wtorek, 27 września 2011

Domowe pappardelle z sosem mięsnym i kurkami


Od czasu do czasu nawet mnie (zielskożercę, ale wcale nie wegetariankę) bierze ochota na kawałek mięsa. Im rzadziej je jem, tym bardziej mi smakuje. Gulasz pojawia się u mnie niezbyt często, ale gdy się już decyduję – to ciężko mi się powstrzymać i podjadam wprost z garnka, podczas gotowania. :)


Lubię, gdy sos jest dość gęsty, zawiesisty i smakuje, oraz pachnie czymś więcej niż tylko mięsem. Tymianek nadaje się idealnie. Kurki też.
Podałam z domowym makaronem, przygotowanym na bazie semoliny. Dzieci wołały o dokładkę. Ja też bym zawołała, gdyby nie zdrowy rozsądek. :)


Gulasz mięsny z kurkami i tymiankiem

kawałek mięsa wołowego lub wieprzowego (u mnie tym razem karkówka wieprzowa, ok. 700g)
ok. ½ szkl. mąki
ok. 2 + 3 łyżki oleju do smażenia (np. Z pestek winogron, słonecznikowy, etc.)
ok. 500ml bulionu (lub wody)
kilka gałązek świeżego tymianku lub ok. ½ łyżeczki suszonego
ok. 300g świeżych kurek
sól, pieprz do smaku

Kurki oczyścić i pokroić (mniejsze pozostawić w całości). Na patelni rozgrzać 2 łyżki oleju i przesmażyć lekko kurki (można dodatkowo wrzucić świeże listki z gałązki tymianku). Zdjąć patelnię z ognia.
Mąkę przesiać do większej miski.
Mięso umyć, osuszyć, pokroić w kostkę (niezbyt grubą, ok. 1x1cm). Wrzucić do przygotowanej miski (najlepiej partiami) i obtoczyć w mące. W międzyczasie rozgrzać olej w garnku o grubszym dnie. Włożyć mięso i przesmażyć do lekkiego zrumienienia. Wlać płyn, dodać tymianek i gotować do czasu gdy mięso będzie średnio miękkie (wołowina potrzebuje więcej czasu, niż wieprzowina). Włożyć do garnka przygotowane kurki (2-3 łyżki można pozostawić do ozdobienia potrawy) i doprawić do smaku solą. Gotować, aż mięso będzie miękkie. Pod koniec gotowania dosmczyć pieprzem.
Podawać ze świeżo ugotowanym makaronem pappardelle. *

* Naddatek gulaszu zjeść następnego dnia np. z kaszą gryczaną.


Pappardelle (porcja na 2-3 os.)

2 jajka
ok. 230g semoliny (lub innej mąki, np. krupczatki)

Z jajek i semoliny zagnieść elastyczne ciasto makaronowe. Ciasto nie powinno być zbyt mokre i klejące. W zależności od wielkości użytych jajek – może okazać się konieczne dosypanie 1-2 łyżek mąki. Zawinąć ciasto w folię spożywczą, uprzednio uformować w kulę lub wałek) i pozostawić na kilka minut (ciasto powinno „odpocząć” przed wałkowaniem).
Podzielić ciasto na 3 lub 4 części i po kolei dość cienko wałkować (u mnie ok. 0,5 – 0,6 mm). Kroić radełkiem lub nożem na wstążki szer. ok. 1 - 1,5cm.
Gotować al dente w dużej ilości osolonej wody. Podawać od razu po odcedzeniu z wody.

niedziela, 25 września 2011

Wrzosy, fiolety i śliwki


Jesień bez ciasta ze śliwkami – to nie jesień.
Dlatego obchodzę wszystkie stoiska na targu i wybieram to, na którym wśród dyni i bakłażanów pysznią się najpiękniejsze śliwki. A raczej śliweczki, bo do wypieków wybieram raczej nasze małe, poczciwe węgierki.


Biorę też inne odmiany, większe i mocno dojrzałe. Te do zjedzenia „od ręki”. I do pogryzania, gdy wieczorem będę przeglądać kulinarne magazyny (zawsze gdy to robię – łapie mnie wilczy głód. :) I do pracy na drugie śniadanie.
A ciasto... takie zwykłe. Jesienne. W moim ulubionym kolorze. Otaczam się fioletami i wrzosami, i wyglądam złotej, polskiej jesieni za oknem.


Ciasto ze śliwkami

180g masła w temp. pokojowej
3 jaja (w temp. pokojowej)
80g brązowego cukru trzcinowego
180g mąki
1 ½ łyżeczki proszku do pieczenia
szczypta utartych drobno goździków (ok. 4 goździki)
ok. 1/3 łyżeczki sproszkowanej gałki muszkatołowej
3 łyżki mielonych orzechów laskowych
1 + 1 łyżki brązowego cukru trzcinowego
350 - 400g śliwek (użyłam węgierek)

Piekarnik rozgrzać do temperatury 180st.C. Przygotować tortownicę o średnicy 20-22cm. Wysmarować masłem i oprószyć lekko mąką, lub wyłożyć papierem do pieczenia.
Śliwki umyć, osuszyć, przekroić wzdłuż na połówki i usunąć pestki.
Mąkę przesiać wraz z proszkiem do pieczenia, gałką muszkatołową i utartymi goździkami do osobnego naczynia.
Masło utrzeć z cukrem na puszystą masę. Cały czas ucierając, wbijać po jednym jajku. Dodać przesianą mąkę z proszkiem i przyprawami – i wymieszać (nie ucierać już zbyt długo).
Przełożyć ciasto do foremki. Mielone orzechy pomieszać z 1 łyżką cukru trzcinowego i posypać równomiernie po wierzchu ciasta. Wyłożyć połówkami śliwek (skórką do dołu) i posypać kolejną łyżką cukru trzcinowego.
Piec ok. 45 min. Patyczek włożony w środek ciasta powinien być suchy.
Smacznego!

niedziela, 18 września 2011

Crostini. Z bakłażanem i pomidorami.


Włosi podaliby je z całą pewnością jako przystawkę bezpośrednio przed głównym posiłkiem. I zapewne znalazł by się na nim jakiś pyszny pasztecik. Swoją drogą, każda moja wizyta we włoskich restauracjach przynosiła niewiarygodne zdumienie: gdzie oni mieszczą tak rozbudowane wieczorne posiłki? Jak później zasnąć bez uczucia przejedzenia...?


A u mnie ani przed obiadem, ani z żadnym „Pâté”. Ale tak po prostu, z tym co miałam pod ręką sezonowego – przygotowane jako przegryzka w ciągu dnia.
Moja Babcia dawnymi czasy smażyła kromki zwykłego chleba oliwskiego i nacierała je mocno czosnkiem. Jako dziecko ogromnie je lubiłam, mimo, że było to jedzenie raczej kryzysowe.
Crostini z bakłażanem, pomidorem i oliwą extra vergine wydają się być luksusowe w stosunku do grzanek sprzed lat. Kto wtedy w Polsce słyszał o oberżynie...
Pyszne, chrupiące i bardzo aromatyczne. A surowy czosnek w tej chwili jak najbardziej na czasie, gdy przeziębienia atakują ze wszech stron.
Ja właśnie toczę nierówną walkę z niechcianą zarazą...
Pozdrawiam!



Crostini z bakłażanem i pomidorami

1 nieduży bakłażan (najlepiej „chudy”, nie pękaty)
3-4 pomidory (mogą być kolorowe)
ok. 1 łyżki poszatkowanej drobno natki pietruszki
ok. 1 łyżeczka świeżych listków tymianku
ok. 1 łyżka oliwy (nadającej się do smażenia)
sól (u mnie Maldon), pieprz do smaku
bagietka
ząbek czosnku
oliwa extra vergine – do skropienia

Umytego i osuszonego bakłażana pokroić w plastry gr. ok. 5 mm, a następnie w kosteczkę. Jeśli nasza oberżyna jest jednak bardziej pękata, a środku ma sporo pestek, to wcześniej plastry bakłażana – lekko posolić i zostawić na ok. 15-20 min. W tym czasie bakłażan puści sok (wraz z goryczką). Osuszyć papierowym ręcznikiem i dopiero wtedy pokroić w kostkę.
Pomidory umyć, osuszyć. Pokroić w kostkę, odrzucając środkowe gniazdo z pestkami.
Na patelni rozgrzać bardzo mocno oliwę do smażenia. Wrzucić bakłażana i smażyć na małym ogniu, często mieszając ok. 4-5 min., aż bakłażan się zeszkli i zmięknie (bakłażan bardzo mocno pije tłuszcz; można oczywiście smażyć na większej ilości oliwy, ale i tak wszystko wchłonie, a my będziemy mieć tłustą oberżynę).
Na pół minuty przed końcem smażenia – dodać ok. ¾ przygotowanych pomidorów, tymianek oraz natkę pietruszki. Posolić do smaku. Wszystko krótką chwilkę razem przesmażyć i zdjąć z ognia.
Bagietki pokroić na kromeczki. Można lekko zwilżyć oliwą (choć niekoniecznie) i z obu stron zezłocić na patelni grillowej.
Ciepłe grzanki natrzeć czosnkiem. Na każdą grzankę ułożyć po czubatej łyżce warzyw. Wierzch ozdobić dodatkowo pozostałymi, świeżymi pomidorami. Doprawić do smaku solą i pieprzem. Skropić oliwą extra vergine.
Smacznego!

wtorek, 13 września 2011

3 zboża. Risotto z kurkami i suszonymi pomidorami




A u mnie znów ryżowo, choć w takim trochę niecodziennym towarzystwie. Kupiłam bardzo fajną zbożową mieszankę, w skład której wchodzą: ryż, pszenica i kasza jęczmienna perłowa. Chwilę podumałam co z tym kulinarnym fantem poczynić. Najpierw był pomysł na kolejną sałatkę (i pewnie jeszcze będzie, choć akurat nie tym razem). Jednak pomysł sałatkowy został wyparty przez wielką ochotę na risotto grzybowe.
Risotto z kurkami tego lata jadaliśmy nadzwyczaj często. Jakoś tak się nam składało z leśnymi owocami. Ale ograniczałam się do tradycyjnego przygotowania na canaroli lub arborio.



Ryzyk – fizyk! - pomyślałam – Wyjdzie, albo nie wyjdzie.
I prawdę mówiąc, byliśmy zachwyceni!
Mieszanka zbożowa idealnie sprawdziła się w roli. Co ważne, ziarenka równomiernie się gotowały, tak więc nic w zębach nie trzeszczało zbyt mocno, ani nic nie było zbyt rozgotowane. A do tego ciekawy, zróżnicowany smak i odrobinę więcej zdrowia na talerzu.
Prima sort!



Risotto z 3 zbóż z kurkami i suszonymi pomidorami
na 2 spore porcje

1 szkl. mieszanki 3 zbóż: ryż, pszenica, kasza jęczmienna perłowa (kupiłam gotową mieszankę ziaren Gallo)
ok. 150g świeżych kurek
1 cebula
1-2 ząbki czosnku, drobno utartego
kilka suszonych pomidorów z zalewy oliwnej, lub suchych (u mnie 5 połówek)
ok. 100 ml białego wina wytrawnego
ok. 500-700 ml wrzącego bulionu (u mnie warzywny )
2 łyżki oleju roślinnego do smażenia
pieprz do smaku
duża garść poszatkowanej drobno natki pietruszki
garść płatków parmezanu (lub pecorino)
2 łyżeczki oliwy extra vergine

Kurki oczyścić. Jeśli są bardzo zabrudzone – przepłukać pod bieżącą wodą i osuszyć papierowym ręcznikiem. Pokroić dowolnie (malutkie grzybki można pozostawić w całości).
Cebulę drobno posiekać.
Jeśli korzystamy z suszonych pomidorów z zalewy oliwnej wystarczy pokroić je w cienkie paseczki. Jeśli pomidory są ususzone i widać na nich ziarenka soli – wpierw zalać je wrzątkiem i pozostawić do namoczenia na ok. 5 min. Potem odcedzić i pokroić.
W głębokiej patelni rozgrzać olej, wrzucić cebulkę – smażyć do lekkiego zeszklenia. Dodać kurki i smażyć kilka minut na niewielkim ogniu. Potem dodać czosnek, a następnie wrzucić mieszankę ziaren - chwilę przesmażyć. Zalać białym winem – dusić, aż do wyparowania płynu. Wlać chochelkę wrzącego bulionu (garnuszek z bulionem najlepiej trzymać na maleńkim ogniu, tak by bulion cały czas był bardzo gorący). Gotować, często mieszając, aż do wyparowania płynu. Wrzucić pokrojone suszone pomidory. Bulion dolewać partiami (po 1 chochelce) do momentu, aż ziarna zmiękną. Doprawić do smaku pieprzem. Zdjąć z ognia. Wmieszać natkę pietruszki. Nałożyć porcje na talerze. Skropić każdą 1 łyżeczką oliwy i posypać świeżo utartymi płatkami parmezanu (lub pecorino). Od razu podawać.
Smacznego!

sobota, 10 września 2011

Gdy fasolka z łososiem w jednej wylądują misce...


Przytargałam do domu fasolkę szparagową. I choć to już ostatnie dni lata, to jeszcze całkiem niemało jej na straganach. Najbardziej lubię jeść ją klasycznie, mam ochotę powiedzieć, że „po polsku” - z dodatkiem świeżego masła lub jeszcze bardziej z okrasą z bułki tartej. Mmmm... Tak podawała fasolkę babcia, podawała mama i ja podaję dokładnie tak samo. W tej postaci potrafię zjeść naprawdę nieprzyzwoicie dużo... :)
Ale fasolka jest bardzo wdzięcznym warzywem i gdzie by ją nie wrzucić, z czym nie wymieszać – będzie dobrze. :)


Tym razem zainspirował mnie przepis w Delicious Magazine. Trochę go uprościłam, odejmując kilka składników i przystosowując tym samym do własnego gustu.
To proste danie, ale dzięki łososiowi dość syte. Osobiście bardzo mi smakowało. Rafałowi również. Dzieci jednak nie dały się namówić na spróbowanie. :D


Dziki ryż z łososiem, fasolką szparagową i dressingiem z wasabi
inspirowane przepisem w Delicious Magazine

1 saszetka (100g) mieszanki ryżu dzikiego i parabolicznego
duża garść (ok. 200g) fasolki szparagowej
kawałek fileta z łososia (bez skóry)
sok z 2 cytryn
ok. ½ łyżeczki pasty wasabi (lub do smaku)
garść świeżych liści mięty
sól, pieprz do smaku

Łososia umyć, osuszyć, posolić i skropić sokiem z 1 cytryny. Pozostawić na ok. 30 min.
Dziki ryż ugotować na sypko.
Fasolkę szparagową umyć, pokroić na kawałki ok. 2-3cm długości. Wrzucić do garnka z osolonym wrzątkiem i gotować bez przykrycia krótko (ok. 4-5 min.). Fasolka powinna być lekko twarda i wciąż zielona. Odcedzić z wrzątku i przepłukać zimną wodą. Pozostawić na sicie do ocieknięcia.
Łososia dowolnie: ugotować na parze, lub upiec w piekarniku lub zgrillować. Podzielić na małe kawałki.
Przygotować dressing: sok z cytryny wymieszać z pastą wasabi i pieprzem.
W naczyniu wymieszać razem ryż, fasolkę i kawałki łososia. Posypać listkami mięty i polać dressingiem.
Podawać na zimno.
Smacznego!

poniedziałek, 5 września 2011

Bez szału przetwarzania


Kiedyś go przeszłam. Szał przetwarzania. Kilka lat wstecz przerabiałam obficie co się dało i w ilościach raczej nieprzyzwoitych. Jego skutkiem regały w piwnicy pękały w szwach, dźwigając wiele, wiele dziesiątek słoików z najróżniejszą zawartością. Przypominało to bardziej okopy, niż domową spiżarkę. Niektóre ze słoików (zwłaszcza te z frakcji dżemowo – konfiturowej) stoją nienaruszone do dziś. Jakoś nie ma w domu amatorów.


Pewne jest to, że dzięki tamtemu doświadczeniu – mam dzisiaj mniej pracy. Nie przetwarzam i jest mi z tym dobrze, a nawet do twarzy. :)
Są jednak małe, maleńkie wyjątki. Dzisiaj jeden z nich, zdecydowanie w ilościach degustacyjnych, a nie hurtowych.
Chutney śliwkowy z przepisu Bey, zrobiłam na próbę w zeszłym roku i jeszcze w zeszłym... Bardzo mi przypadł do gustu, więc w tym roku mała powtórka. Podoba mi się w nim zestawienie smaków słodkich z pikantnymi. Poza tym to po prostu bardzo fajny i bardzo smaczny chutney. Polecam!



Chutney ze śliwek
cytuję za Beą

800 g śliwek
200 g czerwonej cebuli
150 g rodzynek
90-100 ml czerwonego wytrawnego wina
40 ml octu balsamicznego
100 g miodu
50 g cukru muscovado
1/2 - 3/4 łyżeczki imbiru w proszku (lub ok. 1/2 łyżki świeżego, startego)
1 łyżeczka kardamonu
1/8 łyżeczki zmielonych goździków
szczypta pieprzu kajeńskiego

Śliwki umyć, osuszyć, wypestkować i pokroić na 4-6 mniejszych części. Cebulę drobno poszatkować. Wszystkie składniki umieścić w rondlu i smażyć na wolnym ogniu aż masa dobrze zgęstnieje, regularnie mieszając (u mnie trwało to nieco ponad godzinę). Następnie przełożyć do wyparzonych słoików i pasteryzować jak zazwyczaj.

czwartek, 1 września 2011

Jesień w Lawendowym Domu i wciąż zielone śniadanie


Jesień zbliża się wielkimi krokami. Gorąca herbata z cytryną zastąpi orzeźwiającą lemoniadę. A nieśmiertelna szarlotka ze szczyptą cynamonu w końcu wyprze letnie, kolorowe desery. Może częściej zaszyjemy się w domu i zamiast rowerowej przejażdżki wybierzemy książkę, lub lekturę w sieci... Zanim jednak deszcz i wiatr pomaluje nasz świat na szaro i buro, może skusicie się na lekkie, zielone śniadanie z dodatkiem soczystych, pachnących pomidorów?
Dzisiaj i ja, ze swoim małym, kulinarnym wkładem, mam przyjemność zaprosić Was wszystkich do lektury nowego, gorącego jeszcze, najsmaczniejszego kwartalnika w sieci. Jesienne wydanie Lawendowego Domu jest całe dla Was!




Racuchy z ricotty ze szpinakiem
prezentowane w Lawendowym Domu - Jesień 2011

1 duży pęczek szpinaku (lub zamiennie ok. 200g mrożonego)
1 łyżka oliwy
2-3 ząbki czosnku
szczypta soli i pieprzu
1 łyżeczka colombo lub dowolnej mieszanki curry

oraz
500g ricotty
3 jajka (4 jeśli są małe)
5-6 łyżek przesianej mąki pszennej
sól, pieprz (do smaku)
½ łyżeczki colombo lub dowolnej mieszanki curry
olej do smażenia (np. słonecznikowy lub z pestek winogron)

Szpinak umyć, osuszyć, pokroić w paski. Na patelni rozgrzać oliwę, wrzucić szpinak i czosnek - króciutko przesmażyć. Doprawić colombo, solą i pieprzem – mieszając, smażyć jeszcze ok. 1 min.
Zdjąć z ognia i pozostawić do ostygnięcia.

W międzyczasie w misie rozkłócić jajka. Mieszając, dodawać kolejno ricottę, mąkę i colombo. Na koniec, do gładkiej masy wmieszać ostygnięty szpinak i doprawić do smaku solą i pieprzem.

Na czystej patelni rozgrzać olej. Nakładać łyżką kopczyki masy, lekko rozpłaszczyć i smażyć z obu stron na złoty kolor. Gotowe odkładać z patelni na papierowy ręcznik (wchłonie nadmiar tłuszczu z racuchów).
Podawać na ciepło z sałatką pomidorową.
Na zimno również są smaczne.


Pomidory z dressingiem

3-4 pomidory
garść listków świeżej bazylii
ok. 3 łyżki oliwy extra vergine
ok. 1 łyżeczki octu balsamicznego
sól, pieprz (do smaku)

Pomidory umyć, osuszyć, pokroić na duże kawałki. Wrzucić do miseczki. Dodać oliwę, ocet balsamiczny i porwane listki bazylii. Wymieszać. Doprawić do smaku solą i pieprzem.

wtorek, 30 sierpnia 2011

Łosoś z kutra i kilka słów o oliwnej przesyłce


Wspominałam w ostatnim wpisie, że w ramach weekendowego odpoczynku udam się na dłuuugi spacer, by przegonić różne takie pracowe stresy. I pewnie właśnie tak by się skończyło, gdyby nie fakt, że pogoda cudownie dopisała i spontanicznie wyjechaliśmy za miasto. Wcale nie daleko. Nad Wisłę, blisko ujścia rzeki do morza. W sympatycznych okolicznościach przyrody rodzinnie rozłożyliśmy się z grillem, a gromadka dzieci chlapała się w dmuchanym baseniku (notabene, woda w Wiśle ma tak paskudny, bury kolor, że strach stopę weń włożyć; dzieci dostąpiły zatem zaszczytu pluskania się w wodzie mineralnej :D).
Skutkiem poniekąd ubocznym naszego nadwiślańskiego wypadu stal się zakup świeżutkiej ryby. Świeższej już się nie da, bo prosto z łodzi, którą rybacy właśnie co wracali z połowu. Ledwo dobili do brzegu, a męska część naszego grona już wybierała co piękniejszą sztukę łososia bałtyckiego. 4-kilogramowy okaz przyjechał z nami do domu. Mnóstwo pysznego rybiego mięsa! Ale uczta!


Zbaczając na chwilę z tematu rybnego...
Jakiś czas temu otrzymałam bardzo sympatyczną przesyłkę od Monini. Spodziewałam się w niej oliwy z oliwek – sztandarowego (jak sądziłam) produktu firmy. Tymczasem spotkała mnie niespodzianka, bo oprócz znanych mi już oliw extra vergine (klasycznej i smakowej), z kartonu wyjęłam ocet balsamiczny, olej ryżowy i... coś jeszcze...
Z wszystkich produktów chętnie korzystam w kuchni i nie boję się ich polecić. Olej ryżowy używałam po raz pierwszy i od razu go polubiłam za jego subtelny smak. Dodatkowy atut: nadaje się zarówno do spożycia na zimno, jak i do smażenia czy pieczenia. Zwłaszcza to ostatnie wykorzystuję nader chętnie.
W kwestii wspomnianego wyżej „czegoś”, powiem tylko tyle, że moje dłonie pokochały go od pierwszego razu. :) Mówię o największej niespodziance, jaką sprawiła mi Monini – krem z wyciągiem oliwy z oliwek. Jest wspaniały!




Wracając z powrotem do łososia. Kawałek po prostu upiekłam. Porcje ryby skropione olejem ryżowym, doprawione tymiankiem - zawinęłam wraz z pomidorami i cukinią w papier do pieczenia. Pomidory puściły podczas pieczenia sporo soku, dzięki czemu ryba wyszła bardzo aromatyczna i soczysta. Pyszny obiad mieliśmy! Co by nie powiedzieć - świeża ryba „od rybaka” smakuje o niebo lepiej, niż ta sklepowa o niewiadomym czasie „leżakowania” w lodówce...
Pozostała część łososia została potraktowana grubą warstwą morskiej soli. Za 2-3 dni opłuczę ją, a skruszone mięso pokroję w cieniutkie plasterki i zaleję olejem (zapewne właśnie ryżowym, nadaje się do tego idealnie). To przysmak mojego męża. Ja osobiście jednak wolę rybę nieco mniej surową. :)



Łosoś w papilotach z pomidorami i cukinią
(2 porcje)

2 porcje łososia (mogą być dzwonki lub tuszki)
1 średnia cukinia lub 2 małe
1-2 pomidory żółte (u mnie odmiana lima)
1-2 pomidory czerwone (u mnie odmiana lima)
kilka gałązek świeżego tymianku
ok. 2 łyżeczki delikatnego w smaku oleju roślinnego do pieczenia (użyłam olej ryżowy Monini)
sól gruboziarnista (u mnie Maldon)
pieprz
opcjonalnie 1- 2 łyżeczki oliwy z oliwek (użyłam oliwę extra vergine „garlic &chili” Monini)
1 cytryna

Piekarnik nagrzać do temp. 180st.C (grzałki góra - dół). Przygotować 2 duże arkusze papieru do pieczenia.
Łososia umyć, osuszyć i delikatnie posolić. Warzywa umyć i osuszyć. Pomidory pokroić w ćwiartki (wyciąć stwardniałe fragmenty gniazda nasiennego). Cukinię pokroić w plasterki.
Na środek każdego arkusza układać warstwami: plasterki cukinii – porcję łososia – plasterki cukinii – ćwiartki kolorowych pomidorów. Z wierzchu ponownie delikatnie posolić, popieprzyć, ułożyć gałązki tymianku i skropić olejem roślinnym, nadającym się do pieczenia. Boki papieru poskładać do środka, w taki sposób, by powstały zamknięte paczuszki (papiloty).
Włożyć do nagrzanego piekarnika i piec ok. 20 min. Po tym czasie można papiloty otworzyć i przez kolejnych ok. 5 min. podpiekać (na ten czas włączyłam funkcję górnego opiekacza).
Wyjąć z piekarnika. Bezpośrednio przed podaniem skropić oliwą extra virgine i sokiem z cytryny.
Smacznego!

piątek, 26 sierpnia 2011

Jak dobrze, że już piątek wieczorem...


Nie tak znów często mówię głośno, że cieszę się z nadejścia weekendu. Zwykle gęba mi się śmieje równie szeroko w poranne poniedziałki, co i w pozostałe dni tygodnia. Tak samo dobrze mi w pracy, jak i w domu z rodziną. Ale mijający właśnie tydzień pracy był dla mnie szczególnie stresujący i z ulgą zamknęłam za drzwiami pracowni wszystkie ważne i niecierpiące zwłoki sprawy.


Myśl o dwóch dniach odpoczynku trzyma mnie na nogach. Mam zamiar robić tylko to co sprawia mi przyjemność. Pójdę na długi spacer, zabiorę aparat i nie poświęcę ani jednej chwili sprawom, które wprawiają mnie w zły nastrój.
Baterie zaczynam ładować już dzisiaj. W poniedziałek znów będę jak nowo narodzona.
Wszystkim tu zaglądającym życzę miłego odpoczynku, dużo słońca i ani jednej kropli deszczu! :)


Babeczki jogurtowe z malinami i białą czekoladą
12 babeczek z formy mufinkowej

2 jaja
150g cukru
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
150g jogurtu greckiego
200 ml oleju roślinnego
200g mąki
1 łyżeczka proszku do pieczenia
½ łyżeczka sody oczyszczonej
100g białej czekolady
ok. ½ pojemniczka malin (po 3-4 szt. na 1 babeczkę)

Piekarnik (grzałki góra – dół) rozgrzać do temp. 180 st.C. Foremkę muffinkową wyłożyć papierowymi papilotkami.
Mąkę przesiać do oddzielnej miski wraz z proszkiem do pieczenia i sodą oczyszczoną.
Czekoladę połamać lub posiekać nożem na niewielką kostkę.
Oddzielić żółtka jaj od białek. Białka ubić na sztywną pianę.
Żółtka utrzeć z cukrem. Dodawać kolejno olej roślinny, jogurt, oraz ekstrakt waniliowy.
Nie przerywając ucierania – dodawać po trochę mąki i czekoladę.
Na koniec włożyć całą pianę i bardzo delikatnie wymieszać masę.
Wlewać ciasto do ok. 2/3 wysokości foremek. Do każdej babeczki powtykać po 3-4 maliny.
Piec ok. 25 - 30 min. Patyczek włożony w środek babeczki powinien być suchy.
Pozostawić przez kilka minut (do odparowania) w foremce, a potem wyjąć babeczki i w samych papilotkach dostudzać na kratce.
Smacznego!

niedziela, 21 sierpnia 2011

Morele i migdały


Morele tego lata mają u nas duże wzięcie. Które notabene wcale nie przekłada się na morelowe wypieki. Znikają w sporych ilościach świeże i to zanim zdążę pomyśleć o innym przeznaczeniu dla nich. Maja wprost nie daje mi szansy na kulinarne poczynania i owoce zjada aż miło! Podczas toskańskich wojaży domagała się ich równie często co ukochanych lodów. :) A i powrocie do domu – fascynacja szczęśliwie nie maleje.


Tym razem jednak mając na uwadze, że to ostatnie morelowe chwile na straganach – zdecydowana byłam na szybką utylizację i to najlepiej w ukryciu. Oczywiście plan nie mógł się powieść, bowiem Pszczółka równie mocno lubi kręcić się po kuchni, co jej mama. :) Na szczęście zakupy były z przewidzianym zapasem, więc starczyło i do brzuszka, i do foremki.


A ciasto przygotowałam z rodzaju tych, co w środku więcej mielonych migdałów mają, niż mąki. Jest dość tłuste, ale jednocześnie raczej kruche. Lepiej jeść je na talerzyku, bo złapane w rękę może się rozpaść.
Upiekłam w podłużnej, wysokiej foremce, ale post factum uważam, że lepszym pomysłem jest użycie foremki na przykład kwadratowej i niższej. Niski wypiek łatwiej będzie kroić i mniej będzie okruchowych strat.



Ciasto migdałowe z morelami i tymiankiem
(na foremkę prostokątną 30x11cm lub kwadratową 20x20cm)

150g masła w temperaturze pokojowej
150g cukru
2 bardzo duże jaja (lub 3 mniejsze) w temperaturze pokojowej

170g mąki
200g mielonych (obranych) migdałów
1 łyżeczka proszku do pieczenia
ok. 1 łyżeczki świeżych listków tymianku
garść płatków migdałowych (do posypania wierzchu ciasta)
ok. 500g moreli

Przygotować foremkę, wysmarować masłem i oprószyć odrobiną mąki, lub wyłożyć papierem do pieczenia. Piekarnik nagrzać do temperatury 180 st.C.
Morele umyć, osuszyć, przekrajać na pół i wypestkować.
Mąkę przesiać wraz z proszkiem do pieczenia do osobnego naczynia.
Masło utrzeć z cukrem na gładką, puszystą masę. Cały czas ucierając, dodawać po jednym jajku, a następnie stopniowo dodawać przesianą mąkę. Na koniec wmieszać mielone migdały i listki tymianku.
Wlać masę do foremki. Połówki moreli wtykać dość gęsto w ciasto. Z wierzchu posypać płatkami migdałów.
W przypadku użycia foremki wąskiej i wysokiej – piec ok. 60 min. Jeśli używamy foremki 20x20 czas pieczenia powinien być krótszy (ok. 40 min.).
W obu przypadkach należy przed wyjęciem z pieca włożyć w środek ciasta patyczek i sprawdzić czy jest suchy.

środa, 17 sierpnia 2011

Letni deser kremowy z owocami


Jak trudno wraca się do zwykłej codzienności po urlopowym lenistwie – wie na pewno każdy. Może gdybym urlopów i wyjazdów doświadczała kilka razy do roku – z większą łatwością przechodziłabym z jednego stanu ducha do drugiego.


Tymczasem nie ma lekko, do następnego wypoczynku daleko, daleko... i chciałam tego, czy nie – do zwykłego cyklu dnia na nowo trzeba się było przyzwyczajać. Początki trudne były nie tylko w pracy, w domu też łapałam się li tylko szybkich i niezbędnych prac.


Podobnie było w kuchni. Byle po najniższej linii oporu, byle bez większego wysiłku, wliczając w to, ku uciesze dzieci - obiady „wyjściowe” na mieście (ale również u Babci, która jak wieść niesie robi najlepsze "schaboszczaki":)). Ale nawet, gdy taki leń pourlopowy człowieka trzyma w garści – to jakoś trzeba zrekompensować sobie różne takie niedogodności. I to najlepiej w postaci słodkości. No niestety! Gotować się nie chce, ale na słodkie nijak ochota odejść nie zamierza. :)


Przygotowując ten deser, zdecydowanie się nie napracowałam. Tak naprawdę wystarczy pomachać kilka razy łyżką i krem gotowy. Już kiedyś pokazywałam na niego przepis (a sam pomysł na krem bez dodatku jajek pochodzi stąd) . Tym razem to tylko mała powtórka z nową aranżacją smaków. Nic wielkiego, ale jaka przyjemność... :)




Kremowy deser z czerwoną porzeczką i borówką amerykańską
(na 5 porcji – np. szklanki pojemności 200ml)

500g mascarpone
ok. 2/3 puszki zagęszczonego mleka skondensowanego (u mnie mleko z Gostynia, 1 puszka = 533g)

oraz dodatkowo:
drobno otarta skórka z 1 cytryny
sok z ½ cytryny
1 łyżka limoncello

kilka biszkopcików savoiardi
ok. 200g borówki amerykańskiej
ok. 200 g czerwonej porzeczki

Mascarpone, mleko zagęszczone, limoncello, sok i skórkę z cytryny – włożyć do miski i mieszać ręcznie lub robotem na wolnych obrotach, aż do połączenia składników.
Przygotować szklaneczki lub inne naczynka. Napełniać warstwami: pokruszone biszkopciki savoiardi - krem – owoce – krem – owoce (albo w dowolnej innej kombinacji).
Owinąć naczynka folią spożywczą i schować do lodówki na min. 2-3 godziny do schłodzenia (a najlepiej na całą noc).
Smacznego!

sobota, 13 sierpnia 2011

Toskania - notki wakacyjne. cz.6 (i ostatnia)

na targu w Montepulciano

Dzień 10

Wiatr dął przeraźliwie przez całą noc, a ja dzięki temu prawie nie zmrużyłam oka. Skoro świt jestem na nogach. Za oknem już cisza. Przecieram oczy ze zdumienia i zastanawiam się czy to co widzę, to omamy jakieś, czy rzeczywiście na trawie przed domem skacze... dudek. Najprawdziwszy. Długi dziób, grzebień na główce. Naiwna, miotam się z aparatem, przepinam zwykły obiektyw na tele z nadzieją, że zdążę. Nie zdążyłam! I tyle go widziałam.
Skoro już wybiegłam z aparatem, to nie wracam. Robię obchód, zaliczając wszystkie ścieżki, krzaki, a nawet chwasty. Tu pstryknę, tam pstryknę, a głównie gonię za motylami (one też jakieś ranne ptaszki). Tyle ich tutaj, co i jaszczurek – zatrzęsienie. Ganiam więc aż do śniadania. Nazwijmy to porannym joggingiem.:D

na targu w Montepulciano

Dalszych wyjazdów dzisiaj nie będzie. Zostajemy na miejscu, by pobyczyć się na basenie.
Korzystamy jedynie z faktu, że w Montepulciano odbywa się mercato. To dla mnie już ostatnia okazja, by nacieszyć oko lokalnym kolorytem targowisk. Fajnie jest tak snuć się między straganami i podglądać co chętnie kupują mieszkańcy. Nieodmiennie zachwycają mnie wielkie udźce surowej, podsuszanej szynki parmeńskiej. Nie jestem wielką fanką wędlin, ale te włoskie naprawdę są świetne. Prosciutto – wiadomo, wspaniała klasyka, ale i tutejsze salami (w wielu odmianach) są po prostu przepyszne. Najbardziej smakuje nam chyba finocchiona – odmiana salami, do której dodawany jest owoc kopru włoskiego.

na targu w Montepulciano

Sery to osobna bajka i dostaję zawrotu głowy od ilości wystawianych krążków. Trochę kosztuję różnych odmian pecorino. Różnice w smaku są wyczuwalne. Mnie najbardziej zachwycają ostre w smaku i mocno dojrzałe.
Na straganach warzywnych królują melony i pomidory. Dużo też brzoskwiń i moreli. Niestety brakuje pomidorów suszonych na słońcu. Domyślam się, że te zeszłoroczne „wyszły”, a na tegoroczne trzeba jeszcze poczekać. Na szczęście wcześniej dokonałam stosownych zapasów. Powinny wystarczyć na kilka najbliższych miesięcy. :)
Na odchodne zahaczamy o stoisko z wszelakimi morskimi stworami. Oprócz świeżych, oferują również smażone na bieżąco na miejscu. Bierzemy po trochę różności: krewetek, krążki kalmarów i „pączusie” z kwiatów cukinii. Chrupiemy od razu, póki gorące, wędrując sobie uliczkami miasteczka.
Zupełnie nie rozumiem, dlaczego nie mieszkam tutaj na stałe... Mogłabym się przyzwyczaić nawet do upałów... :D


Dzień 11

Od samego rana chłodniej. Nie żeby od razu zimno, ale w stosunku do ostatnich upałów, 25 st. wydaje się dawać rześką przyjemność. :D
Na śniadanie skubiemy tutejsze wędliny. Zagryzamy domowymi konfiturami z pigwy i śliwek, którymi wraz ze słoiczkiem swojskiego miodu - obdarował nas Paolo - właściciel „naszego” Il Casalone. Paolo, sprawił nam jeszcze inną przyjemność – w dniu naszego zameldowania – wywiesił polską flagę na wjeździe do gospodarstwa. :) Strasznie było nam miło, gdy to odkryliśmy. :) Powiewa przez cały czas naszego pobytu, w towarzystwie flagi włoskiej i francuskiej.

kościół Tempio di San Baggio

Plany na dzisiejszy dzień są jakby to powiedzieć... „bezplanowe”. Co nam dzień przyniesie – to weźmiemy.
W związku z powyższym bezplanowo wyruszamy niemal po sąsiedzku do kościoła Tempio di San Baggio, który wypatrzyłam już na początku pobytu, ale chyba był zbyt blisko, bo ciągle nie było okazji by o niego zahaczyć.

zabudowania przy kościele Tempio di San Baggio

San Baggio, leży poniżej murów Montepulciano, trochę jakby na przedmieściach miasteczka. Ze wszech stron otoczony zielenią. Prowadzi do niego dość długa, cyprysowa aleja. Fajny to widok, na końcu alei wyłania się kościelna wieża, która swą strzelistością i kształtem, trochę jak ten cyprys wygląda. :)
Wnętrze kościoła przepiękne, mocno rozrzeźbione, dość mroczne przy tym. Cisza taka, że aż w uszach dzwoni...

Chianciano Terme

Znów bez większego planu wsiadamy w auto i jedziemy do pobliskiego Chianciano Terme, o którym wiemy tylko tyle, że słynie ze swoich źródeł termalnych. No i rzeczywiście, turystów tutaj wprost zatrzęsienie, a co krok - wejście do jakiegoś hotelu, czy innego dobrodziejstwa typu spa. Nie bardzo nam się tu podoba. Trochę się kręcimy, ale nie zbyt długo i uciekamy z tego ścisku.
Na parkingu odkrywam drzewa piniowe, a pod nimi całe mnóstwo brązowych, twardych łupinek. I to pełnych! Zupełnie nie mam pojęcia kiedy szyszki piniowej sosny dojrzewają, nie wiem więc czy te orzeszki tutaj są świeże, czy może leżą od dawna. Rozgniatamy więc kilka na próbę i wewnątrz śmieją się do nas piękne pinole. :) Nazbieraliśmy pokaźny woreczek orzeszków. :)

tereny Val di Chiana - na horyzoncie góra Amiata

Wracamy do Montepulciano i odbijamy w przypadkową drogę w kierunku góry Amiata, której wysoki szczyt każdego dnia widzę na horyzoncie z naszego Il Casalone. Wokół widoki fantastyczne, chyba piękniejsze, niż wszystko co do tej pory przyszło nam tutaj oglądać. Jak okiem sięgnąć z wszystkich stron falują wzgórza pokryte dywanem pól. Okolica wprost zjawiskowa. A Amiata rośnie i rośnie. Żałuję, że nie zajechaliśmy bliżej... Może przy kolejnej toskańskiej podróży...

po lewej: owoce morza smażone w głębokim tłuszczu; po prawej: małże w sosie pomidorowo - winnym

Na ostatnią kolację wybieramy Il Povo w Montepulciano. Kuba wolałby znów zjeść u „pana Ciastka” (to jego autorska nazwa Fattorii Pulcino, w której tak pysznie karmią), ale ja mam ochotę na owoce morza, a w Pulcino ich nie serwują. Tutaj za to jest ich sporo, pod różną postacią. Decyduję się na muszle / małże w sosie pomidorowo – winnym. Rafał tym razem stawia jednak na mięso i wybiera stek z sosem balsamicznym ze świeżą rukolą. Co do dzieci, wolę przemilczeć, bo u nich repertuar jest nudy aż do bólu. Do kompletu dorzucamy jeszcze maleńkie gnocchi z sosem z gorgonzoli i białe wino pochodzące z okolic San Gimignano.

stek z sosem balsamicznym na świeżej rukoli

Pomijając fakt, że obsługa pomyliła zamówienia , przez co czas oczekiwania znacznie się wydłużył – kolacja okazała się pyszna. Może tylko Rafał odrobinę kręcił nosem , bo nasze osobiste pojęcie „średnio wysmażonego mięsa” najwyraźniej się trochę różni od standardów europejskich. :D Ale poza tym – palce lizać. Zwłaszcza świeżutkie małże wprawiły mnie w błogostan. A ten sos do nich (dlaczego w menu widnieje jako mussels soup?) - delicja, prawdziwa delicja...

gnocchi z sosem z gorgonzoli

Niestety, jak zawsze, wszystko co piękne szybko się kończy. To nasz ostatni dzień toskańskich wakacji. Jutro raniutko wyruszamy w powrotną podróż.
Już tęsknię...


Niniejszym zamykam cykl toskański... I już wkrótce zapraszam na pyszne małe co nieco, prosto z domowej kuchni. :)