na targu w Montepulciano
Dzień 10
Wiatr dął przeraźliwie przez całą noc, a ja dzięki temu prawie nie zmrużyłam oka. Skoro świt jestem na nogach. Za oknem już cisza. Przecieram oczy ze zdumienia i zastanawiam się czy to co widzę, to omamy jakieś, czy rzeczywiście na trawie przed domem skacze... dudek. Najprawdziwszy. Długi dziób, grzebień na główce. Naiwna, miotam się z aparatem, przepinam zwykły obiektyw na tele z nadzieją, że zdążę. Nie zdążyłam! I tyle go widziałam.
Skoro już wybiegłam z aparatem, to nie wracam. Robię obchód, zaliczając wszystkie ścieżki, krzaki, a nawet chwasty. Tu pstryknę, tam pstryknę, a głównie gonię za motylami (one też jakieś ranne ptaszki). Tyle ich tutaj, co i jaszczurek – zatrzęsienie. Ganiam więc aż do śniadania. Nazwijmy to porannym joggingiem.:D
na targu w Montepulciano
Dalszych wyjazdów dzisiaj nie będzie. Zostajemy na miejscu, by pobyczyć się na basenie.
Korzystamy jedynie z faktu, że w Montepulciano odbywa się
mercato. To dla mnie już ostatnia okazja, by nacieszyć oko lokalnym kolorytem targowisk. Fajnie jest tak snuć się między straganami i podglądać co chętnie kupują mieszkańcy. Nieodmiennie zachwycają mnie wielkie udźce surowej, podsuszanej szynki parmeńskiej. Nie jestem wielką fanką wędlin, ale te włoskie naprawdę są świetne.
Prosciutto – wiadomo, wspaniała klasyka, ale i tutejsze salami (w wielu odmianach) są po prostu przepyszne. Najbardziej smakuje nam chyba
finocchiona – odmiana salami, do której dodawany jest owoc kopru włoskiego.
na targu w Montepulciano
Sery to osobna bajka i dostaję zawrotu głowy od ilości wystawianych krążków. Trochę kosztuję różnych odmian
pecorino. Różnice w smaku są wyczuwalne. Mnie najbardziej zachwycają ostre w smaku i mocno dojrzałe.
Na straganach warzywnych królują melony i pomidory. Dużo też brzoskwiń i moreli. Niestety brakuje pomidorów suszonych na słońcu. Domyślam się, że te zeszłoroczne „wyszły”, a na tegoroczne trzeba jeszcze poczekać. Na szczęście wcześniej dokonałam stosownych zapasów. Powinny wystarczyć na kilka najbliższych miesięcy. :)
Na odchodne zahaczamy o stoisko z wszelakimi morskimi stworami. Oprócz świeżych, oferują również smażone na bieżąco na miejscu. Bierzemy po trochę różności: krewetek, krążki kalmarów i „pączusie” z kwiatów cukinii. Chrupiemy od razu, póki gorące, wędrując sobie uliczkami miasteczka.
Zupełnie nie rozumiem, dlaczego nie mieszkam tutaj na stałe... Mogłabym się przyzwyczaić nawet do upałów... :D
Dzień 11
Od samego rana chłodniej. Nie żeby od razu zimno, ale w stosunku do ostatnich upałów, 25 st. wydaje się dawać rześką przyjemność. :D
Na śniadanie skubiemy tutejsze wędliny. Zagryzamy domowymi konfiturami z pigwy i śliwek, którymi wraz ze słoiczkiem swojskiego miodu - obdarował nas Paolo - właściciel „naszego” Il Casalone. Paolo, sprawił nam jeszcze inną przyjemność – w dniu naszego zameldowania – wywiesił polską flagę na wjeździe do gospodarstwa. :) Strasznie było nam miło, gdy to odkryliśmy. :) Powiewa przez cały czas naszego pobytu, w towarzystwie flagi włoskiej i francuskiej.
kościół Tempio di San Baggio
Plany na dzisiejszy dzień są jakby to powiedzieć... „bezplanowe”. Co nam dzień przyniesie – to weźmiemy.
W związku z powyższym bezplanowo wyruszamy niemal po sąsiedzku do kościoła
Tempio di San Baggio, który wypatrzyłam już na początku pobytu, ale chyba był zbyt blisko, bo ciągle nie było okazji by o niego zahaczyć.
zabudowania przy kościele Tempio di San Baggio
San Baggio, leży poniżej murów Montepulciano, trochę jakby na przedmieściach miasteczka. Ze wszech stron otoczony zielenią. Prowadzi do niego dość długa, cyprysowa aleja. Fajny to widok, na końcu alei wyłania się kościelna wieża, która swą strzelistością i kształtem, trochę jak ten cyprys wygląda. :)
Wnętrze kościoła przepiękne, mocno rozrzeźbione, dość mroczne przy tym. Cisza taka, że aż w uszach dzwoni...
Chianciano Terme
Znów bez większego planu wsiadamy w auto i jedziemy do pobliskiego
Chianciano Terme, o którym wiemy tylko tyle, że słynie ze swoich źródeł termalnych. No i rzeczywiście, turystów tutaj wprost zatrzęsienie, a co krok - wejście do jakiegoś hotelu, czy innego dobrodziejstwa typu spa. Nie bardzo nam się tu podoba. Trochę się kręcimy, ale nie zbyt długo i uciekamy z tego ścisku.
Na parkingu odkrywam drzewa piniowe, a pod nimi całe mnóstwo brązowych, twardych łupinek. I to pełnych! Zupełnie nie mam pojęcia kiedy szyszki piniowej sosny dojrzewają, nie wiem więc czy te orzeszki tutaj są świeże, czy może leżą od dawna. Rozgniatamy więc kilka na próbę i wewnątrz śmieją się do nas piękne pinole. :) Nazbieraliśmy pokaźny woreczek orzeszków. :)
tereny Val di Chiana - na horyzoncie góra Amiata
Wracamy do Montepulciano i odbijamy w przypadkową drogę w kierunku góry
Amiata, której wysoki szczyt każdego dnia widzę na horyzoncie z naszego
Il Casalone. Wokół widoki fantastyczne, chyba piękniejsze, niż wszystko co do tej pory przyszło nam tutaj oglądać. Jak okiem sięgnąć z wszystkich stron falują wzgórza pokryte dywanem pól. Okolica wprost zjawiskowa. A Amiata rośnie i rośnie. Żałuję, że nie zajechaliśmy bliżej... Może przy kolejnej toskańskiej podróży...
po lewej: owoce morza smażone w głębokim tłuszczu; po prawej: małże w sosie pomidorowo - winnym
Na ostatnią kolację wybieramy
Il Povo w Montepulciano. Kuba wolałby znów zjeść u „pana Ciastka” (to jego autorska nazwa
Fattorii Pulcino, w której tak pysznie karmią), ale ja mam ochotę na owoce morza, a w Pulcino ich nie serwują. Tutaj za to jest ich sporo, pod różną postacią. Decyduję się na muszle / małże w sosie pomidorowo – winnym. Rafał tym razem stawia jednak na mięso i wybiera stek z sosem balsamicznym ze świeżą rukolą. Co do dzieci, wolę przemilczeć, bo u nich repertuar jest nudy aż do bólu. Do kompletu dorzucamy jeszcze maleńkie gnocchi z sosem z gorgonzoli i białe wino pochodzące z okolic San Gimignano.
stek z sosem balsamicznym na świeżej rukoli
Pomijając fakt, że obsługa pomyliła zamówienia , przez co czas oczekiwania znacznie się wydłużył – kolacja okazała się pyszna. Może tylko Rafał odrobinę kręcił nosem , bo nasze osobiste pojęcie „średnio wysmażonego mięsa” najwyraźniej się trochę różni od standardów europejskich. :D Ale poza tym – palce lizać. Zwłaszcza świeżutkie małże wprawiły mnie w błogostan. A ten sos do nich (dlaczego w menu widnieje jako
mussels soup?) - delicja, prawdziwa delicja...
gnocchi z sosem z gorgonzoli
Niestety, jak zawsze, wszystko co piękne szybko się kończy. To nasz ostatni dzień toskańskich wakacji. Jutro raniutko wyruszamy w powrotną podróż.
Już tęsknię...
Niniejszym zamykam cykl toskański... I już wkrótce zapraszam na pyszne małe co nieco, prosto z domowej kuchni. :)