placek drożdżowy z letnimi owocami
na podstawie przepisu Gosi z bloga Sweet art - z moimi zmianami

na ciasto:
380g mąki pszennej, przesianej
100g mleka (1/2szkl)
30g świeżych drożdży lub 7g suchych drożdży
100g cukru
2 jaja
skórka otarta z 1 dużej cytryny
szczypta soli
180g masła w temperaturze pokojowej

2-3 brzoskwinie
ok. 200g borówki amerykańskiej
ok. 100g czerwonej porzeczki

lukier:
sok z 1 cytryny
cukier puder

Jeśli używamy drożdży świeżych, to należy rozprowadzić je w lekko podgrzanym mleku razem z 1/3 mąki, wszystko dobrze wymieszać i pozostawić na kilkanaście minut do wyrośnięcia.
Jeśli używamy suchych drożdży, to należy rozprowadzić je w 4 łyżeczkach lekko podgrzanego mleka z łyżeczką cukru, wymieszać i pozostawić na kilkanaście minut do wyrośnięcia.

Jaja roztrzepać z cukrem i solą. Dodać pozostałą mąkę, drożdżowy rozczyn i drobno utartą skórkę z cytryny. Połączyć wszystkie składniki. W trakcie zagniatania dodać masło. Zagniatać aż do uzyskania gładkiego ciasta.
Jeśli będzie się zbyt mocno kleiło do rąk, to najlepiej nie podsypywać go mąką, ale lekko nasmarować dłonie oliwą. (Ja wyrabiałam ciasto robotem).
Włożyć je do miski, przykryć ściereczką i pozostawić ok. 1.5 – 2 godz. do wyrośnięcia.
Rozwałkować ciasto na grubość ok.1-1,5 cm, do wielkości odpowiadającej dużej płaskiej blasze (tej z piekarnika). Blachę wyłożyć papierem do pieczenia, a na niej ułożyć ciasto. Można dodatkowo już na blasze porozciągać je palcami.
Na wierzchu ułożyć umyte i osuszone owoce.
Odstawić w ciepłe miejsce na ok.30-45min. do ponownego wyrośnięcia.

Wstawić do nagrzanego do 200st. C piekarnika. Piec ok. 25-30min. Ostudzić przed lukrowaniem.

W małym garnuszku połączyć sok z cytryny z cukrem pudrem (w ilości takiej, by powstała dość gęsta masa). Następnie postawić garnuszek na kuchence na najmniejszym ogniu i cały czas mieszając, podgrzewać (dość krótko) do momentu aż lukier straci na gęstości i pozwoli się przelewać (wciąż musi być biały!). Zdjąć z ognia i szybko polukrować ciasto, zanim lukier znów zacznie gęstnieć.
Smacznego!

niedziela, 8 sierpnia 2010

Tam gdzie góry, łąki i krowie placki...


Dzisiaj będzie nietypowo, bo zupełnie niekulinarnie. :) Dzisiaj zamiast przepisu - będzie porcja wakacyjnych fotek. Obiecałam to w poprzednim wpisie, choć wtedy jeszcze nie wiedziałam jak ciężko będzie mi wybrać tylko kilka ujęć, podczas gdy przepiękne okoliczności przyrody uwieczniałam niemal na każdym kroku. :)


Jak na zasiedziałego mieszczucha przystało – urlop wolę dla odmiany spędzać w sielskiej atmosferze. Na tzw. łonie natury, cokolwiek to znaczy... :)
W tym roku, spokój odnaleźliśmy u naszych zachodnich sąsiadów. Zalesione stoki gór i cudnie zielone łąki – tym przywitała nas Górna Bawaria. :)
Jeśli dodać malownicze górskie jeziora, maleńkie, barwne miasteczka, z charakterystycznymi dla tych rejonów – strzelistymi wieżami kościołów i absolutnie przeurocze, kwieciste górskie chaty - oto mamy krajobraz niczym z raju.


Bazę noclegową zarezerwowaliśmy w okolicach jeziora Tegernsee (ok. 60km na południe od Monachium). Wybraliśmy miejsce na wzgórzu, już bardziej na wsi, niż miasteczku w dolinie. :)


„Nasze” gospodarstwo agroturystyczne oferowało nam ciszę, spokój, ładne widoki, towarzystwo krów i krowie placki. :D Były też po sąsiedzku piękne konie (córcia twierdzi, że to mustangi :D), kucyk (który machał do Mai ogonkiem i kopytkiem, a Maja witała się z nim za każdym razem, ilekroć obok przechodziliśmy, czyli średnio 4 razy dziennie :D), oraz kozy, które niczym nie machały, za to chętnie przybiegały do płotu i szukały towarzystwa. :) Były też świerszcze, ale z nimi trudno było się dogadać.


Nie mogę nie poświęcić choćby dwóch zdań rzeczonym krowom. Bo te, w Bawarii pełnią niezwykle ważną rolę. W tym regionie stawia się na zdrową żywność, prowadzi się ekologiczne gospodarstwa, a o krowy dba jak o członków rodziny. :) Podobno ich mleko jest wyśmienite (tak twierdzi mój małżonek, który każdego ranka pił mleko „prosto od krowy”).
Dzieci, a Maja w szczególności, do tych rudych i łaciatych rogaczy zapałały prawdziwą miłością. :) Pszczółka twierdziła, że wszystkie są jej przyjaciółkami i każdą jedną nazywała Odjazdową Paulą (no cóż, nie ma to jak siła reklamy, której dzieci ulegają bardzo skutecznie). :D



Przemierzyliśmy trochę bawarskich kilometrów, były atrakcje małe i duże, były poziomki zbierane o zachodzie słońca, była prawdziwa górska burza i kąpiel w zimnym, kamienistym górskim jeziorze. :) Było cudownie...

Tyle na dzisiaj ogólnej relacji. Wrażeń przywieźliśmy sporo, ale tak trudno zamienić je w słowa. Może jeszcze kiedyś powrócę wspomnieniami i ze szczegółami opowiem o tym, co widzieliśmy na bawarskiej ziemi... :)
Zapewne, opowiem też wkrótce o drugiej części naszego urlopu, który przypadł na metropolię, na stolicę naszych sąsiadów. Będzie o Berlinie. :)

poniedziałek, 26 lipca 2010

Pourlopowo. Czereśniowe babeczki z kardamonem.


I znów długo mnie było. Tym razem (szczęśliwie dla mnie) z bardziej przyjemnych powodów. :) W myśl zasady, że wszystko co dobre – szybko się kończy - mój 2-tygodniowy urlop nieubłaganie dobiegł końca. Gdzie byłam, opowiem w kilku krótkich słowach, mam nadzieję, już niebawem. Wpierw muszę ogarnąć cały mój fotograficzny majdan... A nie będzie to łatwe, bo wybranie 4 czy 5 fotografii z 2 tysięcy – to nie lada wyzwanie. :D
W każdym razie, wróciłam zadowolona, opalona, lżejsza o kilka „wychodzonych” kalorii, za to cięższa o kilka miłych drobiazgów. :)


Powrót do domu był jak skok na główkę do wody. :) Od razu, z grubej rury, przyszło mi wpaść w codzienny rytm: praca – dom – praca... Jakoś poszło. ;-) Kilkudniowa pourlopowa adaptacja przebiegła pomyślnie. :)
Moja najważniejsza myśl, która nieustannie krążyła mi po głowie tak podczas urlopowego wyjazdu, jak i w czasie drogi powrotnej to: ile straciłam podczas nieobecności ze smacznych, sezonowych, polskich owoców i warzyw? Jak się szybko okazało – nic mnie nie ominęło. Na straganach wciąż dużo, a nawet więcej, niż wtedy, gdy wyjeżdżałam. :) Jest w czym wybierać, z czego zamierzam (jak zwykle) z wielką przyjemnością i smakiem - korzystać.


Zanim jednak na nowo wpadnę w swój kulinarny rytm, chciałabym się podzielić zaległym przepisem, który miał się na blogu pojawić tuż przed moim wyjazdem. Nie udało się. Doba nie chciała być gumowa. :D
A piekłam małe słodkości. Z niespodzianką w postaci pięknych, dorodnych czereśni. :) Muszę powiedzieć, że za każdym razem, gdy decyduję się na wypiek z ich udziałem – doznaję wprost irracjonalnego uczucia nieszczęścia. :D Bo przecież najpyszniejsze czereśnie to te surowe! :) Trudno powiedzieć ile silnej woli muszę wkładać w to, by nie wylądowały w moim brzuchu od razu, już w drodze ze straganu do domu... :D
Jak widać na załączonych zdjęciach – udało się. :) A my ze smakiem podjadaliśmy migdałowe babeczki, pachnące delikatnie kardamonem i cytryną, i skrywające słodkie owoce. :)


Czereśniowe babeczki z kardamonem
ok. 18-20 babeczek w foremkach muffinkowych

200g masła w temp. pokojowej
2 jaja w temp. pokojowej
1 szkl. cukru
2 szkl. mąki
¾ szkl. migdałów mielonych
2 łyżeczki proszku do pieczenia
1 łyżeczka mielonego kardamonu
szczypta soli
otarta skórka z 1 cytryny
150 ml mleka

czereśnie (ok. 20 szt.)

Piekarnik rozgrzać do temp. 190st.C. Przygotować foremkę do babeczek / muffinek. Zagłębienia foremek wyłożyć papierkami do pieczenia lub wysmarować masłem i obsypać mąką.
Wszystkie suche składniki (mąka, cukier, mielone migdały, sól, proszek do pieczenia, kardamon i skórka cytryny) wymieszać razem w osobnej misce.
W drugiej misce masło utrzeć z cukrem do białości. Nie przerywając ucierania – dodawać po jednym jajku. Następnie dodawać naprzemiennie po kilka łyżek wymieszanych składników suchych i mleka. Ucierać, aż do wyczerpania dodawanych składników.
Nakładać ciasto do 2/3 wysokości przygotowanych foremek. Na wierzchu każdej babeczki wkładać po jednej czereśni, lekko dociskając w ciasto.
Piec ok. 30 min. Patyczek włożony w babeczkę powinien być suchy.
Smacznego!

sobota, 3 lipca 2010

Miętowe strączkowe, gdy lato cieszy. :)



Fajne rzeczy się dzieją. :) No fajne i już! :) Po pierwsze: jest lato! Lato! Lato! :) Ciepło i słońce, sandałki i spódniczki, czerwieniące się maki i motyle. Po drugie: looody! Duuużo lodów! Lody na każdą okazję i bez okazji też. :D Po trzecie: w pracy uwijamy się jak mrówki, plecy bolą, ale nic to! bo wygrany konkurs dodał skrzydeł, szampan się polał, a nam wszystkim wyrosły skrzydła i mamy chrapkę na kolejne nagrody. :D



Po czwarte: zbliża się urlop. :) Dużymi krokami. Siedmiomilowymi. I oczami wyobraźni już widzę się w pięknych okolicznościach przyrody... :D Mam zamiar... cieszyć się wspólnymi chwilami z rodziną i... nie rozstawać się z aparatem. :D



Po piąte: stragany się pięknie zielenią i czerwienią, i choćby nie wiem jak bardzo zmęczona z pracy wracam – nie potrafię sobie odmówić przyjemności, by w drodze powrotnej wstąpić na zakupy. Kilogram truskawek dziennie – to standard. Czereśnie też prawie codziennie lądują w torbie. Miejsce też znajduje się dla młodej marchewki, którą namiętnie chrupię, zwłaszcza w pracy. :) I fasolka szparagowa – moja miłość!
Czasem bób lub groszek się do mnie uśmiechnie, a ja do niego. :)

Echhh..., jak ja lubię lato!



Sałatka ze strączkowych z miętą
ok. 3 porcje

ok. 300g bobu
kilka garści strączków groszku cukrowego (miałam 300g)
1 puszka ciecierzycy – odcedzona z płynu
ok. 70-100g boczku wędzonego, cieniutko krojonego
1 czerwona cebula – pokrojona w piórka lub kosteczkę
kilka sztuk pomidorków koktajlowych
sól, pieprz do smaku
sok z ½ cytryny
duża garść poszatkowanych liści mięty
2-3 duże garście świeżej rukoli

Bób ugotować w osolonej wodzie (lub na parze) do indywidualnie lubianej miękkości. Odcedzić, lekko ostudzić i obrać ze skórki. Groszek wyłuskać ze strączków.
Na patelni podsmażyć cienko pokrojony boczek (jeśli jest mało tłusty – lekko spryskać patelnię oliwą). Dorzucić pokrojoną cebulę i dusić kilka minut, aż ta się zeszkli i zmięknie. W razie potrzeby, można podlać odrobiną wody i poczekać aż wyparuje.
Wrzucić na patelnię bób, ciecierzycę, groszek cukrowy, pokrojone na połówki pomidorki koktajlowe. Doprawić do smaku solą, pieprzem, sokiem z cytryny, oraz dodać poszatkowaną miętę. Całość wymieszać i od razu zdjąć z ognia.
Podawać na ciepło z rukolą i pieczywem.
Smacznego!

piątek, 25 czerwca 2010

Łosoś pachnący tymiankiem i cytryną. Z warzywami.


W tym roku udało mi się do mojego „zaokiennego” mini – zielnika zakupić sadzonki tymianku cytrynowego (Thymus citriodorus). Wyglądem właściwie niewiele odbiega od tymianku właściwego (Thymus vulgaris), ale zapach to już zupełnie inna bajka... Wystarczy delikatnie potrzeć palcami listki, a pozostaje na nich wspaniały, cytrynowy aromat. Zapach tak ładny i rześki, że żal myć ręce.. ;-) Nie miałabym nic przeciwko temu, by pachniały tak cały czas... :)


Roślina rośnie mi w oczach. Do domu przyniosłam kilka tygodni temu dwie ładnie rozrośnięte, ale dość niskie sadzonki, a w międzyczasie rozbujały się jak szalona. :) Nie straszna im była nawet kapryśna, bądź co bądź, pogoda. Nie, nie, nie martwi mnie to wcale. :D Lubię mieć pod ręką świeże zioła, a im ich więcej tym lepiej, bo szczodrą ręką dorzucam je gdzie się da. Do sałaty, do mięsa, na kanapkę, do makaronu, na świeżego pomidora, do ryby...


A ryba tymianek bardzo lubi. Cytrynowy tymianek lubi chyba jeszcze bardziej. :) Miałam okazję się o tym przekonać. Był więc soczysty łosoś, mocno cytrynowy i pieczone warzywa. Prawdziwie letnie zestawienie. Chyba w sam raz na pierwszy dzień wakacji... :)



Łosoś pachnący tymiankiem, pieczony z warzywami

Ryba:
2 porcje świeżego łososia
sok i otarta skórka z 1 cytryny
kilka gałązek świeżego tymianku cytrynowego
sól, pieprz
odrobina oliwy z oliwek

Łososia umyć, osuszyć, skropić oliwą i sokiem z cytryny. Posypać solą, pieprzem, listkami świeżego tymianku, skórką z cytryny. Pozostawić na min. 1 godz.

Warzywa:
kilka / kilkanaście sztuk młodych, malutkich ziemniaczków (jeśli większe – to pokrojone na części)
1 pęczek zielonych szparag
kilka sztuk pomidorków koktajlowych
sól
kilka gałązek świeżego tymianku
oliwa do nawilżenia warzyw (ok. 1 łyżka)

Piekarnik nagrzać do temp. 200 st.C.
Ziemniaki wyszorować szczoteczką. Włożyć je do miski, spryskać oliwą, posolić, posypać częścią tymianku. Wymieszać. Tą samą czynność powtórzyć z pomidorkami i szparagami.
Wyłożyć ziemniaki do dużego naczynia żaroodpornego lub blachy z piekarnika wyłożonej papierem do pieczenia. Piec ok. 20-30 min. Po tym czasie nakłuć ziemniaka patyczkiem (np. do grilla) i jeśli jest już lekko miękki – to dołożyć do ziemniaków pomidorki, szparagi i łososia.
Piec kolejnych ok. 10 min. Aż mięso łososia się zetnie.
Podawać gorące. Smacznego!

niedziela, 20 czerwca 2010

Sałata. Na szybko.


To nieprawdopodobne z jaką prędkością mija mi każdy kolejny dzień. Dziesiątki spraw, informacji, wydarzeń, kupionych rzeczy, podjętych decyzji, zjedzonych kanapek, wypitych kaw, skradzionych uścisków dzieciaków... Czyste szaleństwo, a ja w jego epicentrum.
Kilka dni temu Bea zapytała mnie na skypie: „A Ty co tak się lenisz?!? od 8 czerwca nic na blogu nowego?!?”. „No jak nic...?” Po czym pognałam sprawdzić i ze zdziwieniem odkryłam, że rzeczywiście nic. Kiedy minęło tyle dni??? Przecież mam wrażenie, jakbym wczoraj dokonywała ostatniego wpisu...


Dzisiaj prezentuję zatem posiłek, który w różnych kombinacjach chyba najczęściej gości w moim domu. Nie tylko teraz, gdy obfitość warzyw na straganach, ale przez cały rok. Posiłek, który wymaga minimum pracy, minimum poświęconego czasu. Sałaty i sałatki. Robione szybko, niemal „w locie”, zjadane z przyjemnością.

Proporcje tak naprawdę są bardzo dowolne. Do miski wrzucam co mam i tyle ile zdołamy zjeść. :)

Sałatka ze szpinaku, szparagów i jaj przepiórczych

listki młodego szpinaku
główki szparag (z 1 pęczka) – ugotowane al dente na parze lub w wodzie
jajeczka przepiórcze (dałam po 4 szt./1 os.) - ugotowane na twardo
pomidorki koktajlowe
rzodkiewki – pokrojone w plasterki
listki świeżej bazylii
płatki parmezanu

Dressing (na 2 porcje):
1 łyżka soku z cytryny
1 łyżka oliwy z oliwek extra vergine (z pierwszego tłoczenia na zimno)
1 łyżeczka musztardy francuskiej (z całymi ziarenkami gorczycy)
sól morska (u mnie fleur de sel) – do smaku
świeżo mielony czarny pieprz – do smaku

Wszystkie składniki dressingu mieszamy.
Do misek wkładamy szpinak i pozostałe przygotowane składniki. Bezpośrednio przed podaniem do spożycia – polewamy dressingiem. Podawać z bagietką, grzankami, etc.
Smacznego.

wtorek, 8 czerwca 2010

Kiepski dzień od samego rana. Oraz migdałowe frangipane z truskawkami i rabarbarem.


Nie ma to jak dobrze zacząć dzień... Dzisiejszy rozpoczęłam wręcz fenomenalnie. W pierwszej kolejności tylko zmarzłam okrutnie w drodze do pracy. Po wczorajszym upale, który pokonywałam w grubym swetrze – dzisiaj dałam się zwieść porannemu słońcu i dla odmiany odziałam się zupełnie na letniaka. Chłodny poranny wiatr przeszył mnie do szpiku kości, że aż zęby dzwoniły.


Potem było już tylko gorzej. Czekała mnie inwentaryzacyjna praca „w terenie”, podczas której koncertowo wlazłam (nie weszłam, nie wpadłam..., zwyczajnie wlazłam jak ostatnia oferma) po same kostki do paskudnej, burej kałuży. Buty, skarpety, stopy, a nawet nogawki spodni – mokre i brudne! Nieprzyjemnie... A przede mną jeszcze kilka godzin pracy, w tym wizyta w urzędzie... Ponieważ nieszczęścia chodzą parami, a w moim beznadziejnym przypadku nawet trójkami – nie wiedzieć kiedy (bo jakoś nie zarejestrowałam tego faktu, widać za bardzo byłam zajęta mokrymi butami) - „uszkodziłam” palec u ręki, który do tej pory daje o sobie znać dziwnym bólem.
Mam nadzieję, że na dzisiaj wyczerpałam już limit przygód wszelakich. Szczęśliwie dzień chyli się ku końcowi, więc z ulgą zaraz schowam nos pod kołdrę, licząc, że tam już nic mnie nie dopadnie. :D


Sądzę, że nikt mnie nie podejrzewa o to, że w takim dniu, jak dzisiejszy – byłabym zdolna szaleć w kuchni. :D Obawiam się, że nic dobrego by z tego nie wyszło. Katastrofa murowana. Przezornie więc na żadne kulinarne realizacje sobie nie pozwoliłam. :D
Ale mam do pokazania Wam smaczny deser, który wykonałam w ostatni weekend i choć ze względu na sporą ilość masła był dość tłusty – znikł w oka mgnieniu.
Te tarteletki, które widzicie na zdjęciach kryją w sobie mnóstwo mielonych migdałów, oraz obecne sezonowe owoce, czyli rabarbar i truskawki.
Inspirację znalazłam na jednym z moich ulubionych blogów anglojęzycznych Cannelle et vanille. Skorzystałam z przepisu autorki, choć minimalnie go zmieniłam (np. pominęłam mielone orzechy na rzecz samych migdałów). Może i Was zachęcę do wypróbowania? Nie jest skomplikowany..., nieźle wygląda..., jeszcze lepiej smakuje... :)



Tarteletki migdałowe z truskawkami i rabarbarem
wg przepisu na frangipane z bloga Cannelle et vanille (z moimi zmianami)
(proporcje na 7 foremek do mini tart o średnicy 11cm)

200g masła w temperaturze pokojowej
150g cukru (w oryginale 200g)
2 jajka w temperaturze pokojowej
30g mąki
200g drobno mielonych migdałów

ok. 250 g różowego rabarbaru – pokrojonego w kostkę
kilkanaście truskawek

Piekarnik rozgrzać do temperatury 190 st.C. Foremki do mini tart wysmarować masłem i obsypać lekko mąką.
Masło utrzeć „do białości” z cukrem. Cały czas ucierając wlewać po jednym jajku. Dodać mąkę , a następnie mielone migdały. Gdy masa będzie spójna i puszysta – dorzucić kawałeczki rabarbaru. Wymieszać.
Nałożyć ciasto do foremek. Na wierzchu porozkładać połówki truskawek, wciskając je odrobinę w ciasto.
Piec ok. 40 min. (patyczek wetknięty w środek ciasta powinien być suchy).
Smacznego!

środa, 2 czerwca 2010

Fritatta. Szparagi i fenkuł.


Ochota na fritattę, koniecznie ze szparagami, chodziła za mną już od jakiegoś czasu. W każdym razie, myśl o niej pojawiła się wcześniej, niż szpragi na straganie. :)
Chodził za mną smak jajecznego placka, w głowie snuły się dość mętne i nie do końca sprecyzowane pomysły na warzywny „wkład”. Że szparagi – to rozumiało się samo przez się, ale co do reszty – miałam pustkę w głowie.


Ten przepis spadł mi poniekąd z nieba. :) Ściślej mówiąc, ze smacznego bloga „What's for lunch, Honey?”. Jeden rzut oka na zdjęcia i wszystko było jasne. Zestawienie fenkuła ze szparagami bardzo mi się spodobało. Nie znałam takiego połączenia, ale coś mi tam w środku szeptało, że nie może być źle. Co prawda, autorka bloga proponowała jeszcze dodatek świeżej rzeżuchy, ale tej akurat obecnie nie hoduję, a czekanie kilku kolejnych dni – nie wchodziło w rachubę. Chciało mi się jeść już i teraz. :D Zamiast rzeżuchy – sypnęłam szczodrą garścią świeżej mięty, którą darzę miłością wielką.
Przepis potraktowałam jak zwykle dość swobodnie. Zwłaszcza jeśli chodzi o samo wykonanie.
Polecam, bo dobre. Bardzo. :)



Fritatta ze szparagami, fenkułem i młodymi ziemniakami
inspirowane przepisem z bloga „What's for lunch, Honey?”

4-5 jaj
2-3 młode ziemniaki średniej wielkości
pęczek szparagów
1 bulwa fenkuła (koper włoski)
1 ząbek czosnku – w łupince
sól, pieprz
garść świeżej mięty drobno posiekanej
oliwa do smażenia

Warzywa umyć i osuszyć. Młode ziemniaki pokroić w grubszą kostkę. Szparagom odłamać twarde końcówki, pokroić na 4-5cm cm kawałki. Główki szparag odłożyć osobno. Bulwę fenkuła pokroić w cienkie piórka.
Rozgrzać na patelni niewielką ilość oliwy. Wrzucić pokrojone ziemniaki, smażyć przez kilka minut, aż zmiękną. Dodać ząbek nieobranego czosnku, fenkuł i kawałki szparagów (bez główek). Posolić i smażyć kolejnych kilka minut – mieszając od czasu do czasu. Pod koniec smażenia, gdy warzywa będą już prawie gotowe – dodać główki szparag i dusić jeszcze ok. 2-3 min. Wyłowić ząbek czosnku i wyrzucić.
W misce rozkłócić jaja. Doprawić solą i pieprzem. Dodać posiekaną świeżą miętę. Wymieszać.
Usmażone, miękkie warzywa zalać jajami. Szybko przemieszać całość i pozostawić na niewielkim ogniu, najlepiej pod przykryciem na ok.5 minut, do momentu, aż spód placka dobrze się zetnie. Co jakiś czas potrząsać energicznie patelnią, aby placek nie przywarł do patelni. Przerzucić placek na drugą stronę i smażyć jeszcze ok. 3min.
Podawać od razu na ciepło.
Smacznego!

piątek, 28 maja 2010

W gościnie u Bey. Rabarbar.


Ilekroć twierdzę, że coś mi niezbyt, albo nawet zupełnie nie smakuje – nagłym przypadkiem – okazuje się, o dziwo..., że TO nie jest takie złe. Ba! Czasem nawet przekonuję się, że jest bardzo dobre! Te odkrycia utwierdzają mnie niezmiennie w przekonaniu, że wraz z wiekiem – zmieniają się moje upodobania kulinarne. Przyznaję, że cieszy mnie to zjawisko, bo oznacza, że mam szansę „pobawić się” nowymi smakami, dotąd tak bardzo przeze mnie niedocenianymi.


Tak się składa, że lubię przebywać w kuchni Bey. Najchętniej chciałabym dosłownie, osobiście, ale muszę poprzestać na wirtualnej gościnie. Beata posiada, moim zdaniem, niebywały dar przekonywania. Jeśli twierdzi, że coś jest pyszne – to ja nie potrafię Jej nie wierzyć. :D Było tak już nie raz. Zdarzyło się i teraz.
Za rabarbarem nie przepadałam odkąd tylko pamiętam. Zawsze był dla mnie za kwaśny, za cierpki, za włóknisty, za... dziwny i nie mój. :) No nie mój smak i już. ;-)

Tymczasem Bea wystawia na światło dzienne ciasto... pięęękne w swej prostocie. Kuszące. Bardzo kuszące. I niestety z rabarbarem. :D Pomyślałam sobie: co tam, upiekę dla męża, przecież sama nie muszę jeść. Ostatecznie zdarzało mi się już tak robić wcześniej.
Upiekłam, spróbowałam mały kęs i chyba wpadłam po uszy. Bo nie skończyło się na małym kęsie. Jadłam i jadłam, i nie mogłam się nadziwić, że smak rabarbaru jest tak bardzo inny, niż go pamiętam. Nie wiem, czy miałabym odwagę spróbować surowego, ale upieczony naprawdę nie jest zły! :) Mam w planach kolejny rabarbarowy wypiek. Przepis już czeka. A tymczasem zachęcam i namawiam wszystkich na ciasto podwójnie rabarbarowe wg przepisu Bey.


Wszystkim życzę miłego weekendu i jak najwięcej słońca! Ja za nim tęsknię bardzo, bardzo!



Ciasto podwójnie rabarbarowe
cytuję za Beą z bloga Bea w Kuchni

na tortownicę o średnicy 20-22 cm

na‘sos’rabarbarowy:
ok.150grabarbaru
20 g cukru
otarta skórka z 1 pomarańczy
Rabarbar umyć, osuszyć, pokroić, przełożyć do rondelka, dodać cukier i gotować na wolnym ogniu do miękkości; następnie zmiksować i przełożyć na sito do ewentualnego odsączenia, musi bowiem być dosyć gęsty (‘sos’ możemy przygotować np. dzień wcześniej i umieścić go na noc w lodówce).

*‘sos’ rabarbarowy powinien być naprawdę dobrze odsączony, by nie zrobił się zakalec; możemy ewentualnie wymieszać go wcześniej z odrobiną ciasta lub dodać nieco więcej mąki, jeśli ciasto wydaje nam się zbyt ‘luźne’; jeśli zaś nasz ‘sos’ jest dosyć wolgotny, możemy dodać nieco mniej pokrojonego rabarbaru na wierzch

na kruszonkę :
50 g zimnego masła
50 g cukru
35 g mąki
35 g drobno zmielonych migdałów

Wszystkie składniki dokładnie ‘posiekać’ lub rozetrzeć palcami aż powstanie kruszonka. Pozostawić w chłodnym miejscu.

na ciasto :
ok. 250 g rabarbaru
130 g mąki
70 g drobno zmielonych migdałów
1 łyżeczka proszku do pieczenia
60 g miękkiego masła
135 g cukru
2 jajka
3 łyżki kwaśnej śmietany
otarta skórka z 1 cytryny
½ strartego ‘ziarenka’ tonki (możemy zastąpić wanilią lub cukrem waniliowym)
+ 3 łyżki ‘sosu’ rabarbarowego

Piekarnik rozgrzać do 180°.
Rabarbar umyć, osuszyć i pokroić.
Mąkę wymieszać z migdałami i proszkiem. Masło utrzeć z cukrem, następnie dodawać po jednym jajku i dalej miksować, aż masa będzie jednolita. Dodać otartą skórkę z cytryny, stratą tonkę oraz połowę mąki, dobrze wymieszać, a następnie – ciągle miksując – dodać śmietanę oraz resztę mąki. Przelać ciasto do natłuszczonej i lekko wysypanej mąką tortownicy. Na wierzch nałożyć 3 łyżki ‘sosu’ rabarbarowego i lekko wmieszać je w ciasto (jak przy pieczeniu zebry np.). Następnie posypać ciasto pokrojonym rabarbarem i posypać kruszonką. Piec ok. 55 minut (lub do suchego patyczka). Pozostawić na kilka-kilkanaście minut w ciepłym piekarniku, a następnie wystudzić na kratce.

piątek, 21 maja 2010

Zielone reminiscencje i risotto ze szparagami i miętą.


Kilka ostatnich dni spędziliśmy na na Dolnym Śląsku. Wrocław przywitał nas silnym wiatrem, zachmurzonym niebem i deszczem. Można by powiedzieć, że nic nowego. Wszak mamy maj w tym roku – jaki mamy... Dla mnie jednak deszczowy wizerunek Wrocławia – to prawdziwa nowość. Bowiem to miasto zawsze, od wielu lat, witało nas przepiękną pogodą i wysokimi temperaturami. Jednak nie tym razem.


Żałuję, że nie było okazji, by pospacerować po Starówce, ale za to, pomimo bardzo niesprzyjającej aury – nie mogłam się oprzeć przyjemności pobuszowania w ogrodzie naszych Gospodarzy. :) A tam, zielono, kwitnąco, pachnąco konwalią i bzem... Z ziół królowała mięta. Obłędnie aromatyczna! Z ogromną przyjemnością z jej świeżych listków parzyłam herbatkę... Ależ smakowała!


Risotto ze szparagami to już danie niemal sztandarowe w moim domu. Ląduje na stole co sezon, choć staram się, by za każdym razem smakowało trochę inaczej. Tym razem oprócz szparagów – znalazły się w nim suszone pomidory i mięta. Mój syn, który raczej omija szerokim łukiem dania z ryżem (boleję nad tym wielce) – zjadł całą porcję i ani razu nie zamarudził. :) W jego wypadku – to naprawdę wyczyn, a dla mnie sygnał: było dobre. :)
W kwestii szparagów – wciąż nie powiedziałam ostatniego słowa... :) A muszę Wam powiedzieć, że prawie codziennie goszczą na naszych talerzach. Czysta przyjemność... :)


Risotto z zielonymi szparagami, suszonymi pomidorami i świeżą miętą
(proporcje na 2 osoby)

pęczek zielonych szaragów
2 łyżki oliwy
1 szalotka drobno posiekana
1 szkl. ryżu carnaroli lub arborio
100 ml białego wina
0,5 l bulionu warzywnego
kilka (5-6 szt.) suszonych pomidorów z oliwnej zalewy
4 łyżki startego parmezanu
świeżo mielony pieprz
sól (opcjonalnie, do smaku)
garść poszatkowanych listków świeżej mięty
sok z 1/2 cytryny

Przygotować bulion warzywny (powinien być gorący).

Szparagi umyć, osuszyć, odłamać zdrewniałe końcówki. Odkroić główki i odłożyć osobno; łodyżki pokroić w 2-3cm kawałki.
Do garnka lub głębokiej patelni wlać oliwę i zanim zdąży się rozgrzać wsypać poszatkowane szalotki. Podsmażać, mieszając, do lekkiego zeszklenia. Po chwili wrzucić ryż. Smażyć 2-3 minuty, aż ryż się zeszkli. Zalać białym winem. Dusić do momentu, gdy płyn odparuje. Teraz partiami dolewać bulion: najpierw pół szklanki, gdy wyparuje znów pół szklanki i jednocześnie dodać pokrojone łodyżki szparagów. Potem płynu dolewamy po 1-2 łyżki, tak długo, aż ryż dostatecznie zmięknie. Na 2-3 minuty przed końcem duszenia – dorzucić główki szparagów (one bardzo szybko miękną).
Gotowe risotto zdjąć z ognia. Doprawić pieprzem. Dodać starty parmezan – wymieszać, a następnie posiekaną miętę i skropić sokiem z cytryny. Znów wymieszać. W razie potrzeby doprawić do smaku solą.
Podawać gorące.
Smacznego!