poniedziałek, 31 marca 2008

Na powitanie wiosny

Wygląda na to, że w końcu przyszła! Wytęskniona i wyczekiwana… Wiosna. :)
A trzeba przyznać, że bardzo kapryśna była / jest tego roku. Wodziła nas za nos. Z dnia na dzień zmieniała swoje oblicze. Któż by pomyślał, że święta Wielkanocne będą białe! I zimne, i nieprzyjemne. :( Gdy w Wielką Sobotę szliśmy ze święconką, śnieg zacinał po twarzy. Brrrr, ależ było szaro, buro i smutno.
Mam nadzieję, że ta walka wiosny z zimą już zakończona. I zima pokonana odeszła w niepamięć na wiele miesięcy.
W każdym razie, zachęcona aurą ostatnich dni– nabrałam przeogromnej ochoty na coś lekkiego i słonecznego. Uknułam cwany plan: upiekę na wskroś letnie ciasto, by pokazać zimie, gdzie raki zimują; a jednocześnie zachęcić wiosnę, by na dobre u nas zagościła.
Wydobyłam ze swoich zapasów - głęboko i skrzętnie chowaną przez całą jesień, i zimę – czerwoną porzeczkę, i amerykańską borówkę, i wyczarowałam w kuchni tartę pokrytą złocistą, bezową skorupką. Taką tartę piekłam namiętnie zeszłego lata. Wracałam do niej znów i znów, i ciągle było mało. Inspiracją do tego ciasta był przepis pana Zyglisa na ciasto z truskawkami. Z oryginału pozostał właściwie pomysł ciasta krucho – drożdżowego, pokrytego owocem i bezą. Na swój gust pozmieniałam proporcje, no i przede wszystkim zamieniłam truskawki na czerwoną porzeczkę (od czasu do czasu w towarzystwie borówki), co wydobyło z tarty świetną, letnią, kwaskową świeżość.
Mhmmmm, jakie to dobre!

A zimie mówię: do zobaczenia w grudniu!




Tarta porzeczkowa z akcentem borówkowym
(okrągła forma o średnicy 30cm)

Spód krucho – drożdżowy:
1 łyżeczka suszonych drożdży
2 łyżki wody
400g mąki
200g zimnego masła
70g cukru
4 żółtka jaj
szczypta soli

Beza:
4 białka jaj
300g cukru pudru
szczypta soli


Ok. 1 kg świeżych / mrożonych czerwonych porzeczek (lub zmieszanych z borówką amerykańską)
garść bułki tartej



Drożdże mieszamy z 2 łyżkami wody i 1 łyżką cukru. Zaczyn odstawiamy na kilka minut w ciepłe miejsce.
Do przesianej mąki dodajemy cukier, szczyptę soli, pokrojone na kawałeczki masło, żółtka, oraz zaczyn drożdżowy. Wyrabiamy kruche ciasto.
Ciasto wałkujemy na grubość ok. 3-4mm, o średnicy min. 35cm.
Formę do tarty smarujemy lekko masłem, następnie wykładamy dno i boki rozwałkowanym ciastem. Nakłuwamy ciasto widelcem w kilku miejscach. Odstawiamy na 15-20 min, by ciasto lekko podrosło.
W rozgrzanym do 180 st.C piekarniku – podpiekamy spód ciasta przez ok. 15 min. na tzw. „biało”.
W międzyczasie z białek, szczypty soli i cukru pudru ubijamy masę na bezę.
Wyjmujemy formę z pieca. Wysypujemy dno równomierną, cienką warstwą bułki tartej. Wykładamy owoce. Pokrywamy ubitymi białkami.
Wstawiamy ponownie do piekarnika i pieczemy, aż beza uzyska ładny, lekko złoty kolor (u mnie to trwa ok. 45 min.)
Smacznego!


sobota, 29 marca 2008

Ziemniak fusion

Jak bumerang wracam do ziemniaków. Koniecznie pieczonych, bo innych właściwie w moim domu się nie jada. To takie jedno z naszych rodzinnych dziwactw. Jedni nie przepadają za szpinakiem, a inni za ziemniakami z wody i kotletem wszelakim. ;-) My zaliczamy się do tej drugiej frakcji. Jeśli ziemniak – to tylko z pieca, aromatyczny, pachnący ziołami, czy egzotycznymi przyprawami. Na talerzu najlepiej się czuje samodzielnie, a jeśli nie sam, to tylko w towarzystwie lekkich dodatków (zielone sałaty, lekkie sosy jogurtowe).
Jeden zwykły ziemniak, a ile możliwości kompozycji smakowych!
Dzisiaj potraktowałam ziemniaki bardziej orientalnymi przyprawami, a dla kontrastu smakowego dodałam im pierzynkę z greckiej fety. Ziemniak fusion w prostej postaci. Cóż więcej trzeba? ;-)




Pieczone ziemniaki w wersji fusion

1 kg młodych ziemniaków
2 łyżki oleju z pestek winogron
2 łyżeczki kuminu sproszkowanego
1 łyżeczka kurkumy
1 łyżeczka ziaren kolendry świeżo utartych
2 łyżeczka soli

ok. 100 g twardej, greckiej fety

Ziemniaki porządnie wyszorowałam. Przekroiłam na połówki. Wrzuciłam do garnka z zimną wodą i 1 łyżeczką soli. Obgotowałam ziemniaki (tylko do momentu, gdy woda zawrze). Odcedziłam ziemniaki i pozwoliłam by odparowały.
W dużej misce połączyłam olej, kumin, kurkumę, sproszkowaną kolendrę i 1 łyżeczkę soli. Wrzuciłam do misy lekko przestygnięte ziemniaki i dokładnie obtoczyłam w aromatycznej oliwie.
Dużą blachę wyłożyłam pergaminem. Poukładałam ziemniaki pojedynczą warstwą. Zapiekłam w 220 st.C (ok. 15 min.), do momentu, gdy ziemniaki stały się miękkie i złociste. Wyjęłam blachę z piekarnika i na wierzch gotowych ziemniaczków pokruszyłam fetę. Włożyłam do piekarnika na kolejne 5 min.
Podawać gorące.
Smacznego!

środa, 26 marca 2008

Panettone w wersji mini

Panettone mnie nie lubi. A szkoda, bo ja uwielbiam tą mediolańską, drożdżową, specyficzną w kształcie babę. W swym zacięciu wypróbowałam kilka przepisów na panettone. Wszystkie zakończone klęską nieurodzaju. ;-) Mogłoby się wydawać: cóż trudnego w tych przepisach? Wyrabiać ciasto i odstawiać do rośnięcia, a potem znów: wyrabiać i odstawiać…, i znów… A jednak, śmiało twierdzę, że to jedno z trudniejszych wypieków, na jakie się kiedykolwiek porywałam. Wszystkie panettone jakie wyszły spod mojej ręki – przedstawiały obraz nędzy i rozpaczy. Pogodziłam się więc z faktem, że domowy wypiek tej baby w moim osobistym wykonaniu, mija się z celem.
Ciekawe czy Włosi porywają się z motyką na słońce, czy po prostu z szerokim uśmiechem proszą o panettone w ulubionej piekarni?
Tak więc myśl o mediolańskiej babie poszła w zapomnienie.
Ale swego czasu na CC pojawił się przepis na mini panettone, pieczone w formach muffinkowych. Wyglądały tak uroczo, że trudno było się im oprzeć! :) I wydawało się, że w takiej formie nie mogą się nie udać! I rzeczywiście nie mogą! Są przepyszne, puszyste i pięknie się prezentują na stole w takiej postaci. Chociaż ze względu na nowy kształt - zapewne z oryginalnym panettone już niewiele mają wspólnego…
We Włoszech panettone pojawia się na stole z okazji świąt Bożegonarodzenia; u nas baba kojarzona jest raczej z Wielkanocą i z tej właśnie okazji zajadałam się mini – babeczkami. :)





Mini panettone

Dzień wcześniej:
1/2 szklanki rodzynek i kandyzowanej skórki pomarańczowej zalewamy rumem.

Przygotowujemy też miksturę, łącząc ze sobą:
1/4 szkl. mąki
1/4 szkl. mleka
mała szczypta drożdży (daję ok. 1/3 łyżeczki)
Miksturę foliujemy, odstawiamy na 3 godziny w ciepłe miejsce, a potem wkładamy do lodówki, aż do dnia następnego.

------------------------
1/4 szkl. wody
1 łyżka cukru białego (daję 2 łyżki)
1 łyżka cukru jasnobrązowego (daję 2 łyżki)
1 łyżeczka drożdży instant

1 jajko + 2 żółtka - rozkłócone
szczypta soli
3 łyżki amaretto
starta skórka z cytryny
1,5 – 2 szkl. mąki (daję 1,5 szkl. ciasto jest dość luźne)
140 g masła w temperaturze pokojowej

1 jajko dodatkowo do smarowania

Następnego dnia:
w 1/4 szkl. wody, rozpuszczamy cukier biały i brązowy, oraz 1 łyżeczkę drożdży instant. Dodajemy do mikstury wyjętej z lodówki.
Łączymy to wszystko z jajkiem, 2 żółtkami, szczyptą soli, skórką z cytryny, amaretto i mąką.
Wyrabiamy ciasto, do momentu gdy będzie w miarę gładkie. Zostawiamy na 15 minut, żeby odpoczęło. Następnie dodajemy masło i jeszcze wyrabiamy ok 10-15 minut.
Dodajemy odsączone bakalie.
Przykrywamy folią i zostawiamy na 2 godziny do wyrośnięcia.
Przekładamy do (mniej więcej) połowy wysokości foremek muffinowych i czekamy ok. 2 godzin, aż prawie podwoją objętość.

Bezpośrednio przed pieczeniem smarujemy rozkłóconym jajkiem.
Pieczemy 30-35 minut w 175 st. Po upieczeniu od razu wyjmujemy z formy muffinowej i stawiamy na kratkę do odparowywania.

sobota, 22 marca 2008

Wesołego Alleluja!



Z okazji zbliżającej się Wielkiej Nocy, przyjmijcie moc serdecznych życzeń. Niech nie zabraknie słońca, szczęścia i radości!

wtorek, 18 marca 2008

Kruche ciasteczka milionera

Kilka miesięcy temu kupiłam książkę „Czekolada”. Kiedy pierwszy raz ją przeglądałam i moje oko (pewnie nawet oba ;-) spoczęło na zdjęciu ciasteczek milionera – przez myśl mi nie przeszło, że już wkrótce ten prosty wypiek będzie robił ogromną furorę. Owszem, ciasteczka wyglądały nader smakowicie i zachęcająco. Jednak wystarczyło przestudiować użyte składniki, by szybko dojść do wniosku: za słodkie! zbyt kaloryczne! nie dla mnie!
Tymczasem ostatnimi czasy sypnęło milionerami w necie. ;-)) Gdzie nie zajrzę – tam ciasteczka milionera. Kuszą na blogach, kuszą na forach (na CC już kilka wersji forumki przetestowały)… Zmasowany atak z każdej strony. ;-))
Zatem się ugięłam. Sięgnęłam ponownie do swojej książki i oto zostałam obsypana bogactwem. Złocisto – czekoladowym. Słodkim bardzo. Pysznym.
No więc… te ciasteczka zdecydowanie jednak są dla mnie! :)





Kruche ciasteczka milionera

Kruchy spód:
175 g mąki (dałam krupczatkę)
125 g zimnego masła, pokrojonego w kostkę
4 łyżki brązowego cukru

Masa toffi:
55 g masła
4 łyżki brązowego cukru
400 g skondensowanego mleka z puszki (słodzone)

Polewa:
200 g czekolady deserowej (u mnie 100 g deserowej + 100 g gorzkiej)
1/4 szkl. śmietanki 30% (w oryginale nie ma śmietanki; ja dałam, by łatwiej rozprowadzić czekoladę na wierzchu ciasta)

Kwadratową formę o boku 23cm wysmarować masłem.
Piekarnik rozgrzać do temp. 190 st.C.

Połączyć wszystkie składniki na kruchy spód i zagnieść miękkie, elastyczne ciasto.
Wyłożyć ciastem dno formy; ponakłuwać widelcem.
Piec w piekarniku przez ok. 20 min., aż ciasto będzie złociste.
Pozostawić w formie do ostygnięcia.

Przygotować masę: w rondelku umieścić masło, cukier brązowy i mleko skondensowane. Gotować na małym ogniu, mieszając, aż masa zacznie wrzeć. Zmniejszyć ogień i gotować przez 4-5 min., aż masa toffi zgęstnieje, stanie się jasnożółta i zacznie odchodzić od ścianek naczynia.
(Lub ułatwić sobie pracę (tak jak ja ;-)) i użyć kupionego kajmaku; podgrzać go na ogniu, aż uzyska lekko płynną konsystencję.)
Wylać masę na kruchy spód i pozostawić do ostygnięcia.

Kiedy toffi stężeje, do rondelka wlać ¼ szkl. śmietanki, wraz z pokruszoną czekoladą. Postawić na małym ogniu i cały czas mieszając – roztopić czekoladę.
Wylać czekoladę na masę toffi; rozprowadzić starannie. Postawić w chłodnym miejscu do zastygnięcia.
Przed podaniem kroić ciasto na niewielkie kwadraty.
Przechowywać w lodówce.

niedziela, 16 marca 2008

Tuńczyk i fasola w sałatce na ciepło

Smak i wygląd tuńczyka jeszcze do niedawna utożsamiałam li tylko z kawałkami mięsa w oleju lub sosie własnym, skrzętnie zapuszkowanym. I prawdę mówiąc, wcale od tych puszek nie stroniłam. Wręcz przeciwnie, mam swoje dwie ulubione włoskie marki i chętnie wykorzystuję ich przetworzone tuńczykowe produkty. Sałatka z tuńczykiem, pizza z tuńczykiem, zwykła kanapka z tuńczykiem… oczywiście z tuńczykiem z puszki…
Tu gdzie mieszkam, świeże ryby to właściwie norma, zwłaszcza jeśli ktoś ma tyle samozaparcia (ja nie mam ;-)), by wczesnym rankiem pojechać do rybaków i bezpośrednio od nich kupić świeżutkie ryby prosto z kutra. Ale świeże ryby „egzotyczne” (egzotyczne rzecz jasna dla naszych wód)… to poniekąd jeszcze nowość.
Tymczasem nadarzyła się okazja i w moje ręce wpadły steki z tuńczyka. Noooo, takie zupełnie świeże to one nie były… Wszak ileś tysięcy kilometrów musiały przebyć, by trafić do naszych sklepów.
Największym zaskoczeniem dla mnie, jest kolor tuńczykowego mięsa. Zupełnie nie taki, jaki znam, spożywając lokalne ryby. Zamiast białego, delikatnego mięsa – jawi się czerwone, dość zbite, niczym wołowina. Ciekawe w smaku, bo też nie-rybne. Nawet zapachu charakterystycznego dla ryby brak. Jednym słowem, jeśli nie wiemy co podano na talerzu - można się pomylić i uznać, że oto dorodny kawałek wołowiny przed nami leży. ;-)
W moim wydaniu, tuńczyka podałam na ciepło w kolorowej sałatce, w której główne skrzypce grały fasolki.

Przygotowanie tej sałatki, to niezłe zadanie logistyczne, bowiem, jeśli chcemy ją zjeść na ciepło – to konieczne jest posiadanie ze czterech wolnych dłoni i dodatkowej pary oczu. ;-) A na serio, wystarczy trochę werwy. :)




Sałatka z tuńczykiem i fasolką

Dressing:
4 łyżki oliwy extra vergine
1 łyżka czerwonego octu winnego
1 ząbek czosnku
garść porwanych listków mięty
garść porwanych listków bazylii

200g zielonej fasolki szparagowej
1 puszka białej fasolki
2 steki z tuńczyka, ok. 2cm grubości
oliwa do smarowania steków
1 cukinia

mieszanka sałat
kilka pomidorków koktajlowych
grzanki ziołowe

Wszystkie składniki sosu umieścić w sporej misce. Doprawić do smaku solą i pieprzem. Wymieszać, aż do uzyskania jednorodnego dressingu.

W osolonym wrzątku ugotować zieloną fasolkę szparagową. Na minutę przed odcedzeniem – dorzucić opłukaną białą fasolkę z puszki (biała fasolka ma się tylko zagrzać). Dokładnie odcedzić i dodać do miski z dressingiem. Delikatnie wymieszać.

W międzyczasie gotowania fasolki – usmażyć steki z tuńczyka. Jedną stronę steku posmarować odrobiną oliwy i tą stroną położyć na patelni. Smażyć przez 2 minuty. Wierzchnią stronę steku posmarować oliwą, przewrócić i smażyć przez kolejne 3-4 minuty (u mnie 4 minuty, bo miał być dobrze wysmażony).
Jednocześnie na drugiej patelni – podsmażać / grillować dość grubo pokrojone, lekko doprawione solą i pieprzem - plastry cukinii.
Na talerzu wyłożyć mieszaninę sałat, następnie fasolkę wraz z sosem, dorzucić połówki pomidorków koktajlowych, grillowaną cukinię, oraz kawałki tuńczyka.
Podawać z ziołowymi grzankami, lub bagietką.
Smacznego!

sobota, 8 marca 2008

Burgery z czerwonej fasoli

Ostatnio namiętnie testuję burgery. Warzywne. Szybko się je przyrządza, a o to przecież chodzi zapracowanej kobiecie. ;-)
Próbowałam już przepyszne wegetariańskie burgery z przepisu Tatter, oraz warzywne burgery Liski, w których głównym składnikiem była ciecierzyca. Niebo w gębie dla takiego warzywojada, jak ja!
Dzisiaj znów naszła mnie ochota na bułę faszerowaną dobrociami. Z długiej listy przekąsek, które czekają na wypróbowanie – wyszperałam kolejny przepis podany przez Tatter. Tym razem burgery z czerwonej fasoli. Kilka chwil i zajadaliśmy się niezbyt tradycyjnym obiadem. Były tak pyszne, że palce lizać! ;-)
Polecam!





Burgery z czerwonej fasoli
Cytuję za Tatter:

15ml oliwy z oliwek
1 cebula, drobniutko posiekana
1 ząbek czosnku, zmiażdżony
1 łyżeczka mielonego kminu
1 łyżeczka mielonej kolendry
1/4 łyżeczki kurkumy
100g grzybów portobello (grzyby o ogromnych kapeluszach), bardzo drobno posiekanych
400g ugotowanej czerwonej fasolki (może być z puszki)
2 łyżki świeżej kolendry, posiekanej
50g ostrych paprykowych chipsów tortilla, rozdrobnionych
75g świeżego miąższu chleba tostowego
1 łyżeczka ostrego sosu paprykowego
sól i pieprz
mąka do oprószenia
olej do smażenia

Rozgrzewam oliwę, dodaję cebulkę i czosnek, smażę mieszając, aż cebula zmięknie. Dodaję przyprawy, mieszam, gotuję kolejne 2 min. Dodaję grzyby, zmniejszam ogień, mają zmięknąć, ale nie mogą być suche.
Do miski wrzucam fasolkę i rozgniatam ją lekko widelcem, dodaję ją do grzybów i cebuli, wraz ze świeżą kolendrą, chipsami, miąższem chleba i sosem chilli. Doprawiam. Omączonymi rękoma formuje 4 burgery (jeśli mikstura jest zbyt luźna, dodać trzeba więcej chlebowego miąższu). Smaruję przygotowane burgery oliwą.
Na patelni rozgrzewam cienką warstwą oleju, wkładam burgery, smażę z każdej strony po 2-3 min.
Podaję na bułeczkach hamburgerowych lub innym pieczywie, z sosem chimichurri na przykład.


Ps. W zamian portobello dałam zwykle pieczarki.

niedziela, 24 lutego 2008

Gorąca czekolada



Czekałam na ten czekoladowy weekend z wielką niecierpliwością, snułam wizje na temat tego, co dobrego z czekolady przygotuję, szperałam w książkach… A gdy w końcu nadszedł ten czas – okazało się, że fizycznie nie jestem w stanie wyżyć się kulinarnie.
Jako, że jestem w ogromnym niedoczasie, mam milion spraw do zrobienia „na zaraz”, do tego kapryśne dziecko u boku, będzie bez zbędnych, długich wstępów.
Podałam dzisiaj mojej rodzinie tylko (i aż ;-)) gorącą, pitną czekoladę. Mocno czekoladową, z cynamonowa nutką w smaku, dość gęstą i rozgrzewającą. Cudnie wyglądała i jak fantastycznie pachniała!
Sama nie mogłam się nacieszyć smakiem, bo mój organizm nie toleruje mleka w formie pitnej, ale chętnie nacieszyłam „oko”. Może to niewiele, jednak czasami tak bywa, że robimy cos dobrego dla najbliższych, a nie dal siebie. ;-)




Gorąca czekolada

300 ml mleka
200 ml śmietanki 30%
50 g gorzkiej czekolady 70% (ja poszłam na całość, dałam 100 g :) )
1 ½ łyżeczki ciemnego kakao, dobrej jakości
¼ łyżeczki cynamonu mielonego
ciemny, brązowy cukier, do smaku (dałam 2 łyżeczki)
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
maleńka szczypta soli

Czekoladę dość drobno posiekać.
Do garnka wlać mleko i śmietankę, dodać posiekaną czekoladę, kakao, cynamon. Podgrzewać na niewielkim ogniu, mieszając trzepaczką, aż czekolada się rozpuści i pozbędziemy się grudek kakao.
Dodać odrobinkę soli (dla wydobycia smaku czekolady), ciemnego cukru, oraz esencji waniliowej. Gotować jeszcze chwilę, do połączenia smaków.
Podawać gorące, ozdobione dodatkową czekoladą, lub bitą śmietaną.

Smacznego!



piątek, 22 lutego 2008

Dal – zupa z soczewicy

O kuchni hinduskiej wiem niezmiernie mało; właściwie tylko tyle, że pachnie kolendrą, kurkumą, kuminem, cynamonem, kardamonem. Cała reszta owiana jest tajemnicą.
Jakiś czas temu, wertując swoje kulinarne książki, natknęłam się na ciekawie brzmiące dania. Oczywiście książki odłożyłam na półkę z myślą, że „kiedyś tam” do nich powrócę. Nastąpiło to znacznie szybciej, niż mogłabym się po sobie spodziewać. ;-)
Dzisiaj przekonałam się, że kilka prostych składników, które właściwie zawsze są pod ręką w domowych zapasach, połączonych z garstką aromatycznych przypraw, wystarczy by w kilka minut przygotować pyszne danie z dalekich, egzotycznych stron.
Początkowo obawiałam się, czy sama zupa okaże się wystarczająca, by zaspokoić głód, więc w zanadrzu miałam pomysł na drugie danie, ale Dal okazała się niezwykle sycąca. Do tego taka jak lubimy: pikantna nutka miło dawała znać o sobie, przy każdej kolejnej łyżce. :)
Zapewne na miejscu by było, podać tę zupę z chlebkiem naan, czy chiapati, ale i z bagietką zjedliśmy z nieukrywaną przyjemnością.



Dal – zupa z soczewicy

2 łyżki masła
2 ząbki czosnku, przeciśnięte przez praskę
1 cebula, drobno posiekana
1 łyżeczka kuminu
½ łyżeczki kurkumy
1 łyżeczka garam masala
¼ łyżeczki sproszkowanego chilii
ok. 1 kg pomidorów z puszki dobrej jakości – pokrojone w kostkę
1 szkl. czerwonej soczewicy
2 szkl. wywaru warzywnego
2 łyżeczki soku z cytryny
250 ml mleczka kokosowego
sól, pieprz do smaku
garść świeżej kolendry

W dużym garnku rozpuścić masło. Wrzucić cebulę i czosnek; mieszając podsmażać 2-3 minuty. Dodać przyprawy: kumin, kurkumę, garam masala, chilii – smażyć kolejne 30 sekund.
Zalać wywarem warzywnym i pomidorami. Wsypać czerwoną soczewicę. Wycisnąć sok z cytryny, doprawić do smaku solą. Doprowadzić do wrzenia. Dodać mleczko kokosowe.
Gotować bez przykrycia, na małym ogniu, do czasu gdy soczewica zmięknie (ok. 20 min.), a część płynów wyparuje. Na chwilę przed zdjęciem z ognia – doprawić świeżo zmielonym pieprzem.
Przybrać posiekana świeżą kolendrą.
Podawać np. z chlebem naan.

sobota, 16 lutego 2008

Maślano - karmelowe ciasteczka dla słodkich łasuchów


Od pewnego czasu mam tzw. fazę na wyroby cukiernicze Sowy. To jedyna chyba sieć cukierni, w której chętnie pozostawiam pieniądze. Nie wszystkie wyroby wprawiają mnie w zachwyt, ale kilka swoich „perełek” mam. ;-) Jedną z nich są maślane ciasteczka, okraszone masą kajmakową i laskowymi orzechami. Naprawdę mi smakują, jednak uważam, że cenę mają co najmniej zdzierską.
Postanowiłam spróbować w domu odnaleźć ten maślany smak. Może nie identyczny, ale wykorzystując przynajmniej kajmak i orzechy, jako clue programu. :)
Efekt moich eksperymentów przeszedł moje oczekiwania. Co tam ciasteczka Sowy! Moje są o niebo fajniejsze! ;-))
Wyszły mega maślane, a dzięki użyciu golden syroup’u i ciemnego muscovado, zamiast zwykłego cukru – nabrały lekko karmelowego smaku i pięknego, złocistego koloru.
Wystarczy jeszcze rzec, że ciasteczka są niezwykle kruchutkie, a z wierzchu nabrały cieniutkiej, bardzo chrupiącej skorupki, – by wydać z siebie głośne: „Mniam!!!”.
Oczywiście są dość słodkie, głównie za sprawą kajmaku, zatem użycie jego lub nie – pozostaje sprawą indywidualnego wyboru. Mnie taka słodka rozpusta bardzo posmakowała. :)

Gorąco polecam !



Maślano - karmelowe ciasteczka

250g masła w temperaturze pokojowej
½ szkl. ciemnego muscovado
2 łyżki złocistego syropu (golden syroup)
2 szkl. mąki
½ łyżeczki proszku do pieczenia

Ok. 300g kajmaku (użyłam kupnego gotowca)
100g orzechów laskowych

Masło utrzeć z ciemnym cukrem. Dodawać kolejno złocisty syrop, oraz przesiana mąkę z proszkiem do pieczenia i dalej ucierać.
Ciasto wychodzi dość miękkie, więc przed dalszym formowaniem ciasteczek – warto wstawić je do lodówki na min. 1 godzinę.

Orzechy laskowe podpiec kilka minut w piekarniku, lub podprażyć na suchej patelni. Jeszcze z ciepłych usunąć skórki. Obrane orzechy posiekać niezbyt drobno.

Piekarnik rozgrzać do temp. 180 st.C.
Z ciasta formować kulki wielkości sporego orzecha włoskiego, lub tak ja, użyć małej gałkownicy (moja ma pojemność 1,5 łyżki).
Kulki układać na dużej blasze, wyłożonej papierem do pieczenia. Pozostawić odstępy min. 5 cm, bo ciasto podczas pieczenia dość mocno się rozlewa.
W każdej kulce zrobić wgłębienie i palcami spłaszczyć kulkę, ale tak by wokół pozostawić niewielki rant.
W środek powstałych placuszków wkładać po 1 łyżeczce kajmaku, starając się, by pokrywały mniej więcej całe wyprofilowane wgłębienie. Po wierzchu posypać obficie orzechami laskowymi. Dobrze jest lekko wcisnąć orzechy w masę, by potem lepiej trzymały się ciasteczek.
Piec ok. 15 – 16 minut, do momentu, gdy brzegi ciasteczek zaczną ładnie brązowieć.
Podczas wyjmowania z pieca – ciasteczka są w środku jeszcze dość mięciutkie i kruche. Nie zdejmować od razu z blachy, bo łatwo się rozpadają, ale pozostawić na ok. 3 minuty. W tym czasie ciasteczka ładnie stwardnieją i z łatwością będzie można je zdjąć z blachy na kratkę, do dalszego studzenia.

Smacznego!





piątek, 15 lutego 2008

Łazanki


Łazanki, to jeden z tych smaków, które towarzyszą mi od dzieciństwa. Mama i babcia niejednokrotnie przyrządzały to proste, niezwykle tanie danie, a ja zawsze zjadałam mega porcje. :) Babcia przyrządzała najprostsze łazanki: kapusta, cebula i kluski. Mama natomiast poszła o krok dalej i wersję podstawową okraszała kilkoma dodatkowymi składnikami.
Podobno, wersji na przyrządzanie tego dania jest wiele. Pewnie każda polska gospodyni domowa, ma swój ulubiony sposób.
Mnie smakują najbardziej łazanki mojej mamy. Z pieczarkami i cudnym aromatem boczku, które świetnie wzbogacały smak kapusty. :)
Od czasu do czasu przyrządzam je sama, chociaż odeszłam od metody wykonywania, jaką pamiętam z domu rodzinnego, by poszatkowaną kapustę piec w piekarniku. Dla mnie to zbyt wiele niepotrzebnego zachodu. ;-) Z powodzeniem duszę kapustę w garnku, wprost na palniku kuchenki. Łazanki wychodzą genialne. :) Chociaż u mamy i tak zawsze będą naj naj najlepsze. :)




Łazanki

ok. 1 kg białej kapusty
20 dag wędzonego boczku
1 cebula
30 dag pieczarek
1 duża marchewka
3 łyżki oliwy
sól, pieprz do smaku

Kluski do łazanek:
1 jajko
10 dag mąki (używam semoliny)

Z kapusty wyciąć twardy, środkowy głąb; zdjąć zewnętrzne liście. Poszatkować kapustę w dość cienkie piórka.
W dość dużym garnku rozgrzać 2 łyżki oliwy. Wrzucić kapustę, posolić i podsmażać ok. 5 min. Podlać 1-1,5 szkl. wody i dusić na małym ogniu pod przykryciem (mieszając od czasu do czasu), do momentu, gdy kapusta będzie miękka (ok. 1 godziny).
W międzyczasie pokroić boczek w cienkie paseczki, lub kostkę; posiekać drobno cebulę; obrać pieczarki i pokroić w niezbyt drobną kostkę; obraną marchewkę zetrzeć na tarce o dużych oczkach.
Rozgrzać na patelni 1 łyżkę oliwy i wrzucić na nią boczek (jeśli boczek jest tłusty, można zrezygnować z oliwy). Po chwili dorzucić poszatkowaną cebulę. Smażyć 3-4 minuty, aż cebula się zeszkli. Dodać pieczarki. Posolić do smaku (niezbyt dużo, bo boczek jest słony). Dusić kilka minut, pieczarki powinny zmięknąć. Na koniec dodać startą marchewkę. Dusić jeszcze ok. 5 minut.
Do gotowej, miękkiej kapusty wrzucić zawartość patelni. Dokładnie wymieszać. Dodać świeżo zmielonego pieprzu. (Ja daję sporo, lubię pieprzne łazanki ;-)). Jeśli potrzeba, dosolić.
Odstawić do „przejścia” smaków, najlepiej na całą noc. Chociaż w wersji dla niecierpliwych – można pominąć ten punkt programu. :)

Z jajka i mąki wyrobić elastyczne ciasto makaronowe. Wałkować na płaty średniej grubości. Ja do tego używam maszynki do makaronu i końcową grubość ustawiam na „5”. Z rozwałkowanych płatów wykrawać kwadraty w miarę jednakowych rozmiarów, nie za duże (ok. 1,5x1,5 czy 2x2 cm będzie ok.).
Gotować al dente w garnku z dużą ilością osolonego wrzątku. Odcedzić. Kluski wrzucić do kapusty. Przesmażyć wszystko razem.

Osobiście uważam, że z łazankami tak jak z bigosem. Im dłużej postoją, im więcej razy je przesmażymy – tym bardziej zyskują na smaku.

czwartek, 14 lutego 2008

Młode ziemniaczki najlepsze na świecie



Jeszcze 5 lat temu, za nic w świecie nie uwierzyłabym, ze w środku zimy będę zajadać młode warzywa. Nie wiem, czy moja ignorancja w tym temacie była tak wielka, że zwyczajnie nie zauważałam na straganach tychże warzyw, czy rzeczywiście ich po prostu nie było… Teraz zatrzęsienie. Młode ziemniaki, młoda kapusta, małe, piękne cukinie, sałaty wszelakie, pomidory, ogórki, rzodkiewki i sporo innych. Do koloru, do wyboru. :-)
Co prawda podchodzę do tych warzyw z dużą rezerwą, bo niejednokrotnie smak ich i zapach – jakby z innej bajki – mniej intensywny, mniej aromatyczny. Plastikowy? ;-)
Ale młodym ziemniakom (podobno prosto z Maroko do naszych sklepów przybyły) nie potrafiłam powiedzieć stanowczego „nie”. Bo młode ziemniaczki to smakołyk nad smakołykami, zawsze i wszędzie, na specjalną okazję i bez okazji też. Dzisiejszego obiadu nie planowałam wcześniej. To był impuls. Zobaczyłam je na straganie i od razu wiedziałam co zaserwuję mojej rodzinie. Jeśli ktoś sądzi, że zwyczajne pieczone ziemniaki – to danie zbyt mało wykwintne, jak na celebrowany przez wielu Dzień św. Walentego – to ja odpowiadam, że my byliśmy w siódmym niebie. ;-)




Młode ziemniaczki na chrupko

Ok. 1 kg młodych ziemniaków (najlepiej małych rozmiarów)
3 łyżki oliwy z oliwek
1 łyżeczka świeżego rozmarynu, drobno poszatkowanego
1 łyżeczka papryki wędzonej w proszku
Sól do smaku (u mnie ok. 1 łyżeczki)

Dressing:
Mały pojemniczek jogurtu bałkańskiego (220g) – a najlepiej oryginalnego greckiego
1 ząbek czosnku
1 łyżeczka białego octu winnego
2 łyżeczki oliwy extra vergine
Sól, pieprz do smaku

Przygotować dressing:
Czosnek rozetrzeć nożem na gładką papkę. Razem z pozostałymi składnikami dressingu wmieszać do jogurtu. Odstawić do lodówki na min. godzinę.

Ziemniaki porządnie wyszorować. Osuszyć ręcznikiem papierowym.
W zależności od wielkości ziemniaków – pokroić na pół, lub na ćwiartki. Jeśli są bardzo małe – można pozostawić w całości.
W dużej misce wymieszać oliwę z oliwek, paprykę wędzoną, świeży rozmaryn i sól. Włożyć ziemniaki i starannie obtoczyć w oliwnej miksturze.
Blachę z piekarnika wyłożyć papierem do pieczenia. Układać ziemniaki pojedynczą warstwą.
Piec w piekarniku rozgrzanym do 220 st. C przez ok. 1 godzinę (przy małych ziemniaczkach może być krócej) do zezłocenia.

Podawać gorące z czosnkowym sosem.Smacznego!

A heart for your Valentine


A na deser, mały, malutki drobiazg - czekoladki wprost z walentynkowego serca.
Ot tak, żeby choć symbolicznie uczcić dzisiejsze święto zakochanych. :)